„Ukraiński Piemont” czyli mało znane dzieje naszych sąsiadów.

Przyznam od razu, że do przeczytania tej książki zachęcił mnie tytuł, który bardzo pobudził moją ciekawość. Moja znajomość historii nie jest zapewne perfekcyjna, ale coś tam zawsze mnie interesowało, a już okres dwudziestolecia międzywojennego i okolice polskich Bieszczad w szczególności. Recz opisywana w książce okazała się być dla mnie całkiem obca, a przez to jeszcze bardziej ciekawa.

Książki naukowe, a taką jest niewątpliwie książka Michała Jarneckiego i Piotra Kołakowskiego, „rządzą się innymi prawami” i często bywa tak, że są mało przystępne dla zwykłego czytelnika, który z rzadka, bądź wcale nie ma z nimi do czynienia. Mnie kojarzą się nawet ze skryptami studenckimi, które zawsze prezentują tylko i wyłącznie jakąś wąską specjalizację, jakąś wąską cząstkę wiedzy. Tu, ku mojej ogromnej uldze, jest zupełnie inaczej. Książka jest bardzo przystępna czytelniczo, dzięki temu jest jeszcze bardziej ciekawa. Oczywiście liczba faktów i źródeł jest oszałamiająca i benedyktyńska praca autorów jest widoczna, ale do tego właśnie potrzeba jeszcze w miarę „dobrego pióra”, które tutaj się ujawnia.

Historia Zakarpacia zdaje się być w XX wieku fascynująca. Zaczynała jako część ck monarchii, w wyniku nieprawdopodobnych działań stała się częścią Czechosłowacji (!), uzyskała autonomię, ogłosiła na moment niepodległość, powróciła do korony św. Stefana (czyli Węgier), po kolejnej wojennej zawierusze trafiła do ZSRS, potem do niepodległej Ukrainy – mało jak na sto lat? Książka opisuje tylko dwadzieścia lat jej historii, ale jakże fascynujący to okres!

Nie można zapomnieć o polskich interesach i resentymentach na tym obszarze, o działaniach wywiadowczych i dywersyjnych. II Rzeczpospolita miała u swoich granic prawie samych wrogów, trudno się dziwić, że chciała mieć choć kawałek granicy z przyjaznymi Węgrami! I na krótko udało nam się to osiągnąć.

Nie ma tego w książce, odnoszącej się do konkretnego czasu, ale można powiedzieć, że na Zakarpaciu mało co się zmieniło. Dalej jest to biedny region, w którym różne nacje walczą o swoje interesy, a obecnie jeszcze lokalna mafia stara się ugrać swoje. Stamtąd wywodzą się węgierscy posłowie do ukraińskiego parlamentu! W dalszym ciągu to niespokojny rejon, w którym jeszcze wiele może się wydarzyć! Wiele też się dzieje.

W tej beczce miodu oczywiście nie może zabraknąć łyżki dziegciu. Dla mnie jest to brak map. Jak chyba każdy mężczyzna jestem zdecydowanym wzrokowcem, dlatego kiedy czytam o podziale granic rad bym je ujrzeć, a nie szukać gdzieś w archiwach. W wielu momentach tej książki mapy wydawały mi się konieczne i byłyby bezcennym dodatkiem i zwieńczeniem narracji. Tu tego zabrakło nad czym bardzo ubolewam. Pozostałe źródła są bez zarzutu, a bogata dokumentacja fotograficzna jest godna uznania, cóż, map brak. Dwie zamieszczone są mało czytelne i marginalne, jeżeli chodzi o sedno opowieści.

Po lekturze tej pozycji z pewnością nie odmówię sobie jednego – wizyty w tej części Ukrainy. Moi ukraińscy przyjaciele już kilka razy zachęcali mnie do odwiedzin tej części ich kraju, ale jakoś nigdy nie było aż takiej okazji. Teraz zdecydowanie zmieniłem zdanie, zwłaszcza, że już w dwudziestoleciu międzywojennym przygotowywano i realizowano zręby turystyki w tym rejonie, co miało być jedną z prężniejszych gałęzi tamtejszej gospodarki. Muszę sprawdzić, czy choć po części im się to udało. I będzie to sentymentalna podróż przez Bieszczady …

Reklamy

Fascynacje tylko z lekka erotyczne Mario Vargas Llosy – „Dyskretny bohater”

 

To kolejna odsłon losów don Rigoberta i donii Lukrecji, ale tym razem to nie oni i nie Fonsito są głównymi bohaterami powieści, aczkolwiek nic bez nich nie może się dziać. Może tylko bardziej są wyciszeni, z lekkim dystansem spoglądają na świat, chociaż los nie szczędzi im niespodzianek. Lukrecja po zauroczeniach pierwszej części i lekkich szaleństwach w drugiej, tym razem pielęgnuje szczęście rodzinne w ramionach męża.

Wielu bohaterów, czy to właśnie don Rigoberto, czy Felicito Yanaque czy też Ismael Carrera, podąża (lub stara się to czynić) za codziennymi przyjemnościami kierując się coraz bardziej w ramiona hedonizmu. Przy czym wszyscy ci panowie solidnie zapracowali na zmianę stylu życia. Takie odniosłem wrażenie jakby był to taki lekki hedonizm w stylu greckim : dobre jedzenie, kultura i sztuka oraz uroczy seks.

Llosa nie szczędzi swoim bohaterom miliona przeszkód na drodze do szczęścia, gmatwa ich losy, stawia ich przed rozmaitymi wyzwaniami, zmusza do działań nie zawsze zgodnych z ich planami i zamierzeniami, cóż droga do szczęścia nie jest usłana różami.

Osobna postać to oczywiście Fonsito. Minęło kilka lat od akcji w poprzednich powieściach, Fonsito jest już młodzieńcem. Tym razem porzucił Schielego na rzecz fantasmagorii, przywidzeń czy też życia ze zjawami. Może jest aż tak nadwrażliwy, bądź tak chce amatorsko kształcić się w sztuce aktorskiej, że co jakiś czas towarzyszy mu przez nikogo innego nie widywany Edilberto Torres?

Tym razem wszystko co tyczy się sztuki erotycznej i fascynacji z tym związanych, jest jakby bardziej zawoalowane, bardziej zakryte, trochę ciemniejsze, chociaż przecież dalej obecne. Może tak jak na tym zdjęciu? Przy okazji pojawia się fascynacja Tamarą Łempicką, taki trochę polski akcent.

Całą twórczość Llosy można podzielić na dwie części : jedną poważną, poruszającą bardzo trudne i ważne tematy oraz drugą bardziej „luźną” traktującą o radościach życia, chociaż nie pozbawioną poważnych refleksji nad jego istotą. Oczywiście bardziej jest ceniony za „Rozmowę w katedrze” czy „Miasto i psy”, ale ja uwielbiam tę drugą część jego twórczości i nie zgadzam się z tym, że jest mniej wartościowa czy odnosi się lekceważąco do czytelnika. Nic z tego! Rzadko czyta się opisy prostych spraw uczynione z takim smakiem. Ponadto wzmacnia w czytelniku chęć obcowania z coraz wyższą kulturą połączoną z wyrafinowanym erotyzmem. Nie warto …?

„Przemienienie” – Artur Wasążnik

Pamiętam jeszcze, choć być może już słabo „Dzikowy skarb” i inne powieści Bunscha czy „Sagę o jarlu Broniszu” Grabskiego, które czytałem w młodym wieku jeszcze będąc. Do tego jeszcze „Stara baśń” Kraszewskiego i to mój komplet wyobrażeń o początkach naszego państwa, o okolicznościach jego powstania.

Obecnie krąży (nie tylko po internecie) sporo pseudo-naukowych opracowań o przedchrześcijańskiej historii Słowian, które w jakiś tam sposób współgrają z kroniką Kadłubka, który był łaskaw opisywać nasze boje z Rzymianami. Książki to marne, ale wzbudziły moją ciekawość tamtego czasu historii dlatego z wielką ochotą zabrałem się za „Przemienienie” Artura Wasążnika.

To dopiero księga pierwsza, tom pierwszy, więc słusznie należy spodziewać się kontynuacji, bo ten tom tylko z lekka podrażnił moje zaciekawienie. Nie lubię czytać w ten sposób, że nie wiadomo jak długo będę czekał na kolejne tomy. Cóż jednak pozostaje mi czynić , jak nie czekać?

Bo warto czekać na kolejne tomy. Powieść mnie wciągnęła z kilku powodów. Po pierwsze, jak już wspomniałem – okres historyczny prawie w ogóle nie „eksploatowany” pisarsko, realia bardzo mnie ujęły, może poza tym, że jakoś nie wyobrażam sobie skwerów w miastach w roku 955. Po drugie ciekawie zarysowane postacie, trudno mi orzec, kto w dalszym ciągu będzie postacią wiodącą, gdyż mamy tutaj kilku bohaterów – Wilhelm i Jakub wydają się być najciekawsi. Po trzecie śmiało można powiedzieć : wszystko już było, ale niczego się nie nauczyliśmy. Większość zdarzeń i metod postępowania tak bardzo przypomina czasy współczesne, że trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko ciągle się powtarza, a nikt wniosków właściwych nie potrafi z tego wysnuwać!

Jeden z wątków bardzo mnie zaciekawił, a wręcz zafascynował. Wiadomym jest, że każdy chce jak najwięcej zatrzymać, zdobyć dla siebie i sobie bliskich, ale plany Jakuba są doprawdy wielkie! Trochę naruszę treść, ale muszę ujawnić iż Jakub – kupiec żydowski, sięgający swoimi korzeniami chylącego się do upadku państwa Chazarów, chce przenieść całą żydowską elitę tego państwa na ziemie Połabian, by tam odtworzyć kolejne państwo z żydowską elitą i posłusznymi (wykorzystywanymi do wojen i mniej godnych prac) Słowianami. Z punktu widzenia Jakuba i jego pobratymców pomysł godny pozazdroszczenia. Sam sposób myślenia i pojmowania odpowiedzialności za siebie i swój naród – dla mnie rewelacja. Czy jest on „poprawny politycznie” to druga para kaloszy.

Prawie nie ma wątków miłosnych, kobiety są niestety tylko marnym tłem dla głównych bohaterów, można również rzec, zupełnie niefeministyczna powieść – też może się nie spodobać … , ale dla mnie to też nie przeszkoda. Inna jeszcze ciekawostka : póki co narracja jest prowadzona z punktu widzenia państwa niemieckiego, które też tak naprawdę się tworzy i usiłuje zaistnieć na tamtych terenach. Wszyscy walczą o przetrwanie, szkoda tylko, że znany jest nam rezultat tej walki.

Dodatkowo mieści się tu encyklopedia wiedzy o tych czasach, wierzeniach, rozlokowaniu plemion, miast, genezą nazw i mnóstwem innych informacji zręcznie wplecionych w dialogi bohaterów. Autor solidnie przygotował się do pisania, co nie zawsze jest takie oczywiste.

Książka znacznie bardziej nadaje się na adaptację niż na przykład „Stara baśń”, która kiepsko wypadła. Przy okazji „Saga o jarlu Broniusz” – również!

Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na kolejne tomy! Oby nie za długo!

„Blade runner czyli czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”

Może przy okazji nowego filmu „Blade Runner 2049” postanowiłem wrócić do źródeł, czyli do książki Philipa Dicka i do jej adaptacji filmowej. Tradycyjnie, jak to w Hollywood, nic nie jest takie jak być powinno i jak się wydaje, że jest.

Film jest luźną adaptacją książki, najbardziej chyba chodziło o tytuł i postać głównego bohatera. Deckard Dicka i Deckard Harrisona Forda, to zupełnie dwie różne postacie, chociaż paradoksalnie obie są świetnie stworzone! Trzeba przyznać, że film Ridley’owi Scottowi wyszedł całkiem nieźle mimo że to była 9 wersja scenariusza, a amerykańscy scenarzyści niezbyt przejmują się pierwowzorem, jeżeli prawa autorskie zostały już zakupione.

Książka jest mroczna, pokręcona, pełna zagadek, tajemnic, niedopowiedzianych sytuacji i zdecydowanie pesymistyczna w wymowie. To nie androidy śnią o elektrycznych owcach, to ludzie zmuszeni są je posiadać, bo nie stać ich na żywe. Pęd do posiadania żywego zwierzęcia jest przeogromny tak jak obecnie pęd do posiadania miliona gadżetów. W książce często pada pytanie kto jest człowiekiem, a kto androidem, coraz mniej jesteśmy pewni „kto jest kto”, a główni bohaterowie sami robią sobie testy, by potwierdzić swoje człowieczeństwo. Philip Dick za życia poruszał się w obszarach absurdu i paranoi, co przenosił do swoich powieści. Także Rachael nie jest taka, jak w filmie, ale i tu i tu zdecydowanie odmienia „łowców”.

Pozostaje tradycyjne pytanie przyszłości : kto jest, a kto nie jest robotem i kto będzie lepszy/mądrzejszy. Czytałem kiedyś taką książkę s-f, w której wyginęła cała ludzkość i na dalekiej planecie (wysłani wcześniej w kosmos) został jeden mężczyzna i jeden robot. Długa dyskusja o tym kto jest lepszy i dlaczego kończy się stwierdzeniem mężczyzny, że ludzie potrafią się rozmnażać, na co robot trzeźwo pyta : Na pewno?

Film to oczywiście hollywoodzka, upiększona wersja, chociaż przecież też nie przedstawia w słonecznych barwach „nowego, lepszego świata”. Cały czas leje w San Francisko. Tyle tylko, że wszystko jest na opak : androidy nabywają empatii (ratuje życie łowcy kosztem swojego), odjeżdżają w siną dal z ukochanym, happy end pełną gębą. Tu i tu tylko sowa jest całkowicie sztuczna i może być formą łapówki.

Kolejna część „Blade runnera” to już zupełna swoboda scenopisarska. Skoro i w książce i w filmie androidy Nexus-6 mogły żyć tylko 4 lata, to jak można je ścigać i zabijać jeszcze po 20 latach? Kto by się jednak przejmował takimi niekonsekwencjami. No a już główna oś fabularna jest doprawdy bardzo mocno naciągana. Znowu czekamy na Mesjasza i tym razem jest nim kobieta? Szefem „bandy” też jest kobieta? To już nie feminizm, to rasizm wymierzony w mężczyzn!

W pierwszym „Blade runnerze” muzyka była świetna i fantastycznie współgrała z obrazem. Niestety nie udało się w żadnej mierze niczego powtórzyć, może poza grą Harrisona Forda. Dziadkowi wydaje się, że jest co najmniej 40 lat młodszy i to jego nieodparty urok.

Pierwszy film dotknął w pewien sposób mrocznego świata Dicka i chociaż bardzo go uprościł i trochę strywializował (kobieta android nie może być śpiewaczką operową, jest raczej striptizerką), to stał się małym arcydziełem samym w sobie. Drugi, to odcinanie kuponów od pierwszego, co rzadko dobrze się kończy mając na uwadze jakość, bo pewno parę groszy wpływów przyniósł. Z kolei paranoja Dicka zostanie z nami już na zawsze : i to, że obawiał się po filmie, że Harrison Ford ma na niego zlecenie, i to, że podejrzewał Lema (którego bardzo cenił) że jest agentem KGB i ma zamiar go szpiegować, i to, że stworzył tyle arcydzieł literatury s-f, która do tej pory jakoś nie może zostać uznana za wielką literaturę, chociaż przecież zadaje mnóstwo ciekawych i istotnych pytań o kondycję człowieka i ludzkości.

Fascynacje literackie W.J. Hasa – „Sanatorium pod klepsydrą”

Nie można powiedzieć, żeby pan Has wybierał sobie łatwą do zekranizowania literaturę. O ile poprzednio wspominany „Rękopis znaleziony w Saragossie” jest powieścią skomplikowaną, to jednak dąży do określonego celu i go osiąga. Proza Bruno Schulza to już zupełnie coś innego. Trzeba naprawdę nie lada śmiałości, żeby próbować przenieść ja na ekran.

Czy to się udało? Są tacy, którzy twierdzą, że to jego najlepszy film, są też inni, którzy po 20 minutach trzaskają fotelem (to w kinie) bądź używają pilota do zmian (to w domu). Ja nie należę ani do jednych, ani do drugich. Przyznaję się, że film pomógł mi na nowo odkryć tą książkę, lepiej się jej przyjrzeć, może inaczej kilka rzeczy odczytać.

Nie da się przenieść wszystkich wątków ze zbioru opowiadań Schulza, więc Has skupił się na kilku : na „ Księdze”, „Wiośnie”, „Sanatorium pod Klepsydrą” czy „Ostatniej ucieczce ojca”, pełno tu jednak odniesień do innych wątków, mnóstwo aluzji, symboli, które dla mnie jako wiecznego ignoranta często nie do końca są zrozumiałe. Bo sam Schulz miesza z jednej strony mocnymi przemyśleniami religijnymi (poszukiwania prawdziwej księgi przez Józefa syna Jakuba), z drugiej zaś mocną relatywizacją rzeczywistości (rozciągnięty, wręcz cofnięty czas), z innej zaś nawiązuje do kafkowskich wątków przemienienia bohatera w (tutaj) skorpiona. Zresztą nie tylko, wielki stróżujący pies w sanatorium to przecież człowiek! Schulz posuwa się nawet trochę dalej i matka przez przypadek (jak mogła?) gotuje ojca a wuj Karol z trudem wstrzymuje się od konsumpcji! W dodatku wcale nie wygląda to jak makabra.

Film nie zawsze może oddać (często pewnie nie chce, to przecież adaptacja!) dość szczegółowy charakter opowiadań, dość luźno ze sobą powiązanych. Poza tym opisy Schulza są nieprawdopodobnie zjawiskowe i nie sposób ich oddać obrazem. Co udało się Hasowi na pewno to oddać klimat miasteczek, gdzie społeczność żydowska stanowiła sporą część mieszkańców. Czuć żal, że to odeszło, że tego już nie ma. Has w filmie przywołuje strach przed wojną, natomiast u Schulza czuć jakiś sentyment do ck monarchii, a właściwie do Franciszka Józefa I, ojca narodów. Dużo też w tych opowiadaniach wątków z okresu międzywojnia u innych pisarzy : na przykład manekiny (tu raczej bez balu) czy powrót do szkoły (tu akurat emeryta).

Oczywiście znowu plejada polskich aktorów, z Janem Nowickim na czele … ale Adelę wyobrażałem sobie trochę inaczej, w książce jest bardziej dominująca, poza ukazanymi przez Hasa zaletami, taka trochę schulzowska femme fatale. Ojciec Jakub też był niezrównany, jedyny w swoim rodzaju i dokładnie na miejscu.

Film bardzo niejednoznaczny i wymykający się wszelkim próbom generalnych ocen i krytyk. Coś się udało, coś umknęło. Jedno jest pewne : i do książki i do filmu wrócę jeszcze nie raz!

Fantazje erotyczne Mario Vargas LLosy – „Zeszyty don Rigoberta”

Ponieważ wina cała za rozpadek małżeństwa don Rigoberta i donii Lukrecji ponosił Fonsito, poczuwał się do obowiązku przywrócić ten związek do dawnej świetności. A że pozornie młody i nieśmiały, w dodatku obecnie mocno uduchowiony, oddający się sztuce, trudno posądzać go o jakiekolwiek niecne intencje. Skleja więc, co się rozpruło i jakoś powolutku doprowadza rzecz całą do celu.

Nikt mi nie powie, że Llosa lekce sobie waży czytelnika, a że dobrze się przy tym pisaniu bawi, to już zupełnie inna para kaloszy. Czyż mu nie wolno? Jeszcze głębiej wprowadza nas w południowoamerykański świat macho, pięknych i silnych kobiet, ale także przecież seksu i perwersji.

Atmosfera z jednej strony gęstnieje, z drugiej jednak, pomimo frywolności i lekkiej rozpusty, tkwi po trosze w wieku niewinności. Trudno czasami orzec, kto tą niewinność najbardziej reprezentuje i w jakim momencie, ale jest jakaś delikatność, lekkość w sprawach erotyki, która w efekcie pozostawia wszystkich zadowolonych i nie odczuwających żalu czy zazdrości.

I znowu pojawia się to zainteresowanie sztuką – malarstwem. Fonsito jako wielbiciel Schielego, wręcz jako jego naśladowca (bardziej życia, wyglądu niż sztuki) stara się obsesyjnie podążać jego drogą, chociaż pochodzi przecież raczej z bogatej i zdrowej rodziny. Nie tylko zanurzenie w wiedeńskiej secesji fascynuje młodego człowieka, nieobcy mu i Andy Warhol i Frida Khalo, to malarze, którzy często również pojawiają się (i będą pojawiać) w mojej twórczości. A muzeum Warhola w Medzilaborcach odwiedzałem już wielokrotnie. Zamiast aktu Schielego zamieszczam obraz Klimta – można powiedzieć, jego mentora, przyjaciela. Mimo, że był starszy, obaj umarli w tym samym roku. Nie potrafili przeżyć rozpadu ck monarchii. Nie oni jedni …

Autor zgrabnie przeprowadza bohaterów przez meandry miłosnych i erotycznych gierek, gzie nie do końca wiadomo, kto gra pierwsze skrzypce lub czy naprawdę to trochę starsze, ale jednak dziecko, jest autorem tych wszystkich fantastycznych pomysłów i przebiegłych zwrotów akcji, czy to on ma na wszystkich tak wielki wpływ. Donia Lukrecja tłumaczy się, że nic z nim nie zrobiła, bo po prostu tym razem nie zechciał, ale gdyby chciał …

Może to mały diabełek wcielony, bo na diabła nie wygląda, ale czy kiedykolwiek diabeł wygląda tak, jakbyśmy to sobie wyobrażali? A do jakich „słodkich” czynów nas prowokuje?! A co jeśli w dodatku konsekwencji żadnych nie będzie lub nikt ich nie odczuje? Grzech nie skorzystać.

Malarstwo cały czas pokazuje coraz to nowe oblicze, może to poniższe, z Albertiny, bardziej przypadłoby mu do gustu? Może to właśnie jego, bo przecież do tych samych szkół miano go wysłać, żeby zgłębiał tajniki sztuki Schielego, Klimta, Kokoszki czy wielu innych. Może tam właśnie studiuje?

Co dalej szykuje nam Llosa, bo to przecież nie koniec …

 

Fascynacje erotyczne Mario Vargas LLosy – „Pochwała macochy”

 

Zaczynam kolejny mini – cykl, tym razem poświęcony jednemu autorowi i to nie wszystkim jego książkom, ale tym wybranym pod ściśle określonym kątem. Od wielu lat narzeka się na nagrody Nobla z dziedziny literatury, zresztą słusznie. Nie mniej ta z 2010 była i jest wyjątkowo zasłużona. Nie będę wspominał tutaj o „Rozmowach w katedrze”, ale o tych „lżejszych” jego dziełach, które wcale nie są słabsze czy mniej wartościowe.

„Pochwała macochy” to pierwsza część trzyczęściowego cyklu (na razie), gdzie głównymi bohaterami są Don Rigoberto, jego druga żona Lukrecja i syn z pierwszego małżeństwa Fonsito. W tej książce głównym bohaterem jest właśnie Fonsito, 11 letni pasierb Lukrecji. Pewno to klimat Ameryki Południowej doprowadza do tego, że tutaj chłopcy i dziewczęta dojrzewają szybciej, albo po prostu Fonsito takim szybciej dojrzewającym oryginałem jest.

Don Rigoberto to szacowny mężczyzna w wieku trochę więcej niż średnim, donia Lukrecja to przecież niemłoda, ale piękna, pełna seksapilu kobieta i Fonsito – młody fascynat malarstwa, chłonny wiedzy teoretycznej i praktycznej w tematach wszelakich. Każdy z nich domniemywa, że to on jest panem sytuacji, a wychodzi na to (trochę trywializując), że to „ogon kręci psem”…

Erotyzm w książce jest na najwyższym poziomie. Takie niespieszne dojście do finału, nieważne czym i gdzie ten finał jest. Frywolność, swoboda, lekka rozwiązłość, prawie „dolce vita”. Nie zawsze i nie wszędzie i mało komu udaje się to autorowi osiągnąć.

Gorący klimat, piękna macocha, młody chłopak, cóż nie pierwszy i nie ostatni raz tworzy to mieszankę wybuchową. Czasami, jak w „Pożądaniu w cieniu wiązów” kończy się to tragicznie, czasami jak w naszym „Magnacie” następuje „zaskakująca zmiana miejsc”, czasami jest to tylko wielkie rozstanie. Początkowo może zresztą wydawać się, że o to właśnie młodemu człowiekowi chodzi, ale uczy się on nadmiernie szybko, o czym na końcu miała się przekonać pewna służąca.

Książeczka jest bardzo krótka, to taka wręcz dłuższa nowelka, sprawiająca pewien niedosyt. Kiedy ją czytałem nie wiedziałem, że wkrótce losy głównych bohaterów potoczą się dalej, jeszcze bardziej ciekawie …

Powieść ta (mini), jeżeli chodzi o atmosferę kojarzyła mi się z takim filmem brazylijskim, w którym główne role grali Sonia Braga i Marcello Mastroianni – „Gabriela”. Temat nie do końca ten sam (chociaż problematyka bardzo podobna), ale gęsta, gorąca atmosfera dokładnie taka sama.

W sumie książka to taka mała perełka, może doczekamy się adaptacji filmowej?

Fascynacje literackie W.J.Hasa – „Rękopis znaleziony w Saragossie”

Wojciech Has kręcąc filmy zawsze opierał się na adaptacjach literackich, nie stosował własnych ani cudzych oryginalnych scenariuszy. Przenosił na ekran tylko dzieła literackie i to takie dość niełatwe w odbiorze.  Od czasu do czasu będę teraz pokazywał te jego literacko – filmowe pasje.

„Rękopis znaleziony w Saragossie” Potockiego od zawsze należał do moich ulubionych lektur. Jak na naszą literaturę to oryginalne dzieło : pisana po francusku powieść łotrzykowska w formie szkatułkowej, w której jedna opowieść jest zachętą do snucia kolejnej, ta zaś do jeszcze innej, i tak po wielokroć. Nie wiem, czy istnieje jakiś podobny w stylu utwór. Mnogość bohaterów, ich barwność, a także otoczenie, w którym rzecz się dzieje zachęcały do nakręcenia filmu.

I tak powstał według wielu krytyków i widzów w Polsce i zagranicą, najlepszy polski film w historii. Podpisuję się pod tym dwiema rękami. Zbigniew Cybulski jako kapitan gwardii walońskiej czy Franciszek Pieczka jako Paszeko są niezrównani. Przez ten film przetoczyła się plejada polskich aktorów owego czasu i praktycznie wszyscy zachwycili swoją grą, a i adaptacja jest wierna i udana. Wprawdzie za góry Sierra Morena „robi” nasza Jura, ale to tylko dodaje filmowi blasku.

Po którejś tam kolejnej lekturze, na bazie trochę aktualnych wydarzeń, muszę znowu zauważyć, że wyznawcy Proroka są przedstawiani w samych superlatywach, jako miłujący pokój, bogobojni ludzie, którzy siłą i bardzo niesprawiedliwie zostali wypędzeni z Hiszpanii. Ciekawe jak tam wcześniej dotarli? Z przyjacielską wizytą? To przy okazji innych książek, o których niedawno wspominałem, gdzie właśnie muzułmanie są najbardziej sprawiedliwymi, uczciwymi i niesłusznie prześladowanymi obywatelami. Chyba w szczególności ci z ISIS czy Al-Kaidy. Może w tym wypadku istotne jest, że autor pisał powieść, kiedy odradzała się hiszpańska inkwizycja z całą jej niesławną legendą.

W żaden sposób jednak nie zmienia to mojej oceny książki. Czułem się tak, jakbym był w tej XIX wiecznej Hiszpanii. Tyle wątków, a jakie zgrabne ich na zakończenie połączenie, do tego piękne, gorącokrwiste kobiety, szlachetni panowie, ale i łotry spod ciemnej gwiazdy, choć wszyscy nieprawdopodobnie szarmanccy, uczynni i kulturalni! Chwilami wydawało mi się, że zza rogu może wychylić się nawet Don Kichote, ale to już chyba tylko gra mojej wyobraźni.

„Easy rider” i „Znikający punkt” czyli krótkie uwagi o wolności.

Tym razem nie o książkach to będzie, ale o filmach i dywagacjach na temat wolności. W ogóle co to za pojęcie? Czym jest wolność i jakie są jej konsekwencje. Bo najważniejsze słowa jakie mi się jeszcze kojarzą z wolnością to : konsekwencje i odpowiedzialność.

Peter Fonda pod koniec filmu mówi do Dennisa Hoppera : „nie udało nam się”. Jak to, dziwi się Hopper, przecież wszystko mamy, zarobiliśmy kupę szmalu, jedziemy do Kalifornii, możemy robić co chcemy, bo jesteśmy wolni. Nie ma wolności, mimo hippisowskich ideałów „dzieci-kwiatów”. Film pełen jest symboli, aluzji, ale i schematów : nowe jest dobre, a stare złe, dlatego to niszczy, tutaj nawet zabija. Uważam, że film się nie starzeje, co nie zawsze jest takie oczywiste.

„Znikający punkt” to z kolei pochwała swobody (czyli wolności) i takiej filozofii, skoro ja ci nie szkodzę, to i ty nie szukaj nic przeciwko mnie. Nawet jak wygram jakikolwiek wyścig, gdzie ktoś zostanie ranny lub lekko uszkodzony, wyjdę i zerknę czy wszystko z tobą w porządku. Im bardziej odróżniasz się od tłumu tym bardziej starają się, żebyś wrócił do szeregu, bądź zginął. Im bardziej ekstremalne to co robisz, tym mniejsze szanse, że ci się uda. Gdybyś tylko popalał „trawkę”, tudzież konstruował inne narkotyki w niewielkich ilościach, a do tego żył na pustyni, nikt ci nie będzie przeszkadzał. Mało tego nawet będzie cię nawiedzać piękna panna jeżdżąca nago na motorze (scena rozmowy – przepięknie naturalna). Na pustyni żyli eremici, którzy nie mając prawie nic, chcieli zachować wolność – to zapewne też jedna z aluzji.

Dzieci-kwiaty porzuciły dzwony, paciorki i zabawę (bo już swoboda seksualna i narkotyki z nimi zostały) i wróciły do mieszczańskiego świata by stać się lekarzami, maklerami, prawnikami czy inżynierami i by zarabiać pieniądze. To tak samo jak w Europie zrobiło pokolenie 1968 roku.

Nikogo nie stać na wolność. To trochę tak jak z tym zajączkiem, nie chodzi o to, żeby go złapać, ale, żeby go gonić. Najwięksi filozofowie wszech czasów nie potrafili sobie poradzić z odpowiedzią na pytanie czym tak naprawdę jest wolność i co to oznacza. Kto jest bardziej wolny, ten, który nie ma nic, czy ten, który ma prawie wszystko? Jeden czegoś żąda, drugi boi się, żeby mu nie zabrano.

A bohaterowie obu filmów być może urodzili się w nieodpowiednich dla nich czasach? Z jednej strony żyli w dostatnim i sytym społeczeństwie, które by chronić swoje osiągnięcia, tworzy miliony praw mających zachować zdobycze. Wszystko co nie zgadza się z normą jest złe. Szczytem tej teorii jest społeczeństwo pełnej szczęśliwości czyli sowieckiego komunizmu.

Paradoksalnie można powiedzieć, że każda władza, jaka by ona nie była (nasza lub narzucona) wcześniej czy później będzie się degenerować i będzie chciała trwać za wszelką cenę. Nasza demokracja na przykład, dzięki ustawie o partiach politycznych, jest trwale zabetonowana i tylko naiwni oczekują, że po kolejnych zwycięskich wyborach coś się zmieni na lepsze. Zmieni się na pewno, jeżeli jesteś w jednym z układów.

Za daleko jednak odeszliśmy od filmów, które są też przykładem filmów drogi, tak popularnych w Ameryce, gdzie rzeczywiście można pokonywać nie setki, a tysiące kilometrów. Oba też pokazują bankructwo bohaterów, którzy tak naprawdę w jednym przypadku bezsensownie giną z rąk „buraczanych tubylców”, w drugim zaś nie odnajdując chęci rozliczenia się, równie bezsensownie popełnia samobójstwo. Przy tym nazywa się Kowalski! To w owym czasie chyba dość znane nazwisko w Ameryce, przecież Marlon Brando z „Tramwaju zwanego pożądaniem” to też Kowalski!

Na blogu zamieszczam tylko własne zdjęcia (do tej pory przynajmniej), mam nadzieję, że i te w sarkastyczny sposób nawiązują do obu filmów …

„Duma i uprzedenie” Jane Austen

Kolejna, dla mnie, historia z życia klasy próżniaczej, tym razem z kobiecego punktu widzenia. Podkreślając próżniaczy charakter tej klasy nie mam aż tak złego zdania na podstawie tej akurat lektury. Tutaj większość arystokratów jest ukazana w bardzo pozytywnym świetle, podczas kiedy Wickaham (w szczególności) czy pastor Collins to bohaterowie negatywni lub przynajmniej żenująco śmieszni.

W przeciwieństwie na przykład do szlachty rosyjskiej u Tołstoja, tutaj Anglicy przynajmniej otrzymują dochód z majątków ziemskich. Dobre i to, bo autorka nic nie wspomina o ich pracy, poza tym może, że handel to nie jest rzecz godna dla arystokracji. Nie wiem, czy to do końca prawda, bo akurat w tym okresie Wielka Brytania była imperium, które intensywnie handlowało na całym świecie, nawet jeżeli miała to być wymiana paciorków na grudki złota, zapewne spory udział w tej wymianie miała angielska arystokracja. Majątek wolno mieć, może nie zawsze wypada się chwalić, jak się do niego doszło (co chyba i do dzisiaj obowiązuje).

Ojciec głównych bohaterek – pan Bennet ożenił się urzeczony „młodością, urodą i pozorami pogody (…) ale poślubił kobietę o miernym rozsądku i ciasnym umyśle”, liczył wprawdzie na męskiego potomka, co jest bardzo ważne przy majoracie, ale się go nie doczekał. Rozczarowanie małżeństwem było spore, delikatnie rzecz ujmując. Inne to były czasy, inne obyczaje, trwał więc w tym związku znajdując małe radości czasami w córkach (nie wszystkich), czasami w lekturze, co najważniejsze jednak – lubił wieś. Dziś zapewne śmiało postąpiłby inaczej, liczni „doradzacze” uzmysłowiliby mu przecież, jak ważna jest samorealizacja, dążenie do szczęścia, własna droga w życiu. Poświęcenie nie jest modne. Poza tym to mężczyźni są zawsze źli, to oni są kwintesencją nieszczęść rodzinnych, przemocy i bezduszności.

Pani Jane Austen miała szczęście żyć w innych czasach, jej męscy bohaterowie, to w zdecydowanej większości „ludzie honoru”, a w ostateczności poczciwiny nie wadzące nikomu, poza panem Wickhamem oczywiście. A tak z ciekawości, jaki jest stosunek feministek do Pani Austen?

Wracając do próżniactwa : głównym życiowym zajęciem pani Bennet jest poszukiwanie mężów dla swoich córek, cóż jednak mogła czynić mając ich pięć w domu? To, że porusza się w tym temacie jak słoń w składzie porcelany to już zupełnie inna kwestia. Ważniejsze jest (a propos próżniactwa i swatania) dostarczenie koni do kolaski aniżeli dostarczenie koni do pracy w polu. Panny muszą móc „bywać”, a praca w polu przecież nie ucieknie.

Ponieważ czytałem tę powieść pomiędzy „Pianistką” Jelinek a „Absolmie. Absolmie” Faulknera, była cudownie urocza i wspaniale wpływała na konieczność zmierzenia się z ciemnymi stronami życia i literatury. Nie dam złego słowa powiedzieć o takich romansach!