Podziękowania za udział w zdobyciu funduszy (chwalba nr 9)

Z pewnym opóźnieniem dokonuję podsumowania zbiórki pieniężnej, którą prowadziłem po to, by móc wydać swoją książkę „Szepty szeptuchy”.

Chciałem serdecznie podziękować wszystkim, którzy wspomogli mój projekt i zainwestowali swoje pieniądze w książkę, którą wkrótce dostaną „do ręki”. Naprawdę jestem Wam bardzo wdzięczny i głęboko zobowiązany. Zgodnie z proponowanymi przeze mnie nagrodami najpierw podziękowania za „uścisk dłoni” – to naprawdę miłe, że robiliście to dla mnie. Dziękuję :

Dorocie Sikorskiej

Jakubowi Wróblowi

Zbyszkowi Cichociemnemu

Wiktorii Kyzyma

Alicji Wajnert

oraz moim dzieciom : Karolinie, Tomaszkowi i Kacprowi.

Pozostałe nagrody zostaną wkrótce rozesłane do darczyńców. Jeszcze dzisiaj wyślę książkę w pdf-ie, następnie przyjdzie kolej na książki w miękkiej okładce, później w twardej. Na art-book trzeba będzie trochę dłużej poczekać, bo dopiero po wydrukowaniu książki w twardej okładce będzie on ręcznie robiony – myślę, że zadowoli koneserów!

Nie zgromadziłem pełnych funduszy, tak jak zamierzałem, ale ta zbiórka pozwoliła mi również poznać kilka osób, nawiązać kilka ciekawych kontaktów, co zapewne w przyszłości, szczególnie przy nowych książkach, zaowocuje. Jeszcze raz chcę podkreślić jak bardzo jestem wdzięczny wszystkim tym, którzy mnie wsparli.

Mam nadzieję, że sama książka przypadnie wszystkim do gustu i po prostu się spodoba.

W 4 numerze Magazynu Kulturalno – Literackiego „WENA” są fragmenty mojej książki, a w 5 numerze ukaże się jej recenzja (można zerknąć w internet, gdyż numery papierowe tylko na zamówienie : facebook.com/groups/wenamagazyn/ )

W dniach 7-8 czerwca wezmę udział w II Galicyjskim Festiwalu Książki, gdzie odbędzie się spotkanie ze mną w ramach promocji tej książki.

Reklamy

„Powieść teatralna” Michał Bułhakow

Michał Bułhakow pisał „Mistrza i Małgorzatę” kilkanaście lat. W międzyczasie pisał też inne powieści, sztuki, opowiadania, by nie wyjść z wprawy, lub by zaistnieć w świecie literatury. A był to świat literatury lat 30-tych XX wieku w Moskwie. W latach 30-tych XX wieku w Moskwie o wszystkim decydował jeden człowiek – Stalin, a on niezbyt lubił Bułhakowa. Wiadomo było co się z reguły dzieje z ludźmi, których Stalin nie lubił… . Podobno pewnego razu sam generalissimus zadzwonił do Bułhakowa i powiedział : „Trochę się Panu naprzykrzaliśmy”. Po takim telefonie chyba odszedłbym na ciężki zawał.

Podobno „Powieść teatralna” to w istocie opowieść o tym, jakie Bułhakow miał problemu z wystawieniem „Dni Turbinów”, które były przerobieniem na sztukę jego powieści „Biała gwardia” (recenzja również dostępna na blogu). Przy okazji to satyra na życie teatralne Moskwy. Dla mnie to również walka jednostki z systemem (jaki by on nie był) i próby nie poddawanie się machinie, która chce zagarnąć i przemielić człowieka i wszystko zachować dla siebie.

Jest to tez powieść o „mękach twórczych”, zwątpieniach, nadziejach. Do tego walka z cenzurą, nieprzychylnymi krytykami, zazdrosnymi literatami, po prostu małe piekiełko. Skąd my to znamy? Wszędzie jest tak samo? A nie…?

Jedna rzecz, która mi się nasunęła po czytaniu dzieł Bułhakowa : jakże sielska (poza teatralnymi intrygami) była Moskwa. Nikogo nie zamykano, nikogo nie wywożono, nikt nie znikał bez śladu. Jest oczywiste, że żadne dzieło literackie, które choćby na milimetr zbliżyłoby się do takich tematów nie ujrzałoby światła dziennego, a autor od razu poznałby uroki Syberii, ale jakoś tak zawsze mam duży dysonans poznawczy. Jak wielka jest siła literatury (tej z najwyższej półki) i jakie znaczenie ma jak i co przekazuje. Zdaje mi się, że Stalin doskonale zdawał sobie z tego sprawę i miał taką literaturę, jaką chciał, szczególnie tą w eksportowym wydaniu. Musiało minąć wiele dziesiątków lat, by prawda przedostała się do opinii publicznej, a i tak mało kto przyjął ją do wiadomości.

Klimat powieści był tak bardzo charakterystyczny dla Bułhakowa, zwłaszcza kiedy głównemu bohaterowi wydaje się, że właśnie odwiedza go diabeł. Nie tym razem to następnym, czyż nie? No i urzędnicy sowieccy są zawsze tacy sami. Nie tylko Bułhakow tak o nich pisze. Czasami obawiam się, że ta sowiecka mentalność w dalszym ciągu dominuje w naszym życiu, czy tego chcemy czy nie. Ale to bardzo smutna konstatacja.

Oryginalna powieść. Można przez chwilę poczuć się jak uczestnik życia teatralnego pośród władczych reżyserów, neurastenicznych aktorów i decydujących o wszystkim dyrektorów. Poza oczywiście rozdzielaniem biletów, bo o tym już decydował Kierownik administracji wewnętrznej – Filip Filipowicz Tułumbasow!

„Drzewo Salamandry” – Robert Lipscombe

Kolejna niejednoznaczna powieść zmuszająca do wielu ciekawych przemyśleń, ocierająca się o filozofię, okultyzm, wiarę. Z reguły bardzo mało piszę na temat fabuły, nie lubię zdradzać akcji potencjalnemu czytelnikowi, teraz jednak pokuszę się o kilka uwag dotyczących treści.

Rzecz dzieje się na przestrzeni wieków, chociaż zgrabnym posunięciem formalnym (główny bohater pisze książkę na podstawie pamiętników i wspomnień) unika przeskakiwania z jednego okresu do drugiego lub znacznego rozciągnięcia akcji w czasie. Wszystko toczy się początkowo wokół pewnego obrazu, który ma okultystyczne właściwości. Szybko jednak orientujemy się, że może chodzić o coś więcej i tak też jest. Na szczęście dla fabuły w książce jest kilka mylnych tropów, które z czasem się wyjaśniają, a czynią lekturę znacznie ciekawszą.

Główny bohater trochę charakterem przypomina mi Nicolasa Urfe z „Maga” Fowlesa, obaj są nauczycielami angielskiego, obaj są przeświadczeni o własnej ważności (często bezpodstawnie), obaj oczekują, że dostaną to, co chcą, a przecież tak wcale być nie musi. Robert Mark Clark dochodzi jednak do głębszych pokładów poznania niż główny bohater „Maga”.

Całą książkę przenika duch gnostycyzmu, nie tylko często się o nim wspomina, ale i wiele idei tej filozofii istnieje w poglądach i doświadczeniach różnych bohaterów. Sporo też znachorek czy wręcz wiedźm (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), które ratują bądź pokazują wiele rzeczy i spraw niewidocznych dla zwykłych śmiertelników. Poszukiwanie prawdy, rozwiązanie zagadki, dążenie do poznania, wreszcie ogarnięcie tego wszystkiego w całość – poszukiwanie czegoś większego, czegoś „ponad”. Nie na darmo nawet obóz koncentracyjny, gdzie były przeprowadzane eksperymenty nad psychologią, jaźnią, możliwościami ludzkiego rozumu nazywany został „Niebo”, wszyscy czuli, że to coś innego. Przy okazji niemieccy naukowcy ze zgrozą stwierdzili, że wszyscy ludzie niezależnie od rasy mają takie same przeżycia, możliwości i zdolności. Nie znaleźli „rasy panów”.x

Różne wnioski można wyciągnąć z tej powieści, mnie się rzuca w oczy, nie tylko po tej lekturze, że spora część wiedzy jest osiągalna tylko dla „wybranych”. I to nie dla „wybranych” przez kogoś, tylko wybranych przez samego siebie do dążenia do poznania. Mało kto chce, mało kogo to interesuje. Kto zajmuje się tym do czego tak naprawdę każdy z nas dąży? Kto zadaje sobie fundamentalne pytania? W świecie, gdzie rządzi „wyścig szczurów”, chęć wiecznej zabawy, wystarczy, że „chleb i igrzyska” są zapewnione i o niczym innym nie trzeba myśleć, bo i po co?

W tej książce (ale i w kilku poprzednich, o których pisałem) bohaterowie debatują również na temat „słowa” i jego znaczenia, na temat tego co konkretne słowo oznacza i jak je interpretować. To takie dziwne w świecie, gdzie nagminnie zmienia się znaczenia słów, trywializuje się je bądź nadaje im pejoratywne znaczenie, głównie po to, żeby obrzucić nimi przeciwnika tak, by nie mógł się w racjonalny sposób bronić. Rządzą nami „kalki słowne”, które tak naprawdę nic nie znaczą, ale są „nośne” społecznie i na odbiorcy (często powtarzane) mają wywrzeć oczekiwany efekt. A to „puste” słowa są…

Po raz pierwszy od bardzo dawna przeczytałem recenzje tej książki w internecie (w zasadzie nigdy tego nie robię przed napisaniem swojej) i jestem zaskoczony niską skalą ocen i dość powierzchownym jej odbiorem. Tak bywa.

Nie staramy się znaleźć chwili na prawdziwą refleksję, na zadawanie sobie pytań nad sensem życia. Tak galopujemy, że nie dostrzegamy tego, co ważne, lub widzimy to, gdy jest już za późno. Warto chwilę podumać, nawet więcej niż chwilę…

„Wyzwolenie” – Martin Heidegger

 

Ostatnio znajomy powiedział mi, że nie mamy czasu na czytanie byle jakich książek i tak wszystkich nie zdążymy przeczytać, musimy wybierać. Znalazłem tytuł jak z Wyspiańskiego, chociaż po autorze widać, że tematyka zupełnie inna. Cóż, znowu odrobina filozofii…

Postać autora, dość kontrowersyjna, sama w sobie jest ciekawym przyczynkiem do lektury. „Wyzwolenie” to dwa krótkie eseje : pierwszy z nich to mowa wygłoszona z okazji 175 rocznicy urodzin kompozytora Conradina Kreutzera, druga to „dyskusja w drodze o wyzwoleniu”. Tylko kilkadziesiąt stron, a jak bardzo trzeba skupiać się na czytaniu.

Mowa z okazji rocznicy urodzin, a której ni słowem w zasadzie nie wspomina się o kompozytorze – ciekawe! Hiedegger porusza tutaj temat, który i mnie od dawna frapuje : upadek myślenia, wykształcenia, wiedzy. Czytam różne pozycje z tym związane i zastanawiam się, czy jest jakiś okres, w którym nie narzekano na taki upadek u współczesnych, od kiedy tak naprawdę poziom zdobywanej wiedzy zaczął się obniżać? Z jednej strony umasowienie wykształcenia spowodowało obniżenie jego poziomu, ale to zbyt banalne stwierdzenie. Z drugiej strony różnice pomiędzy poziomem wykształcenia przed II wojną światową, sprzed 30 lat a dzisiaj są już bardzo widoczne, choćby po tym, jak wygląda a jak wyglądała matura, jaką wiedzę trzeba było kiedyś posiadać by ją zdać, a co trzeba wiedzieć dzisiaj. Początek XX wieku to gigantyczny przełom w wielu naukach – współczesna fizyka w zasadzie wtedy się rozwinęła, chemia również nie odstawała poziomem, nastąpił nieprawdopodobny „wysyp” uczonych. Wydaje mi się, że bardzo duży wpływ na poziom nauczania ( w bardzo szerokim zakresie tego określenia) miały obie wojny światowe i ich konsekwencje. Z jednej strony pamięć o okrucieństwach, kruchość życia, wyrwanie wielu ludzi ze swoich siedzib, a później apoteoza „robotnika i chłopa” (po co się uczyć?) w jednym ustroju a sytość i hedonizm w drugim (łatwość zaspokajania potrzeb – po co się uczyć?). Heidegger punktuje, iż rozwój techniki, technologii, dobrobyt, rozleniwia… a pisze to w 1955 roku.

Z kolei „rozmowy na polnej drodze o myśleniu” to traktat o nadawaniu właściwych znaczeń odpowiednim słowom. Chodzi o to, by nie zmieniać i nie przeinaczać sensu słów, bo możemy się nie porozumieć. Autor brnie tutaj w bardzo precyzyjne i czasami zbyt zawiłe (jak dla mnie) tłumaczenie słów i dochodzenie do pewnych wniosków. Dla mnie takim ciekawym przyczynkiem, którego akurat tutaj nie ma, do dyskusji jest znaczenie słowa „tolerancja”, którym ostatnio bardzo często wielu usiłuje wycierać sobie gębę (tą gombrowiczowską). Tolerancja nie oznacza w żadnej mierze akceptacji, co mało kto zdaje się rozumieć. Z tego też powodu wszelkie dyskusje na ten temat najczęściej brną w ślepy zaułek lub kończą się po przekroczeniu 120 decybeli. Warto sięgać do źródeł…

Ciekawa lektura, krótka, ale powodująca tak wiele przemyśleń, zarówno podczas lektury, jak i długo po niej. Nie marnujmy czasu, mamy go tak mało…

„Bandera – faszyzm, ludobójstwo, kult” – Grzegorz Rossoliński-Liebe

 

Można powiedzieć, że ostatnimi czasy obijałem się z pisaniem na blogu, szczególnie recenzji książkowych. Wynika to z kilku powodów, raz, że walka o wydanie książki, dwa nawał pracy, a trzy – kontuzja oka wywołana „napadem gałęzi na moje oko” podczas prac w ogrodzie, no i do tego 900 stron, które teraz czytałem!

Książka o Banderze (z podtytułem : „Życie i mit ukraińskiego nacjonalisty”), chociaż raczej o ruchu, który reprezentował i o micie, który się wokół niego wytworzył, bo o samym bohaterze dowiedziałem się niezbyt wiele. To, że był synem grekokatolickiego księdza, studiował we Lwowie, został skazany za zabójstwo Pierackiego, potem więzienie, dwa lata wolności, znowu więzienie, po wojnie głównie w Monachium, no i trochę wycieczek do diaspory; jedna żona, troje dzieci i to w zasadzie wszystko. Trochę mało.

Natomiast tło jego ruchu OUN, powstanie ruchu, kulisy działalności, mit, który się wokół niego wytworzył – wszystko przedstawione bardzo szczegółowo i dokładnie. Przyznam się, bardzo wiele rzeczy było dla mnie odkrywczych, wiele zupełnie nieznanych, a jeszcze trochę zostało „wyprostowanych”. Może nie do końca wszystko zaakceptowałem, zwłaszcza kilka słów o Polakach i praktycznie brak słów o walkach w Bieszczadach w latach 1945-47, tylko potraktowanie akcji „Wisła” jako rewanż za Wołyń.

Mnóstwo dygresji naszło mnie przy czytaniu tej książki. O co walczyli nacjonaliści ukraińscy od lat dwudziestych? O czyste etnicznie państwo i połączenie wschodniej i zachodniej Ukrainy. Sami tego nie wywalczyli, ale jak obecnie wygląda Ukraina? Może to nie do końca scalone państwo, ale na pewno bardzo jednorodne narodowo, wprawdzie prawie demokratyczne (co nacjonalistom nie odpowiada), ale bardzo wiele spraw załatwiło się cudzymi rękami. Sami zaczęli od czystek – najpierw wspólne z Niemcami pogromy Żydów, potem czystki etniczne na Polakach. Po wojnie zaś Polacy, którzy przeżyli zostali przesiedleni na Ziemie Odzyskane, więc mniejszości pośród ponad 40 milionów Ukraińców jest niewiele, no i państwo jedno! Ot, taki prezent.

W tym czasie, kiedy Ukraińcy walczyli o swoje państwo podobnie czynili Chorwaci, Słowacy – im się na chwilę nawet udało. Teraz jedna wszyscy cieszą się swoimi własnymi państwami. Dziwnymi szlakami toczy się historia. Oznacza to również, że nigdy nie należy rezygnować z marzeń czy dążeń, nie wiadomo kiedy mogą się spełnić.

Druga dygresja jest taka, jak dobrze diaspora ukraińska, a później i krajowi działacze doprowadzili do „zapominania” o prawdziwej działalności OUN/UPA, do wybielania jej historii. Na tym tle nasze działania to partactwo wysokiego rzędu. To nas oskarża się o masowe mordy na Żydach podczas II wojny światowej, a o ich działalności się zapomina. Ukraińcy potrafili stworzyć towarzystwo współpracy ukraińsko-izraelskiej, jeździć do Izraela i tłumaczyć swój punkt widzenia! Jak dobrze potrafili ukryć swoje dawne, prawdziwe oblicze może świadczyć fakt, że następca Bandery („premier rządu”) Stećko został przyjęty przez prezydenta Regana!

Do tego wszystkiego jeszcze polski Lwów był co najmniej dwukrotnie areną ogłoszenia powstania państwa ukraińskiego (1918 i 1941) – oba nieudane, ale ze smutkiem należy stwierdzić, że obecnie jest jednym z centrów działań współczesnych nacjonalistów, którzy starają się jak mogą żeby zafałszować jego historię.

Polską ideą reprezentowaną przez wielu znanych polityków, działaczy emigracyjnych, naukowców i innych publicystów jest tak zwana „polityka jagiellońska” łącząca narody Europy Środkowo-Wschodniej we wspólnej „walce” o byt w Europie pomiędzy Rosją i Niemcami, oczywiście pod światłym przywództwem Polski. Szkoda, że nikt nie zwrócił uwagi na, że Ukraińcy też wpadli na podobny pomysł łącząc (starając się…) Białorusinów, Litwinów, Łotyszy, Estończyków we wspólnym froncie przeciwko Rosji i „pańskiej” Polsce! Bo Niemców od zawsze traktowali jako sojuszników. Ot, taka drobnostka historyczna i chyba kompletne niezrozumienie ukraińskiej optyki.

Niestety do dziś odbija się to na naszej fatalnej polityce względem tego sąsiada. Ani nie potrafimy rozliczyć przeszłości, ani nawiązać trwałych, konstruktywnych sojuszy. Przyznam, że ta książka otwarła mi oczy na wiele naszych błędów, których nadal nie potrafimy się pozbyć.

Gdyby spróbować podążyć ukraińskim sposobem myślenia, to w jaki sposób można stworzyć „mit założycielski” państwa? Z jednej strony doskonale nadaje się do tego „wielki głód” z lat trzydziestych zafundowany przez Stalina, z drugiej jednak potrzebni są bohaterowie, liderzy, za którymi mogą podążać. Kogo można było wybrać? Wokół czego można było zebrać współobywateli? Ukraińcy widzą wrogów wokół siebie, dlatego tworzą bohaterów walczących z nimi. To my nie mamy żadnej umiejętności przekonania ich do naszej racji. Bardzo daleka droga do prawdziwego pojednania. Chyba, że pracujący u nas Ukraińcy przedstawią inny obraz naszego kraju i inaczej odniosą się do wspólnej historii.

Mimo swojej objętości, czasami „suchym” języku oraz nagromadzeniu mnóstwa faktów i dokumentów, książka bardzo warta przeczytania, warta również szerszej dyskusji – ciekawe czy kiedykolwiek zdążymy ją podjąć?

Crowfunding – pierwsze podsumowania, czyli „chwalba” nr 8

Trudno ten wpis w ogóle potraktować jako chwalbę, ale cóż innego pozostaje?

Pierwsze podsumowanie nie wygląda dla mnie najlepiej. Co by nie mówić, zebranie niecałych 15% do sukcesu na pewno nie należy. Cały czas więc zastanawiam się, co zrobiłem źle, co jest nie tak. I co zrobić, żeby w przyszłości osiągnąć lepszy efekt.

Mógłbym próbować zwalić winę na tak zwane czynniki obiektywne, czyli fatalny stan czytelnictwa w Polsce, który niestety jest faktem, ale który, również niestety, nie usprawiedliwia mojej porażki. Ktoś jednak te książki czyta, pytanie brzmi, dlaczego nie te, które ja piszę? Czyżby były aż tak złe? Może warto zarzucić tę nierówną walkę i poddać się i zająć się czymś bardziej pożytecznym?

Byłoby to jednak przyznanie się do kompletnej porażki, do własnej niemocy, indolencji i partactwa, co wcale tak łatwo nie przychodzi. Czasami zdarzają się przecież pozytywne recenzje i przychylne opinie, w zasadzie większość z tych nielicznych czytelników zdaje się być zadowolonych z faktu przeczytanie mojej książki.

Brak mi zapewne umiejętności sprzedażowych, reklamowych i marketingowych. Zaprzestanie dalszych działań byłoby przyznaniem się nawet nie do porażki, ale do klęski. I nie jest to żart związany z dzisiejszym dniem.

Pierwszym krokiem we właściwym kierunku było zatem przedłużenie zbiórki o kolejne 15 dni. Mam nadzieję, że Ci, którzy nie zdążyli, a których usilnie namawiałem jeszcze będą mogli skorzystać z możliwości zakupu fantastycznej książki.

Pomimo wszystko wierzę, że sytuacja poprawi się, dlatego ponownie zachęcam wszystkich do odwiedzenia strony crowfundingowej i do dokonania zakupu!

www.odpaalprojekt.pl/p/szeptyszeptuchy

„Filozofia i utopia” Leszek Kleszcz

 

Nie wiem, jak się to dzieje, ale takie książki wpadają mi w ręce przez przypadek. Ta znajdowała się w biblioteczce mojego ojca, sam nie wiedział, że taką ma. Tytuł mnie zafrapował, więc wziąłem się za czytanie. Don Kichote na okładce był dodatkową zachętą. Staram się ostatnio poszerzać swoje filozoficzne horyzonty.

Ta książka dała mi takie możliwości. Po pierwsze, jak na pracę naukową jest pisana dość przystępnym językiem, a wszelkie przypisy i odnośniki nie zamazują tekstu i nie przeszkadzają w pojęciu „istoty rzeczy”. Po drugie temat bardzo ciekawy, bo dywagacje o utopiach są bardzo ciekawe i „wiecznie żywe”. Ludzie zawsze szukali ideału, najgorsze co nam może się przytrafić, to przestać marzyć.

Autor poświęcił swoją uwagę głównie trzem utopiom : państwu Platona, raju w Biblii i idei nadczłowieka u Nietzschego. Oczywiście nie omieszkał wspomnieć o wielu innych utopiach, które przez wieki były rozwijane przez pisarzy i filozofów. Jakby nie spojrzeć, żadnej utopii jeszcze nie osiągnęliśmy, mimo że wielu się starało. Bardzo spodobał mi się jeden z końcowych fragmentów : „jak dalece myśliciel jest odpowiedzialny za swoje dzieło? W jakiej mierze Platon odpowiada za totalne reżimy XX wieku, Jezus za inkwizycję, Marks za gułagi, Nietzsche za obozy koncentracyjne?”. Bo próby realizacji jakiejkolwiek utopii do tej pory kończyły się raczej tragicznie.

Platon zakładał, że wszyscy będą dobrowolnie zgadzali się na udział w takim społeczeństwie, ale później proponował system kar z karą śmierci włącznie! Trzeba jednak przyznać, że zaproponowany przez niego system kształcenia jest obecnie stosowany w wielu miejscach. W ogóle bardzo ciekawe jest prześledzenie momentu, w którym Platon swoją utopię opisywał. To moment upadku greckiej demokracji. Warto się temu przyjrzeć, co ten upadek spowodowało i jak bardzo później historia lubiła się powtarzać.

Transcendentne utopie są obecne we wszystkich religiach, ale najgłębiej chyba w judeochrześcijańskiech, opartych o autorytet Starego i Nowego Testamentu. Ściśle związany jest z nimi mesjanizm do tej pory obecny w niektórych odłamach religii.

Nietzsche wyrasta na giganta filozofii, który bardzo starannie starał się opracować swój system filozoficzny i stworzył (według autora) utopię wewnętrzną dla każdego pojedynczego „nadczłowieka”. Tyle tylko, że jak sam zauważył tak naprawdę „nadczłowiek” mógł być tylko jeden, bo gdyby ich było więcej nie mogliby się znieść, a w zasadzie tylko jeden może być naprawdę „nad”. Znacznie to zmieniło moje „szkolne” poglądy na temat tego filozofa.

Generalnie cała lektura została przeze mnie bardzo pozytywnie odebrana i mocno odświeżyła mój światopogląd. Ostatnio, kiedy dyskutowałem o ostatnio przeczytanych lekturach mój interlokutor stwierdził, że nie mamy już czasu na czytanie byle czego. Trudno się z nim nie zgodzić!

„Hiszpańscy żebracy” i „Żebracy nie mają wyboru” Nancy Kress

Tym razem dwie książki na raz, ściśle ze sobą powiązane, jak to powieść i sequel. O ile pierwszą część, czyli samych „Hiszpańskich żebraków” przeczytałem wieki temu, o tyle drugą część – „Żebracy nie mają wyboru” dopiero teraz po raz pierwszy. Warto było w obu wypadkach.

Po raz pierwszy w ogóle nie mam ochoty spojlerować akcji, bo w sumie nie jest to najważniejsze w tych książkach. Najciekawszy jest pomysł odwrócenia stosunków społecznych na skutek „nieoczekiwanego wynalazku”. Rzecz warta była dyskusji przy wydaniu pierwszej powieści, teraz nabrała innego znaczenia, innego wyrazu. By tak naprawdę, czy nie do tego zmierzamy?

W tych książkach amerykańskie społeczeństwo składa się z „amatorów życia” – nic nie robiących pasożytów, którzy stanowią przeważającą większość społeczeństwa, ale mają prawo głosu, które jest ich jedynym, ale jakże cennym, aktywem. Ponad nimi są „Woły”, którym się chce pracować, którzy jeszcze są ambitni i prą do przodu. Nad wszystkim są Bezsenni i Superbezsenni – elita. W sumie aż tak bardzo nie różnią się od obecnego społeczeństwa tyle tylko, że obecnie „amatorzy życia” to uwiązani do pracy, kredytu i konsumpcji przedstawiciele najszerszych warstw społeczeństwa. Oczywiście zapewne marzy im się sielanka np. polskiej szlachty, wśród której Jacek Soplica rządził „kreskami” szlachty jak chciał. Kto czytał, pewno wie, o co chodzi.

Mam (miałem podczas czytania) niejasne przeczucia, że autorka darzy „amatorów życia” niejaką estymą, wierząc, że jakby co, to „zrobią co trzeba”. Bardzo to naciągana teoria, choć również mocno zgoła „amerykańska” – gdzie branie swoich spraw w swoje ręce jest zawsze na pierwszym miejscu. Nie miałbym jednak tyle nadziei w tym wypadku.

Różnego rodzaju badania prorokują z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, że już wkrótce 20% społeczeństwa będzie w stanie zaspokoić potrzeby całości – bez żadnych specjalnych i rewolucyjnych wynalazków, ot tak z powodu rozwoju techniki i technologii. Co wtedy stanie się z masami niepotrzebnych pracowników? Czym się to zakończy?

Może wróci temat pensji obywatelskiej (co na przykład Szwajcarzy stanowczo odrzucili w referendum) czy przynajmniej emerytury obywatelskiej? Dywagacje na temat wieku emerytalnego, mogą stać się bardzo jałowe. Tylko kto wtedy będzie konsumował wszelkie dobra i przede wszystkim : za co?

Tak naprawdę w dobie obrazkowej narracji, gdzie każda głębsza myśl ginie, nikt nie próbuje nawet dyskutować o bardziej odległej przyszłości. Wszyscy twierdzą, że to „bajki”. Na polityków nie ma co liczyć (zresztą jak w każdej innej sprawie), oni myślą 4-letnimi cyklami kadencyjnymi; dziennikarze gonią za płaskimi sensacjami, wszystko kręci się wokół „chleba i igrzysk”.

Nie ma chętnych do pogłębionej dyskusji, a książki s-f w dalszym ciągu nie przebijają się do głównego nurtu literatury, nie są w żaden sposób uznawane za klasykę. A tu wydaje się rzecz bardzo warta dyskusji, przemyśleń, choćby śladu zastanowienia.

Skończę taką o to puentą : słyszałem, że jest nowy „Big Brother” w telewizji … i to by w zasadzie wszystko wyjaśniało.

Zbaraż – jak wygląda dziś wyobrażenie Sienkiewicza i Hoffmana.

Z powodu wielu zbiegów okoliczności czas jakiś nie mogłem uczynić wpisu na blogu, a jeszcze dodatkowo na chwilę rzuciło mnie na Ukrainę. Musiałem wygospodarować sobie czas i zobaczyć przynajmniej jeden obiekt zabytkowy – padło na Zbaraż, był najbliżej miejsca mojego pobytu, a czasu nie było za wiele.

Ogromnie wiele sentymentów poczynając od „Ogniem i mieczem”, które było obecne od samego początku, poprzez wiele innych polskich śladów, aż do śladów łemkowskich, co było zupełnym zaskoczeniem.

Zamek w Zbarażu jest w ciągłej odbudowie, chociaż większość już zrobiono, zamek w zasadzie cały, teraz trwają prace przy obwałowaniach. Wnętrze nie zawiera jeszcze zbyt wielu zabytków, nie ma ich skąd wziąć. Są portrety królów i magnatów polskich, są rzeźby (ale już współczesne) Chmielnickiego i jego pułkowników, ale również Bohuna czy Mazepy. Jest trochę mebli, ale jakiegoś bogactwa zabytków nie ma. Dużo wystaw współczesnych obrazów czy rzeźb o tematyce nawiązującej do czasów powstania Chmielnickiego. Niestety do tego super zniechęcające otoczenie: dojazd, samo dojście do zamku, brak jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej – nawet kawę trudno kupić! Podobno Ukraińcy niezbyt chcą te zabytki wykorzystywać. Może to nie do końca niezrozumiałe. To jednak przyczynek do zupełnie innej dyskusji.

Po wyjściu z zamku chciałem koniecznie zwiedzić kościół, który góruje nad miastem. Niestety kościół był zamknięty, więc udaliśmy się na poszukiwanie łyka kawy. Nagle, po drodze widzimy kaplicę, obok niej tablicę pamiątkową, która mówi, że to pamiątkowa kaplica Łemków, którzy byli przesiedleni na te tereny po akcji „Wisła”. Wcześniej na jednej z wystaw na zamku były współczesne rzeźby cerkwi – kilka z nich też było łemkowskich. Może teraz zawsze na to zwracam uwagę, ale w dziwnych miejscach odnajduję ich ślady. Przy okazji więc przypominam o przedsprzedaży mojej „łemkowskiej” książki : www.odpalprojekt.pl/p/szeptyszeptuchy .

Kawę udało nam się wypić, wracając do samochodu stwierdziliśmy, że kościół jest otwarty! To kościół pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy, w środku mocno zrujnowany, ale w połowie już odrestaurowany! Zaczęła się msza św., na której zostaliśmy. Po mszy (po ukraińsku!) rozmowa z księdzem dominikaninem. Znowu wiele sentymentów, ale i nadziei na przyszłość i bardzo ciekawe podsumowanie obrony Zbaraża : w tym wypadku jedni nie zwyciężyli a drudzy nie przegrali.

Mnóstwo polskich śladów, których nie udało się zniszczyć mimo usilnych starań władzy sowieckiej i innych władz po nich następujących. Szkoda, że tak mało ludzi ogląda te zabytki naszej historii. Po raz kolejny biegnę obejrzeć adaptację Jerzego Hoffmana. Tego nigdy dosyć. Trochę przez to, że adaptacja Trylogii Sienkiewicza zaczęła się od końca od końca tez czytałem książki i „Ogniem i mieczem” jak gdyby pozostawało z tyłu. Teraz uważam, że to najlepsza część Trylogii i najchętniej do niej wracam.

Wracam też spod Zbaraża z mocnym postanowieniem dotarcia do Kamieńca Podolskiego, Chocimia, Żółkwi czy Okopów św. Trójcy.

Jeziorka Duszatyńskie.

W zasadzie jedyne takie w Polsce – jeziorka osuwiskowe. Powstały trzy w wigilię Wielkiej Nocy w roku pańskim 1907. Cóż to się działo … ale o tym za chwilę!

Obecnie zostały tylko dwa, oba znajdują się pod ochroną jako rezerwat „Zwięzło”. Dlaczego tylko dwa? Ano, jak pan hrabia miał gości, a nie chciało mu się ryb łowić, to spuścił wodę z ostatniego jeziorka i w ten sposób zapełnił swój stół. Czysto, sucho i pewnie.

Wędruję na jeziorka od ponad trzydziestu lat. Myślę, że wiem, gdzie było to trzecie, bo można zobaczyć jego pozostałości w terenie. Mówię to z niejaką wiarą, w to co widzę, jako, że jestem z wykształcenia geologiem, chociaż w zawodzie praktykowałem tylko dwa lata. Zdjęcie może nie najlepiej oddaje rzeczywistość, ale podmokły, płaski teren nadal widać.

Kiedyś w ambitnych planach myślałem nawet o tym, żeby zająć się trochę „naukowo” jeziorkami, porobić bardziej szczegółowe badania, napisać artykuł na ten temat, a nawet w momencie szaleństwa pomyślałem, czy aby nie napisać dysertacji doktorskiej w tym temacie. To były jednak chyba zbyt ambitne plany. Nie mogłem jedna porzucić myśli i marzeń, wobec tego początek mojej nowej powieści „Szepty szeptuchy” w zasadzie towarzyszy hukom i trzaskom, które towarzyszyły powstaniu jeziorek. Zastanówcie się, co w owym czasie mogli pomyśleć zabobonni mieszkańcy Bieszczad? W ciągu jednej nocy cała jedna wieś „przeprowadziła się” do sąsiadów!

O tym wszystkim możecie przeczytać w mojej powieści, która dostępna jest w crowfundingowej przedsprzedaży :

www.odpalprojekt.pl/p/szeptyszeptuchy

Tak wyglądały jeziorka na czarno – białych zdjęciach, które robiłem w trakcie swoich pierwszych wejść. W tym roku też tam zawitam. Brakuje mi tylko takiego stricte zimowego wejścia, ale i to pewnie przytrafi mi się wkrótce.

Wcześniej czy później oba jeziorka znikną w procesie erozji i zasypywania przez materiał skalny naniesiony przez okoliczne potoki oraz poprzez zarastanie przez roślinność przybrzeżną. . Może (a raczej na pewno) nie nastąpi to za naszego życia, ale też nie można czekać, aż pozostaną niewielkie enklawy wolnej przestrzeni.

Zapraszam zatem do wycieczki w góry oraz do lektury mojej książki.