„Zapomniany Łemko” i „Naród znikąd” czyli powrót na Łemkowszczyznę.

To pokłosie II Galicyjskiego Festiwalu Książki : dostałem od organizatorów dwie pozycje : „Zapomniany Łemko z Krosna” i „Naród znikąd”, obie oczywiście dotyczące historii i tożsamości łemkowskiej, obie bardzo ciekawe i znacznie poszerzające mój zakres wiedzy na temat mieszkańców północnych i południowych stoków Karpat.

Zacznę od książki o Modeście Humeckim – XIX wiecznym burmistrzu Krosna. To bardzo ciekawa postać, bardzo wielowymiarowa. Książka to w zasadzie zbiór esejów różnych autorów przybliżających jego postać i ciekawy region, gdzie posiadał swój majątek i gdzie został pochowany.

O rejonie zwanym krośnieńską wyspą „Zamieszańców” słyszałem już wcześniej, chociaż tylko z lektury książki Jana Gajura, który wspomina o pojawiających się znikąd cerkwiach na trasie jego podróży. Teraz wiem więcej o tej małej enklawie.

Teraz kilka dywagacji niekoniecznie związanych z narodowością głównego bohatera. Otóż syn grekokatolickiego popa (mając bodajże 14 rodzeństwa!) kończy Uniwersytet Wiedeński i zostaje lekarzem, następnie swoją pracą dorabia się kamienicy we Lwowie i wsi Rzepnik. Ponadto jest społecznikiem, burmistrzem miasta i wydawcą własnych dzieł literackich (już wtedy funkcjonował self-publishing!). Jaka kariera w czasach drapieżnego kapitalizmu! Fantastyczna postać!

Krosno jawiło mi się jako urocze, spokojne miasteczko, mające wszelkie powody ku temu, żeby pochwalić się swoimi wielkimi mieszkańcami. A tu okazuje się, że od ponad 10 lat nie można w żaden sposób upamiętnić Modesta Humeckiego, ani nazwą ulicy, ronda czy mostu jakiegoś. Niemożność totalna czy może jakaś dziwna małostkowość?

Na okładce opracowania o narodzie znikąd widnieje Andy Warhol – być może najbardziej znany Łemko, który doczekał się swojego muzeum w Medzilaborcach (wielokrotnie o tym wspominałem). Czy rzeczywiście Łemkowie to naród znikąd? Liczne opracowania naukowe coraz bardziej przybliżają genezę powstania i historię tego narodu. Autor jednak nie skupia się na Łemkach, tylko opisuje historię wszystkich Rusinów : Łemków, Bojków, Rusnaków, Doliniarzy i Hucułów. Trochę za mało miejsca na opisanie ich historii, zresztą nie o to chodzi, kto będzie chciał dotrze do publikacji.

Autor nie zapomina o „Ukraińskim Piemoncie” – czyli krótkiej historii autonomii i niepodległości Zakarpacia pod koniec lat 30-tych XX wieku. Tez opisywałem to przy okazji publikacji o tym zdarzeniu właśnie.

Śmiało można stwierdzić, że co by nie powiedzieć o monarchiach, to ck monarchia była w pewien sposób pierwowzorem Unii Europejskiej, ze wszystkimi swobodami jakie zostawiała swoim obywatelom, z możliwością akcentowania swojej narodowości, kształcenia się we własnym języku, kultywowania tradycji. I komu to przeszkadzało?

Ciągle fascynują mnie różnego rodzaju mniejszości, życie na pograniczu krajów i kultur, trwanie we własnej tożsamości przez setki lat. Miejscowi są „stąd”, „stela”, mają swój własny „Heimat”, chcą żyć tam gdzie ich ojcowie i dziadowie, chcą, żeby nadal żyły tu ich dzieci i wnuki. To niezbyt skomplikowane i roszczeniowe marzenia, nieprawdaż?

Dopóki sporo jest pasjonatów jak Pan Sebastian Dubiel redaktor „Zapomnianego Łemka” jestem spokojny o to, że wiele jeszcze będzie się działo w kwestii rozwoju mniejszości narodowych, bez względu na to, czy centrala będzie ich uznawać, czy nie. Jako Ślązak wiem coś o tym!

Reklamy

„Przygody Cyrana de Bergerac” – Louis Gallet

 

Kto z nas nie słyszał o Cyrano de Bergerac – poecie awanturniku z wielkim nosem, który dla przyjaciół pisze wiersze miłosne, aby mogli oni zaimponować swoim pannom, na dodatek pannom, w których sam Cyrano się podkochuje. Tak przynajmniej bywało na różnych filmach wykorzystujących jego postać. Jeżeli chodzi o książkę, to nic bardziej mylnego! Nie ma wzdychania pod oknami kochanek i podpowiedzi w postaci poetyckich strof dla ukochanej z wyznaniami miłości.

To prawda Cyrano to poeta i awanturnik uwielbiający pojedynki, ale brak jakiejkolwiek ukochanej, do której by wzdychał, czy to tajnie, czy to jawnie. Zresztą tutaj XVII-wieczna Francja jawi się jako raj dla poetów, a poezją para się (z mniejszym lub większym powodzeniem) wielu amatorów. Ponadto tytułowy bohater bardzo jest wrażliwy na punkcie swojej twórczości, swojego dobrego imienia i swojego monstrualnego nosa. Wystawia sztuki wierszem i nie cierpi jak ktoś je krytykuje. Nie lubi też jak ktoś z niego samego kpi, gotów jest z tego powodu nawet walczyć z samą małpą! Niestety dla małpy udało mu się ten pojedynek wygrać.

Powieść rzeczywiście łotrzykowska, z gatunku „płaszcza i szpady” doskonale nadająca się na adaptację filmową. Jest tu wszystko, miłość, zdrada, intrygi, pojedynki, piękne kobiety, oczywiście z „happy endem” w tle. To nie spojlerowanie, to po prostu cecha tej literatury. No i jak większość książek tego typu czyta się ją lekko, łatwo i przyjemnie.

Książka nie jest wolna od filozoficznych „przemyceń”, może nawet filozoficzno-religijnych! Cyrano de Bergerac jest gorącym zwolennikiem teorii kopernikańskiej, która wtedy nie była jeszcze teorią panującą (wręcz przeciwnie!). Jego potężni oponenci twardo stali na gruncie, twierdząc, że mimo wszystko Ziemia jest w środku wszystkiego. No i jako burmistrz Paryża powagą swojego urzędu wszystko potwierdzał, akcentując chrześcijańskie paradygmaty.

Wiele można ciekawostek wyciągnąć z książki : jak wyglądały i funkcjonowały zajazdy we Francji w owym czasie, jak funkcjonował wymiar (nie)sprawiedliwości, jak funkcjonowały więzienia, jak bawiła się szlachta, mieszczaństwo i chłopi. Ponadto bardzo ciekawy jest opis pojedynku z lampą – pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Tutaj mała dygresja : za moich szkolnych czasów, właśnie na przykładzie Francji, pokazywano na lekcjach historii jak to bardzo chłop był wykorzystywany, biedny i zahukany. Tak jakoś miało to wyjaśnić wszelkie późniejsze rewolucje. Tymczasem we francuskiej literaturze tego okresu chłop jawi się jako zupełnie swobodna i świadoma jednostka, owszem narzekająca na swój los (jak wszyscy), na podatki, wojsko i plagi egipskie, ale w gruncie rzeczy zadowolona z życia i potrafiąca na swój sposób go używać.

Można powiedzieć, że zdecydowana większość bohaterów pierwszo czy drugoplanowych jest zadowolona z życia, a każdy śmiało dąży do polepszenia swojego bytu w legalny, bądź nielegalny sposób (bez tego trudno byłoby zawiązać intrygę). Potrafią sobie dogadzać w jedzeniu, piciu i zabawie. U Cyrana czasami dobrą rozrywką są pojedynki i to zarówno te wygrane (zdecydowana większość) jak i te przegrane (rzadkość).

Inna ciekawostka, nie wiem, czy prawdziwa : Cyganie posiadają własny alfabet (tajny), którym się posługują w zapiskach swojej historii. Przyznam się, że nigdy o tym nie słyszałem, nie wiem więc, czy to prawda, czy po prostu fantazja autora?!

Ogólnie rzecz biorąc literatura taka ożywczo wpływa na zaczytany „cięższymi” pozycjami umysł, daje wiele satysfakcji i przyjemności. Polecam.

„Spowiedź Parfena” – Sebastian Reńca

 

To kolejna książka, która nie zostawał wydana przez znane wydawnictwo i nie zaistniała w szerokim obiegu. A wydawałoby się, że podtytuł („Opowiadania katyńskie”) zachęci zarówno do wydania jak i do przeczytania książki. Chyba nic bardziej mylnego.

Niby odrębne opowiadania, ale większość z nich łączą a to bohaterowie, a to niedokończone gdzieś wątki. Tak chciałoby się powiedzieć, że przecież mogła z tego wyniknąć całkiem interesująca powieść, ale po chwili dochodzi się do wniosku, że nie, że właśnie taka forma jest znacznie lepsza, zdecydowanie bardziej adekwatna.

Mord w Katyniu. Kto obecnie o nim nie słyszał? Zupełnie inaczej patrzymy na to z perspektywy lat. Dla mnie czytanie książek mówiących o wielkich tragediach jest bardzo trudne. Znając historię, wiadomo, że żadnej nadziei mieć nie można, nikt nie ocaleje, wszystko wiemy. Kiedy czytam, chcę mieć odrobinę wiary, że przynajmniej jeden sprawiedliwy ocaleje. A tu nie ocalał nikt. Na szczęście nie jest to książka o samej tragedii, tylko o tym, jakie odcisnęła piętno na bliskich, czy na tych, którzy tę prawdę odkrywali, w różny zresztą sposób.

Jedno opowiadanie – „Ostatni pocisk” – wywarło na mnie szczególne wrażenie. Jak rozumiem to fabularna wariacja na temat, czy mogliśmy dowiedzieć się wcześniej… . Polskie podziemie miało wiele pięknych kart zapisanych podczas okupacji, szkoda, że ta nie zakończyła się sukcesem. Może nie każdy zwraca na to uwagę, ale przerażająca jest mentalność rosyjskiego chłopa, ale gdzieś w tle usprawiedliwia go nieprawdopodobny strach, w jakim żył. Tak trudno wyobrazić sobie takie czasy.

Inną ciekawą konstrukcją fabularną (?) jest zderzenie wnuka zabitego w Katyniu oficera z dołami śmierci w Srebrenicy w byłej Jugosławii. Można spojrzeć na to w ten sposób, że jeżeli raz już jakieś zło się pojawi, to pojawiać się będzie nadal, zawsze znajdzie jakiś naśladowców. Oprawcy uczą się jedni od drugich. Wszyscy liczą na bezkarność?

Ciekawe są obserwacje sojuszników, którym nie mogło się pomieścić w głowie, że można było mordować jeńców wojennych, w dodatku oficerów! Zresztą nikt nie chciał w to uwierzyć. A przecież nie nadawali się w żaden sposób do przerobienia na „ludzi radzieckich”, więc jaki z nich mógłby być pożytek? Skoro tak trudno „przerabiało się” zwykłych Polaków, to co dopiero mówić o oficerach! A Kaganowicz osobiście wpadł do NKWD-zistów, by zapewnić ich o nagrodach, za dobrze wykonaną robotę. Partia pamięta o swoich ludziach. Albo nagroda będzie, albo daleka Syberia, nikt nie zostanie odsunięty i zapomniany.

Przez to, że słyszymy, dowiadujemy się, o tej zbrodni z ust świadków, którzy widzieli tylko efekty działań NKWD, niby odziera zdarzenie z brutalności i dosadności, ale przez to chyba jeszcze bardziej podkreśliły rozmiar i bezduszność tej tragedii. Można powiedzieć, że „głos zabrały wszystkie strony” i wszystkie poza jedną (sprawców) nie chciały na początku uwierzyć w to, co się stało (obserwatorzy) bądź nie potrafiły uspokoić sumienia (miejscowi świadkowie naoczni).

Uważam, że to bardzo cenne opowiadania, często mówią więcej niż najlepsze opracowania historyczne, przemawiają lepiej do wyobraźni niż suche (przerażające przecież) fakty. Nigdy dosyć przypominania o takich zbrodniach, bo inaczej ciągle będą się powtarzały. Nigdy dość ich napiętnowania.

Nie wiem do czego mógłbym się przyczepić, bo przecież nie może być tylko dobrze! Tym razem trochę nie kojarzę…

„Szkice dla większych całości” – Sobiesław Kolanowski

Kiedy zerknąłem na tytuł i uświadomiłem sobie, że chodzi o opowiadania, pomyślałem, że to takie „wprawki” do ewentualnego przerobienia na większą formę, do skonstruowania powieści. Może nie z każdego opowiadania, ale przynajmniej z kilku.

Po przeczytaniu stwierdziłem, że chyba nic bardziej mylnego! Każde z tych opowiadań to gotowa całość nie wymagająca rozwinięcia. Nie zawsze musi być powieść, czasami wystarcza mała forma, żeby powiedzieć to, co ważne i istotne.

Książkę otrzymałem jako nagrodę w pewnym konkursie, autor – Pan Sobiesław Kolanowski jeżeli dobrze zrozumiałem, zadebiutował tym zbiorem opowiadań. Wydawnictwo raczej niszowe, taka tradycja. Tyle tylko, że trochę martwi mnie ta tradycja. Podkreślę raz jeszcze to, co przy innej okazji pisałem : wydaje mi się, że jest sporo dobrej literatury, która nie może się przebić do świadomości czytelniczej, a z drugiej strony sporo „masówki”, która niekoniecznie powinna być reprezentowana na półkach księgarskich. Trudno mi do końca powiedzieć, dlaczego tak się dzieje.

Bo przecież warto wczytywać się w literaturę, dyskutować o tym, co zawiera. Tak jak tutaj, gdzie czas i miejsce czasami (a może nawet często) nie są tym, czym się wydają, mało tego, nie są najważniejsze. Może trudno nam się spotkać w tym jednym czasie, ciągle mijamy się, nie zatrzymując, patrząc tylko na siebie.

Miłość, taka niespełniona bądź taka ostygła po latach jest jednym z głównych tematów opowiadań. Można powiedzieć taka „dziwna miłość”. Do tego jeszcze sny i marzenia przewijające się tu i tam. Nic nie jest pewne, nie wiadomo, czy rzecz miała miejsce, czy wydawało nam się, że miała miejsce. Może to wszystko ułuda? Zamazany obraz, osoby, które tylko ktoś jeden widzi, ale wreszcie jest czerwona róża, o którą trzeba walczyć i z powodu której można oberwać.

Sporo tutaj nawiązań do literatury czy filozofii, chociaż o „Małym księciu” anie słowa, to z czym może kojarzyć się róża? Mnie również bliski jest Pascal, którego myśli jeszcze często przy różnych okazjach będziemy odkrywać.

Nie jest to pozycja na „łapu capu”. Trzeba trochę przysiąść, trochę podumać. Zatrzymać się na chwilę, w tym zagonionym świecie. Posmakować trochę strawy duchowej.

No i ostatnie opowiadanie – to bez tytułu – jakże piękna klamra! Tak bardzo żałuję, że nie można spojlerować, ale czy to nie echa „Balu Manekinów”? Najważniejsze, by każdy mógł odnaleźć coś dla siebie i widzieć swoje własne wyobrażenia, bo to moim zdaniem podnosi rangę utworu.

Trochę tylko nie do końca odpowiada mi pewna maniera pisarska, nadużywanie pewnych słów, częste ich powtarzanie, nie do końca gładko się to czyta. Być może jednak o to chodziło, by nie czytać gładko i szybko, by przystawać i zadumać się czasami.

Walczmy o takich autorów, warto ich czytać, warto, by dzielili się z nami swoimi utworami, by wyciągali je z „otchłani szuflady”.

Małgorzta Manelska – „Barwy Mazur”

Przyznaję, że tego typu książki to nie mój ulubiony gatunek, coś co zakrawa na romans rzadko znajduje moje zaciekawienie. Ponieważ jednak przeczytałem i zrecenzowałem „Zapach Mazur”, chciałem przeczytać drugą część. Pamiętam, że moja recenzja tej wcześniejszej książki była raczej pozytywna i tym razem się nie zawiodłem.

Nie twierdzę, że w ogóle nie czytam romansów, raz czy dwa przeczytałem nawet „Harlequina”, trzeba przecież wiedzieć, żeby móc krytykować. Przeczytałem i mogę krytykować. I właśnie od razu na tym tle chcę parę słów napisać. Amerykańskie czy brytyjskie romanse są strasznie ugładzone, czyta je mnóstwo redaktorów, korektorów i kilku innych pracowników, którzy wyłapują wszelkie błędy czy powtórzenia stylistyczne, wszelkie niuanse, nieprawidłowości, dając „mydlany” produkt bez wad z samymi „szczęściarzami” uśmiechniętymi w finale od ucha do ucha. Brak w tym wszystkim autentyczności, z drugiej strony, kto po romansie oczekuje autentyczności?

A wydaje mi się, że tutaj właśnie mamy do czynienia z autentycznością, z chęcią opowiedzenia jakiejś historii, bo czyż właśnie nie tym powinna być literatura – snuciem opowieści?

Wszędzie dookoła widzimy takie same produkty : podobne proszki do prania, podobny jogurt, te same „sieciowe” bary, kawiarnie czy restauracje, wreszcie te same książki dla wszystkich. Masowy produkt pop-kultury, konsumowany „czysto, sucho i pewnie”. A przecież na pierwszym miejscu powinna być autentyczność, szczerość i oryginalność!

Podkreślam, że nie lubię spojlerować, ale dwoje aroganckich i zamkniętych w sobie stulatków, którzy w tym wieku powoli zmieniają swoje nastawienie do świata i „wracają” do sąsiadów i rodziny, to super pomysł fabularny. Innych pomysłów autorki nie zdradzę. Sama zapewnia, że to wszystko wymyślone przez nią postacie i zdarzenia, tylko miejsca są autentyczne (i to da się odczuć). I pomyśleć, że tak w zasadzie nigdy nie byłem na Mazurach.

Nie, żebym nie miał uwag. Wydaje mi się, że troszeczkę za dużo tu wątków pobocznych, zbyt wielu bohaterów się pojawia, historie są trochę zbyt rozległe z jednej strony, a z drugiej pokazane tylko zdawkowo, bez większego wgłębiania się. Może pomysłów byłoby na tyle, że starczyłoby na trylogię, a nie tylko na dwie części? Czasami zdarza się, że dialogi czy opisy sytuacji (wnioski) są zbyt dydaktyczne, no ale rozumiem, że nad pewnymi rzeczami nie można przejść obojętnie. Poza tym (tyle tylko, że to nie zarzut) wydaje mi się, że wydarzenia z roku 1945 z terenu Mazur zostały opisane i potraktowane trochę łagodniej niż to miało miejsce w rzeczywistości. Tyle tylko, że brutalna przeszłość to niezbyt łatwa sprawa do opisywania. Przypomina mi się w tym momencie fila Wojciecha Smarzowskiego „Róża”, który bardziej dosadnie opisuje ten czas i te miejsca.

Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę i dodam do tego trochę wyświechtane hasło : „dobre, bo polskie”! Wspierajcie rodzimą twórczość, polscy autorzy na pewno wzbogacą naszą kulturę, a i kasa zostanie w kraju, co jest nie bez znaczenia.

Denis Diderot – „Kubuś Fatalista i jego pan”

Ponieważ wszystko co się wydarzy jest już zapisane gdzieś tam u góry, należy wyroki losu przyjmować z pokorą i nie deliberować nad tym, czy coś mogło pójść inaczej, czy mogliśmy coś zrobić by temu zapobiec – to w skrócie filozofia Kubusia – co ma być to będzie i nic na to nie poradzimy. Ta filozofia pozwala jednakże korzystać Kubusiowi z życia i opowiadać swoje i cudze przygody, cały czas mając na uwadze historię swoich amorów, których nijak doprowadzić do końca się nie da.

Nigdzie się nie spiesząc, jadąc nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie Kubuś i jego pan kontemplują dzień dzisiejszy, chwilę obecną, nie martwiąc się niczym. Ot, takie próżniacze trochę życie z dogadzaniem sobie w jadle i napitku, z poddawaniem się urokom rozmowy czy opowieści.

Kogo w zagonionym świecie stać na takie brewerie? Kto może sobie pozwolić na takie luksusy? I czy aby nawet teraz nie jest to zbyt rewolucyjna sprawa? Bo książka Diderota nie ukazała się za jego życia we Francji, nawet później uznawana była za zbyt rewolucyjną, chociaż z trochę innych powodów. To przykład książki pisanej „do szuflady”, która z tej szuflady wypłynęła i na stałe zagościła pośród czytelników.

Trochę się dziwnie czyta tę powiastkę filozoficzną, jako że autor czasami zwraca się do czytelnika z pytaniami, oczywiście raczej retorycznymi, ale i tak wygląda na to jakby chciał prowadzić jakiś dialog. Przerwy odciągają nas od właściwej opowieści, która przecież i tak niezbyt wartko się toczy. Trochę mi to z charakteru przypominało „Colas Breugnion”, bo przecież pomimo swego fatalizmu Kubuś zawsze zachowuje pogodę ducha.

Fatalistyczna koncepcja życia zawsze kojarzyła mi się z filozofią grecką, gdzie wybrzmiewała dość mocno. Była taką dobrą wymówką, żeby w zasadzie nic nie robić o nic nie walczyć, bo wszystko i tka jest już „zapisane w gwiazdach”. Francja doby tuż przedoświeceniowej nie wydawała mi się miejscem, gdzie taka filozofia będzie spotykana. Jednak z jednej strony mieliśmy katolików, z drugiej zaś ludzi oświecenia, którym wiara w rozum ludzki zastępowała wszelkie potrzeby duchowe i o losie jako czymś wcześniej zadanym, nie mogło być mowy. Może właśnie dlatego książka się nie ukazała, żeby nie być iskrą, która wznieci „niepokoje społeczne”. Cóż, ta iskra i tak się znalazła.

Diderot był wielkim encyklopedystą i temu poświecił kawał życia, nie chciał, żeby cokolwiek uniemożliwiało mu tę pracę, dlatego jego najlepsze powieści ujrzały światło dzienne długo po jego śmierci w dodatku w Niemczech! Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju?

Kogo z nas stać by było na taką nieśpieszną podróż? Kto z nas ma czas wałęsać się bez celu? Może jeszcze tylko nieliczni miłośnicy górskich wycieczek? Wprawdzie pod koniec eskapady poznajemy jej cel, ale nie jest to cel ważny czy pilny. Fakt faktem, u celu kilka spraw ulegnie gwałtownemu i nieoczekiwanemu rozwiązaniu, przez co koniec miłosnych amorów Kubusia otrzymujemy już nie z jego rąk, a z opowieści narratora, bo przecież Kubusiowi ciągle i wszędzie ktoś przerywał opowieść lub też sam nie miał ochoty jej kontynuować.

Przednia to powiastka. Może warto ją przeczytać nie w krótkiej chwili wolnej, a poświęcić jej trochę więcej czasu, posmakować ją intensywniej i trochę na dłużej. Na pewno nam to nie zaszkodzi, wrażeń i smaczków będzie sporo.

„Szofer upadłych królów” – Stanisław Figiel

 

Gdzie też los rodaków nie rzuci i nie rzucał? Nie ma chyba tak egzotycznych miejsc, gdzie nie można by natrafić na ślady Polaków. Jesteśmy nacją wędrującą, często z powodów od nas niezależnych, często z chęci poznawania świata, często by zaspokoić smykałkę do podróży czy włóczęgi. „Szofer upadłych królów” to opowieść o naszym rodaku – Franciszku Wierzbickim, który miał okazję być szoferem króla Albanii – Zogu I w przededniu II wojny światowej.

Autor – Stanisław Figiel bardzo starannie podszedł do tematu, opierając się na (jak rozumiem) różnych dokumentach. Często opisuje na przykład zdjęcia z albumu i czujemy się tak jakbyśmy je widzieli i tak jakby ten album był rzeczywiście gdzieś na wyciągnięcie ręki. Książka jest zaliczona do literatury faktu, więc domyślam się, że wiele opisywanych zdarzeń jest autentycznych, wiele postaci rzeczywiście było w tym okresie w Albanii. Niestety czasami opisy i sprawozdania z uroczystości czy imprez wyglądają jak żywcem wycięte z jakiejś propagandowej gazety, trochę to psuje odbiór, ale tylko trochę.

W owym czasie na Bałkanach królestw było sporo : Jugosławia, Rumunia, Bułgaria, Grecja, to i Albańczykom zachciało się dołączyć do tej grupy. Trochę śmiesznie wyglądają zabiegi dyplomatyczne by znaleźć odpowiednie partie dla sióstr czy samego króla. Stare domy panujące w Europie raczej nie paliły się do uznania nowego królestwa jako równorzędnego partnera do podziału „błękitnej krwi”. Religia (islam) też nie ułatwiał zadania. Jak nie może być księżniczka to czasami wystarczy szlachcianka z jakiegoś starego rodu, bądź daleki pretendent do nieistniejącego już tronu. Rzeczywiście, z lekka to operetkowe.

Książkę czyta się szybko i płynnie, akcja jest stosunkowo wartka, ale chyba pod koniec lat trzydziestych XX wieku wszystko co działo się w Europie nabierało szczególnego tempa, a mało kto był przygotowany na takie zmiany. Bałkany to od zawsze był rejon szczególnych niepokojów i napięć.

Nie wiem czy w Albanii wiele się zmieniło od tamtych czasów. Dalej ten kraj należy do najbiedniejszych w Europie i dalej jest to słabe państwo, chociaż teraz nikt nie robi zakusów na jego wolność, a raczej niektórym marzy się w dalszym ciągu „Wielka Albania”. Wtedy chodziło o kawałek greckiego Epiru, teraz o część Macedonii tudzież o Kosowo. Wielka Albania na wyciągnięcie ręki?

Ponadto ciekawy jest też wątek zemsty rodowej, tutaj zwanej gjakmarrja, przed którą w zasadzie nie ma ucieczki. Kiedy się raz zacznie trwa bez końca. Jeżeli ktoś chce się z niej wycofać spotyka go ostracyzm, pogarda a nierzadko i tak śmierć, więc jest to jak gdyby zamknięte koło niemożności. Południowa krew to bardzo gorąca krew. Pozostaje co najwyżej ucieczka, ale taka daleko poza granicę kraju i rozpoczęcie życia w zupełnie innym miejscu na świecie.

Zawsze zwracam uwagę również na mnie interesujące „smaczki”. Nawet tutaj natknąłem się na łemkowską historię, na coś na co zawsze zwracam uwagę. W tym wypadku matka głównego bohatera była z pochodzenia Łemkinią, o czym autor wspomina. Czy to przypadek, że ciągle odnajduję takie drobiazgi?

Epilog książki (a także liczba mnoga w tytule) ewidentnie sugeruje, że będzie kolejna część, tym razem dotycząca królów Rumunii. Czekam z niecierpliwością, bo jednak czuję spory niedosyt po tej lekturze. Postać głównego bohatera jest potraktowana trochę bezosobowo, jego życie osobiste praktycznie nie istnieje, aż się prosi, żeby parę faktów dodać, zamiast używać mglistych aluzji. Wątek miłosny też nie doczekał się jakiegokolwiek rozwinięcia, ale to akurat nie przygana – przecież nie zawsze musi zaistnieć.

„Czarownice z Eastwick” – John Updike

Czas powrócić do dzielenie się wrażeniami z przeczytanych książek. Ostatnio u mnie ilość recenzji wyraźnie kuleje, ale powinno się to ponownie zmienić, czyli wrócić na właściwe tory. Dzisiaj kilka słów o „Czarownicach z Eastwick”.

Trochę to dziwne, ale czarownice uzyskały swe moce dopiero wtedy, kiedy rozwiodły się ze swoimi mężami. Podobno w tej okolicy kobiety tak mogły mieć. Trzy z nich : Aleksandra, Jane i Sukie urządzały sobie co czwartkowe spotkania dopóki do miasta nie przyprowadził się ekscentryczny Darryl van Horne. I to tyle jeżeli chodzi o spojlerowanie.

John Updike jest wyraźnie zafascynowany tymi kobietami – może nie demonicznymi, ale na pewno też nie potulnymi rozwódkami. To one polują, to one zdobywają, to one rządzą. Potrafią sobie dać radę ze wszystkim i w dodatku są bardzo mściwe i nie cofną się przed niczym. Jeżeli ktoś je zbyt mocno urazi nie ma co liczyć na litość i wybaczenie, chociaż czasami na leciutkie wyrzuty sumienia to i owszem, chociaż w niczym nie zmieni to postaci rzeczy. Bycie czarownicami to trochę przejściowy stan w ich życiu, przecież znowu kiedyś zechcą stać się mężatkami, jeżeli tylko znajdą odpowiednich partnerów. Z odrobiną magii może się to przecież udać.

Panie znają się na ziołach, pomagają potrzebującym w różnych dziwnych dolegliwościach, ale swobodnie „używają” wszystkich cudzych mężów, którzy wpadną im w oko. Pod tym względem panie z lekka wyprzedzały swoją epokę, ale John Updike był uznawany za swego rodzaju skandalistę (szczególnie przy powieści „Pary” – do której kiedyś wrócę). Czasami trochę zaniedbują swoje dzieci, lub pozwalają im się swobodnie wychowywać przy znacznym udziale telewizji, ale przecież nie mogą być świetne we wszystkim.

Trochę czasami przeszkadzało mi tłumaczenie : ćwierćbek to trochę dziwnie brzmi, mimo wszystko lepszy byłby quarterback, wszyscy zapewne wiedzą co to futbol amerykański i nie trzeba do tego żadnych dziwnych określeń.

Dawno temu też oglądałem film na podstawie tej książki. Powiedzieć, że film jest wypaczeniem idei książki to nic nie powiedzieć. Obsada aktorska była super, Jack Nicholson nie do przecenienia, ale kreowanie go na wcielenie diabła mocno nieadekwatne. No ale Hollywood w owym czasie było mocno patriarchalne i „zwycięzcą” powinien być mężczyzna, a nie Cher, Susan Sarandon czy Michelle Pfeiffer.

Dziwna jest ta amerykańska literatura, taka bardzo pragmatyczna. Nawet wielkie dzieła powinny się bardzo dobrze sprzedawać, tam nie ma zbyt wiele miejsca na formalne eksperymenty, być może dlatego tak dobrze i szybko się je czyta.

Acha, no i czarownice są na świecie, wiem coś o tym sam przecież napisałem „Szepty szeptuchy”.

Krosno-festiwal, Smolnik-agroturystyka, Duszatyn-jeziorka.

Na kilka dni oderwałem się od szarej rzeczywistości i udałem się na II Galicyjski Festiwal Książki w Krośnie, a następnie dodałem jeszcze trochę wolnego i udałem się w Bieszczady, bo przecież nie można zbyt długo się bez nich obyć.

Pomimo tego, że moje wystąpienie było zaplanowane na drugi dzień festiwalu (sobota) przyjechałem już w piątek, by móc uczestniczyć w większości wydarzeń. Festiwal jest kameralny, odbył się w krośnieńskim BWA, a nie tylko książkami zajmowano się. Pierwszego dnia Jacek Pikuła skradł chyba cały show – zarówno podczas rozmowy o swojej książce, jak i później, podczas swojego koncertu. Przypadkowo (?) nasze książki stały obok siebie na jednym postumencie.

Drugiego dnia bardzo wciągnęła mnie dyskusja podczas warsztatów pisarsko-wydawniczych – może konsensusu nie osiągnęliśmy, ale ciekawie było. O swoim „występie” zamilczę, ale bardzo dziękuję za zaproszenie i prowadzenie spotkania ze mną Panu Sebastianowu Dubielowi. Wiele ciekawych rzeczy dowiedziałem się w ciągu tych dwóch dni. Myślę, że gdybym wcześniej posiadał tę wiedzę moja książka „Szepty szeptuchy” mogłaby nabrać trochę innego charakteru. Poza tym zamierzam już na dniach zamieścić całe spotkanie ze mną na „youtubie”. Nie wiem, czy to mądra i roztropna decyzja, ale spróbuję.

Jestem pod wrażeniem pracy organizatorów w przygotowanie (a najpierw wymyślenie) takiej imprezy. To niezbyt częste na naszej mapie kulturalnej. Uważam, że wysiłek się opłacił, a w kolejnych latach na pewno będzie procentował. Wiele się dzieje na obrzeżach wielkich centrów kultury, może nie zawsze jeszcze jest to widoczne i doceniane, ale na pewno interesujące i cenne. Oby z roku na rok festiwal był coraz większy i popularniejszy. Zawsze będę mógł wspominać, że byłem na jednym z pierwszych!

Wieczorem, po zakończeniu festiwalu udaliśmy się w Bieszczady do stałego miejsca naszego pobytu, czyli do „Agroturystyki w szkole”. Zaliczyliśmy, w trakcie pobytu, spacerkiem Schronisko nad Smolnikiem, Zagrodę Chryszczatą, ale najlepsze zostawiliśmy na kolejny dzień.

Najlepsze, czyli wycieczka na Jeziorka Duszatyńskie. Tym razem w wersji lekkiej łatwej i przyjemnej czyli z Duszatyna – tam i z powrotem. Już w drodze na Duszatyn z Osławy przypatrywały się nam pijące wodę sarny, co prorokowało, że niejedna sensacja może nas spotkać, zwłaszcza, że gospodarz agroturystyki twierdził, że już dwa razy spotkał się z niedźwiedziem! Niestety tym razem fauna nie dopisała. Za to jeziorka jak zwykle urocze, tyle tylko, że coraz bardzie j zarastają i nic nie jest w stanie zatrzymać tego procesu. Oczywiście za mojego życia jeszcze nie zniknie, procesy geologiczne nie są aż takie szybkie. Upał był spory, a turystów można było policzyć na palcach jednej ręki. Zawsze znajdzie się czas, że można być prawie samemu w górach, trzeba tylko wiedzieć kiedy!

Cóż więcej można powiedzieć – bardzo udany przedłużony weekend!

Na zakończenie : zapraszam ponownie wszystkich do kontaktu i zakupu u mnie moich książek!

II Galicyjski Festiwal Książki

Już w ten weekend udaję się do Krosna by uczestniczyć w II Galicyjskim Festiwalu Książki. Będę na nim promował swoją nową książkę „Szepty szeptuchy” – to akurat w sobotę o 18.00. Serdecznie zapraszam wszystkich chętnych, którzy akurat będą w okolicy.

Mam nadzieję, że sprostam oczekiwaniom organizatorów i przybliżę swoją twórczość. Także liczę na to, że publiczność dopisze. W przyszłym tygodniu umieszczę sprawozdanie z tej imprezy, oczywiście nie będę pisał tylko o tym, com ja tam uczynił.