„Filozofia i utopia” Leszek Kleszcz

 

Nie wiem, jak się to dzieje, ale takie książki wpadają mi w ręce przez przypadek. Ta znajdowała się w biblioteczce mojego ojca, sam nie wiedział, że taką ma. Tytuł mnie zafrapował, więc wziąłem się za czytanie. Don Kichote na okładce był dodatkową zachętą. Staram się ostatnio poszerzać swoje filozoficzne horyzonty.

Ta książka dała mi takie możliwości. Po pierwsze, jak na pracę naukową jest pisana dość przystępnym językiem, a wszelkie przypisy i odnośniki nie zamazują tekstu i nie przeszkadzają w pojęciu „istoty rzeczy”. Po drugie temat bardzo ciekawy, bo dywagacje o utopiach są bardzo ciekawe i „wiecznie żywe”. Ludzie zawsze szukali ideału, najgorsze co nam może się przytrafić, to przestać marzyć.

Autor poświęcił swoją uwagę głównie trzem utopiom : państwu Platona, raju w Biblii i idei nadczłowieka u Nietzschego. Oczywiście nie omieszkał wspomnieć o wielu innych utopiach, które przez wieki były rozwijane przez pisarzy i filozofów. Jakby nie spojrzeć, żadnej utopii jeszcze nie osiągnęliśmy, mimo że wielu się starało. Bardzo spodobał mi się jeden z końcowych fragmentów : „jak dalece myśliciel jest odpowiedzialny za swoje dzieło? W jakiej mierze Platon odpowiada za totalne reżimy XX wieku, Jezus za inkwizycję, Marks za gułagi, Nietzsche za obozy koncentracyjne?”. Bo próby realizacji jakiejkolwiek utopii do tej pory kończyły się raczej tragicznie.

Platon zakładał, że wszyscy będą dobrowolnie zgadzali się na udział w takim społeczeństwie, ale później proponował system kar z karą śmierci włącznie! Trzeba jednak przyznać, że zaproponowany przez niego system kształcenia jest obecnie stosowany w wielu miejscach. W ogóle bardzo ciekawe jest prześledzenie momentu, w którym Platon swoją utopię opisywał. To moment upadku greckiej demokracji. Warto się temu przyjrzeć, co ten upadek spowodowało i jak bardzo później historia lubiła się powtarzać.

Transcendentne utopie są obecne we wszystkich religiach, ale najgłębiej chyba w judeochrześcijańskiech, opartych o autorytet Starego i Nowego Testamentu. Ściśle związany jest z nimi mesjanizm do tej pory obecny w niektórych odłamach religii.

Nietzsche wyrasta na giganta filozofii, który bardzo starannie starał się opracować swój system filozoficzny i stworzył (według autora) utopię wewnętrzną dla każdego pojedynczego „nadczłowieka”. Tyle tylko, że jak sam zauważył tak naprawdę „nadczłowiek” mógł być tylko jeden, bo gdyby ich było więcej nie mogliby się znieść, a w zasadzie tylko jeden może być naprawdę „nad”. Znacznie to zmieniło moje „szkolne” poglądy na temat tego filozofa.

Generalnie cała lektura została przeze mnie bardzo pozytywnie odebrana i mocno odświeżyła mój światopogląd. Ostatnio, kiedy dyskutowałem o ostatnio przeczytanych lekturach mój interlokutor stwierdził, że nie mamy już czasu na czytanie byle czego. Trudno się z nim nie zgodzić!

Reklamy

„Hiszpańscy żebracy” i „Żebracy nie mają wyboru” Nancy Kress

Tym razem dwie książki na raz, ściśle ze sobą powiązane, jak to powieść i sequel. O ile pierwszą część, czyli samych „Hiszpańskich żebraków” przeczytałem wieki temu, o tyle drugą część – „Żebracy nie mają wyboru” dopiero teraz po raz pierwszy. Warto było w obu wypadkach.

Po raz pierwszy w ogóle nie mam ochoty spojlerować akcji, bo w sumie nie jest to najważniejsze w tych książkach. Najciekawszy jest pomysł odwrócenia stosunków społecznych na skutek „nieoczekiwanego wynalazku”. Rzecz warta była dyskusji przy wydaniu pierwszej powieści, teraz nabrała innego znaczenia, innego wyrazu. By tak naprawdę, czy nie do tego zmierzamy?

W tych książkach amerykańskie społeczeństwo składa się z „amatorów życia” – nic nie robiących pasożytów, którzy stanowią przeważającą większość społeczeństwa, ale mają prawo głosu, które jest ich jedynym, ale jakże cennym, aktywem. Ponad nimi są „Woły”, którym się chce pracować, którzy jeszcze są ambitni i prą do przodu. Nad wszystkim są Bezsenni i Superbezsenni – elita. W sumie aż tak bardzo nie różnią się od obecnego społeczeństwa tyle tylko, że obecnie „amatorzy życia” to uwiązani do pracy, kredytu i konsumpcji przedstawiciele najszerszych warstw społeczeństwa. Oczywiście zapewne marzy im się sielanka np. polskiej szlachty, wśród której Jacek Soplica rządził „kreskami” szlachty jak chciał. Kto czytał, pewno wie, o co chodzi.

Mam (miałem podczas czytania) niejasne przeczucia, że autorka darzy „amatorów życia” niejaką estymą, wierząc, że jakby co, to „zrobią co trzeba”. Bardzo to naciągana teoria, choć również mocno zgoła „amerykańska” – gdzie branie swoich spraw w swoje ręce jest zawsze na pierwszym miejscu. Nie miałbym jednak tyle nadziei w tym wypadku.

Różnego rodzaju badania prorokują z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, że już wkrótce 20% społeczeństwa będzie w stanie zaspokoić potrzeby całości – bez żadnych specjalnych i rewolucyjnych wynalazków, ot tak z powodu rozwoju techniki i technologii. Co wtedy stanie się z masami niepotrzebnych pracowników? Czym się to zakończy?

Może wróci temat pensji obywatelskiej (co na przykład Szwajcarzy stanowczo odrzucili w referendum) czy przynajmniej emerytury obywatelskiej? Dywagacje na temat wieku emerytalnego, mogą stać się bardzo jałowe. Tylko kto wtedy będzie konsumował wszelkie dobra i przede wszystkim : za co?

Tak naprawdę w dobie obrazkowej narracji, gdzie każda głębsza myśl ginie, nikt nie próbuje nawet dyskutować o bardziej odległej przyszłości. Wszyscy twierdzą, że to „bajki”. Na polityków nie ma co liczyć (zresztą jak w każdej innej sprawie), oni myślą 4-letnimi cyklami kadencyjnymi; dziennikarze gonią za płaskimi sensacjami, wszystko kręci się wokół „chleba i igrzysk”.

Nie ma chętnych do pogłębionej dyskusji, a książki s-f w dalszym ciągu nie przebijają się do głównego nurtu literatury, nie są w żaden sposób uznawane za klasykę. A tu wydaje się rzecz bardzo warta dyskusji, przemyśleń, choćby śladu zastanowienia.

Skończę taką o to puentą : słyszałem, że jest nowy „Big Brother” w telewizji … i to by w zasadzie wszystko wyjaśniało.

Zbaraż – jak wygląda dziś wyobrażenie Sienkiewicza i Hoffmana.

Z powodu wielu zbiegów okoliczności czas jakiś nie mogłem uczynić wpisu na blogu, a jeszcze dodatkowo na chwilę rzuciło mnie na Ukrainę. Musiałem wygospodarować sobie czas i zobaczyć przynajmniej jeden obiekt zabytkowy – padło na Zbaraż, był najbliżej miejsca mojego pobytu, a czasu nie było za wiele.

Ogromnie wiele sentymentów poczynając od „Ogniem i mieczem”, które było obecne od samego początku, poprzez wiele innych polskich śladów, aż do śladów łemkowskich, co było zupełnym zaskoczeniem.

Zamek w Zbarażu jest w ciągłej odbudowie, chociaż większość już zrobiono, zamek w zasadzie cały, teraz trwają prace przy obwałowaniach. Wnętrze nie zawiera jeszcze zbyt wielu zabytków, nie ma ich skąd wziąć. Są portrety królów i magnatów polskich, są rzeźby (ale już współczesne) Chmielnickiego i jego pułkowników, ale również Bohuna czy Mazepy. Jest trochę mebli, ale jakiegoś bogactwa zabytków nie ma. Dużo wystaw współczesnych obrazów czy rzeźb o tematyce nawiązującej do czasów powstania Chmielnickiego. Niestety do tego super zniechęcające otoczenie: dojazd, samo dojście do zamku, brak jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej – nawet kawę trudno kupić! Podobno Ukraińcy niezbyt chcą te zabytki wykorzystywać. Może to nie do końca niezrozumiałe. To jednak przyczynek do zupełnie innej dyskusji.

Po wyjściu z zamku chciałem koniecznie zwiedzić kościół, który góruje nad miastem. Niestety kościół był zamknięty, więc udaliśmy się na poszukiwanie łyka kawy. Nagle, po drodze widzimy kaplicę, obok niej tablicę pamiątkową, która mówi, że to pamiątkowa kaplica Łemków, którzy byli przesiedleni na te tereny po akcji „Wisła”. Wcześniej na jednej z wystaw na zamku były współczesne rzeźby cerkwi – kilka z nich też było łemkowskich. Może teraz zawsze na to zwracam uwagę, ale w dziwnych miejscach odnajduję ich ślady. Przy okazji więc przypominam o przedsprzedaży mojej „łemkowskiej” książki : www.odpalprojekt.pl/p/szeptyszeptuchy .

Kawę udało nam się wypić, wracając do samochodu stwierdziliśmy, że kościół jest otwarty! To kościół pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy, w środku mocno zrujnowany, ale w połowie już odrestaurowany! Zaczęła się msza św., na której zostaliśmy. Po mszy (po ukraińsku!) rozmowa z księdzem dominikaninem. Znowu wiele sentymentów, ale i nadziei na przyszłość i bardzo ciekawe podsumowanie obrony Zbaraża : w tym wypadku jedni nie zwyciężyli a drudzy nie przegrali.

Mnóstwo polskich śladów, których nie udało się zniszczyć mimo usilnych starań władzy sowieckiej i innych władz po nich następujących. Szkoda, że tak mało ludzi ogląda te zabytki naszej historii. Po raz kolejny biegnę obejrzeć adaptację Jerzego Hoffmana. Tego nigdy dosyć. Trochę przez to, że adaptacja Trylogii Sienkiewicza zaczęła się od końca od końca tez czytałem książki i „Ogniem i mieczem” jak gdyby pozostawało z tyłu. Teraz uważam, że to najlepsza część Trylogii i najchętniej do niej wracam.

Wracam też spod Zbaraża z mocnym postanowieniem dotarcia do Kamieńca Podolskiego, Chocimia, Żółkwi czy Okopów św. Trójcy.

Jeziorka Duszatyńskie.

W zasadzie jedyne takie w Polsce – jeziorka osuwiskowe. Powstały trzy w wigilię Wielkiej Nocy w roku pańskim 1907. Cóż to się działo … ale o tym za chwilę!

Obecnie zostały tylko dwa, oba znajdują się pod ochroną jako rezerwat „Zwięzło”. Dlaczego tylko dwa? Ano, jak pan hrabia miał gości, a nie chciało mu się ryb łowić, to spuścił wodę z ostatniego jeziorka i w ten sposób zapełnił swój stół. Czysto, sucho i pewnie.

Wędruję na jeziorka od ponad trzydziestu lat. Myślę, że wiem, gdzie było to trzecie, bo można zobaczyć jego pozostałości w terenie. Mówię to z niejaką wiarą, w to co widzę, jako, że jestem z wykształcenia geologiem, chociaż w zawodzie praktykowałem tylko dwa lata. Zdjęcie może nie najlepiej oddaje rzeczywistość, ale podmokły, płaski teren nadal widać.

Kiedyś w ambitnych planach myślałem nawet o tym, żeby zająć się trochę „naukowo” jeziorkami, porobić bardziej szczegółowe badania, napisać artykuł na ten temat, a nawet w momencie szaleństwa pomyślałem, czy aby nie napisać dysertacji doktorskiej w tym temacie. To były jednak chyba zbyt ambitne plany. Nie mogłem jedna porzucić myśli i marzeń, wobec tego początek mojej nowej powieści „Szepty szeptuchy” w zasadzie towarzyszy hukom i trzaskom, które towarzyszyły powstaniu jeziorek. Zastanówcie się, co w owym czasie mogli pomyśleć zabobonni mieszkańcy Bieszczad? W ciągu jednej nocy cała jedna wieś „przeprowadziła się” do sąsiadów!

O tym wszystkim możecie przeczytać w mojej powieści, która dostępna jest w crowfundingowej przedsprzedaży :

www.odpalprojekt.pl/p/szeptyszeptuchy

Tak wyglądały jeziorka na czarno – białych zdjęciach, które robiłem w trakcie swoich pierwszych wejść. W tym roku też tam zawitam. Brakuje mi tylko takiego stricte zimowego wejścia, ale i to pewnie przytrafi mi się wkrótce.

Wcześniej czy później oba jeziorka znikną w procesie erozji i zasypywania przez materiał skalny naniesiony przez okoliczne potoki oraz poprzez zarastanie przez roślinność przybrzeżną. . Może (a raczej na pewno) nie nastąpi to za naszego życia, ale też nie można czekać, aż pozostaną niewielkie enklawy wolnej przestrzeni.

Zapraszam zatem do wycieczki w góry oraz do lektury mojej książki.

„Kroniki portowe” Annie Proulx

 

W amerykańskich powieściach podoba mi się zawsze to jak bohater sam dochodzi do wszystkiego po wielu wcześniejszych klęskach. Jak po raz kolejny zaczyna od nowa, wierząc w sukces, bez względu na spotykające go klęski i przeciwności losu. Nie ma straconych okazji, za każdym razem można pójść do przodu.

Czy bohater powieści „Kronika portowe” taki jest? Zapewne trochę tak, choć często daje się popychać innym niż samodzielnie działać, ale stać go na stanowcze decyzje zmiany swojego losu. Nie dość, że wiele „przykrych” rzeczy go spotyka, to jeszcze nie grzeszy urodą, aparycja taka sobie, przebojowość bliska zeru. Mimo to daje radę. Taki amerykański „self-made-man”. W Ameryce taki to może nawet prezydentem zostać. Przede wszystkim jednak wzbudza sympatię.

Otaczają go różne barwne postaci, zgrabnie opisane, dużo dające powieści. Tacy lokalni bohaterowie ze swoimi sekretami, wadami i zaletami. Wszyscy przedsiębiorczy na swój sposób. Pani po dziwnym kierunku studiów wysyła przynajmniej 5 listów tygodniowo w poszukiwaniu pracy, starszy człowiek nadal wypływa w morze, bo nie chce żadnych pieniędzy „od rządu” – sam się utrzyma. Zupełnie inna filozofia życia niż ta nasza, europejska, gdzie przede wszystkim wyciąga się rękę po pomoc państwa i uważa, że wszelkie zasiłki, zapomogi i tym podobne należą się każdemu już za to, że się urodził.

Jeszcze atmosfera prowincjonalnej gazety, którą w zasadzie czytają wszyscy, która przekazuje wszystkie plotki ze świata i okolicy, oczywiście z wypadkami samochodowymi na okładce. Niektórzy dziennikarze na zimę wyjeżdżali „w ciepłe kraje”. Impreza pożegnalna Nutbeema kończy się dość tragicznym dowcipem zgromadzonych i pomoc na następny dzień niczego nie zmieniła. I tak starsi mieszkańcy stwierdzili, że dawniej to „imprezy trwały po trzy, cztery dni, nie to co teraz”. Można by zanucić za klasykiem : „Gdzie się podziały tamte prywatki?”

Zawsze kiedy czytam książkę, wyobrażam sobie główne postacie, na podstawie opisów, a potem nagle robiona jest adaptacja i głównego bohatera gra Kevin Spacey, naprawdę nie mający z aparycją książkowego bohatera nic wspólnego. Czymże jednak byłoby Hollywood bez pięknych kobiet i mężczyzn, bez blichtru i czerwonego dywanu? Zawsze się zastanawiam, czy mniej piękni bohaterowie byliby równie chętnie oglądani?

Zarówno książka jak i film swego czasu wywołały duże poruszenie. Obsypano je nagrodami, doceniano, mówiono, oglądano. Na pewno nie bez powodu … . To taka książka, którą się sympatycznie czyta i nabiera się ponownie wiary w drugiego człowieka oraz w to, że wszystko może zmienić się na lepsze, wystarczy uczynić ten pierwszy krok. Szkoda, że nie każdy chce się na to odważyć …

Crowfunding rusza! Książka w drukarni! Chwalba nr 8!

 

Wreszcie jesteśmy po redakcji, korektach i projekcie okładki. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Teraz marsz do drukarni!

Pozostaje mi tylko zebrać fundusze na to wszystko. Zarejestrowałem się na stronie odpalprojekt.pl i zaczynam zbierać pieniądze na wydanie mojej książki. Za każdą wpłatą stoją fantastyczne nagrody!

Zapraszam na stronę : http://www.odpalprojekt.pl/p/szeptyszeptuchy

Oby udało mi się ją wydać, z Waszą pomocą …

„Lwowski ptak” – Piotr Tymiński

 

Na moim blogu przede wszystkim gości klasyka, szczególnie ta, której autorzy dawno nie żyją (nie mogą mnie krytykować za recenzje). Od czasu do czasu (ostatnio nawet częściej) sporządzam recenzje aktualnie wydawanych powieści. Tak jest i tym razem. Tyle tylko, że bardzo wysoko tym razem stawiam omawianą pozycję. I to z wielu powodów.

Zacznę od samej książki – kilkanaście dni walk o wolny Lwów w 1918 roku widziane oczami dziewczyny, która przebrała się za chłopaka, bo tak bardzo chciała walczyć. Podoba mi się taki zabieg narracyjny, bo znacznie przybliża historię, czyni ją bardzo bliską, wręcz osobistą. Nie jestem takim wytrawnym krytykiem i nie jestem w stanie odpowiedzieć na pewne pytanie : dlaczego jedne książki czyta się łatwo, szybko, a inne trudno, wolno i z wielkimi oporami. I nie chodzi tu o fabułę, tylko o język, styl – a tutaj wszystko jest płynne, łatwe i oczywiste. Żałuję, że książka tak szybko się skończyła. Może autor doda jeszcze kolejne tomy, kiedy Lwów był już wyzwolony, ale dalej oblężony, albo kiedy zbliżała się armia Budionnego?

Żałuję jeszcze czegoś innego : że tak mało się o tym Lwowie mówi, że tak mało mówi się o tych bohaterskich lwowskich orlętach. Przecież to kolejne zwycięskie powstanie! Mieszkańcy sami ocalili Lwów mając naprzeciwko siebie wyćwiczoną armię, wręcz jej najlepsze, elitarne jednostki : Ukraińskich Strzelców Siczowych! Państwowe środki masowego przekazu mają podobno do spełnienia „misję” – jaka to misja? Czy promocja takich właśnie pozycji nie powinna być na pierwszym miejscu tej misji? Od dawna nie rozumiem tej polityki kulturalnej, z drugiej strony – kto powiedział, że muszę to rozumieć?

Lwów to piękne miasto. Udało mi się kilka razy go odwiedzić. Byłem na Cmentarzu Łyczakowskim – widziałem cmentarz orląt lwowskich, zwiedzałem kościoły (ogromne wrażenie zrobił na mnie ten ormiański), okolice rynku, wiele innych, ciekawych miejsc. Nikt mi nie wmówi, że Lwów to nie polskie miasto! Chwilowo poza granicami kraju, ale tam wszystko przypomina Polskę. Miałem przyjemność porozmawiać tam z rdzennym lwowiakiem, mówiącym takim pięknym zaśpiewem. To jest Polska właśnie!

Podczas czytania książki czułem się tak, jakbym prawie że uczestniczył w tych walkach. Potrafię sobie chyba wyobrazić co się dzieje kiedy dookoła latają kule z karabinu maszynowego. Wielu żołnierzy wtedy ucieka, a tam zostali kilkunastoletni chłopcy. Stali i nie pozwolili zdobyć budynku czy placu – reduty, której bronili. Czy jest teraz dobry czas, żeby przypominać o ich bohaterstwie? Czy spłaciliśmy dług, jaki wobec nich zaciągnęliśmy?

Na koniec dodam, że uczestniczyłem również w wieczorze autorskim Pana Piotra, dlatego książkę mam z osobistą dedykacją. Warto było. Warto było pojechać specjalnie na to spotkanie, warto było przeczytać tę książkę. Takich pozycji nigdy za wiele, zwłaszcza na takim poziomie!

„Mechaniczna pomarańcza” – Anthony Burgess

 

Jedna, w sumie objętościowo niewielka książka, a ileż odniesień, przemyśleń, uwag! Cóż to właściwie jest – moralitet? Powiastka filozoficzna czy trafna diagnoza naszych czasów? Ale przecież to powieść sprzed prawie pięćdziesięciu lat?! Bywają powieści ponadczasowe, które zawsze są aktualne – to chyba jedna z nich!

W wielu wydaniach pomijano ostatni rozdział III części, co było totalnym okaleczeniem powieści, bez puenty, ale z komercyjnego punktu widzenia miało zapewne wiele plusów. Niestety świadczy to o tym, jak bardzo odbiorcy żądają uproszczeń i jedynie słusznych recept. To jednak uwagi na zupełnie inną dyskusję.

Nie można powiedzieć, że we fragmentach to satyra na polityków, bo nic już nie jest w stanie oddać ich obłudy, fałszu, małostkowości, dbaniu o własne interesy. Jest oczywiste, że demokracja przedstawicielska bardzo szybko się degeneruje, ale żeby aż tak i wszędzie? Nie chcę odnosić się do lokalnego podwórka, ale rzeczywistość atakuje z wszystkich stron. Może tylko smutną konstatacją jest to, że zasługujemy na takich polityków, bo sami ich wybieramy? W swej masie ulegamy omamom, ułudom i nadzieją … i tak raz za razem co cztery lata. Smutne to.

Z jednej strony możemy na tą powieść spojrzeć jak na opowieść o zwykłym konflikcie pokoleń. Młodzi zawsze buntują się przeciwko starym, tyle tylko, że rzadko ten bunt musi przyjmować takie formy. Cóż świat bez idei prowadzi ludzi na manowce. Chleb i igrzyska to nie wszystko.

Książka jest w dodatku bardzo trudna do przetłumaczenia, może to nie „Ulisses”, ale lekko nie jest. I tutaj pojawia się Robert Stiller, rewelacyjny tłumacz z bardzo wybujałym ego. Tłumaczenie super, a książka zawiera jeszcze dwa jego eseje na jej temat. Trzeba przyznać, że jest to popis erudycji nie tylko lingwistycznej. Mówią, że ludzie wybitni nie grzeszą skromnością. Tutaj sprawdza się to w każdym zdaniu. Warto wspomnieć przy okazji o samym tytule, Stiller proponuje „Nakręcaną pomarańczę”, co ma o wiele więcej wspólnego i z książką i ze słowotwórstwem, ale do tłumaczenia tytułów to chyba nigdy nie mieliśmy szczęścia.

Nie można nie wspomnieć o adaptacji filmowej tej książki. Scenariusz napisał sam reżyser – Stanley Kubrick. Nikomu nie trzeba go przedstawiać. Do tego Malcolm MacDowell w roli Alexa – nikt inny chyba nie mógł go tak zagrać. Oczywiście to truizm, ale adaptacja jest uproszczeniem, trywializacją książki, ale czy w Hollywood można coś zrobić inaczej? Tu, w przeciwieństwie do książki, historia tylko zatacza koło. A można by się przecież posunąć o krok dalej. Wtedy główna myśl brzmiałaby : nic nowego pod słońcem, wszystko już było, wszystko się powtarza bezustannie? Bo czyż tak w rzeczywistości nie jest?

Dodam tylko, że książkę przeczytałem pierwszy raz, a film widziałem już wcześniej, teraz go sobie tylko przypomniałem. Zdecydowanie warto. To, że książka jest lepsza to truizm, ale i adaptacja broni się doskonale. Słowem uczta dla zmysłów, ale nie taka jak wyobrażają sobie ucztę hedoniści, bywają przecież uczty dla ducha.

„Ohir” – Szczepan August Urawski

 

Ostatni sprawiedliwy na Ziemi i na szczęście na niego trafiło! Trafił na statek kosmiczny, nauczył się nim latać (połowę książki to trwało) i odmówił wszelkim władzom skorzystania z technologii jakie ów statek posiadał, bo przecież nie potrafiliby się z nią odpowiednio obchodzić, a użyliby jej tylko do tego by się wzajemnie pozabijać. W skrócie zaspojlerowałem (nie cierpię tego słowa) książkę, teraz do szczegółów.

Główny bohater, abstrahując od historii, która mu się przydarza, darzy Zjednoczone Królestwo wielką estymą, co chwila podkreślając, jak to dobrze się żyje wszystkim magazynierom, pakowaczom i stojącym na taśmie, chociaż praca taka nudna i wyczerpująca. Życie za to godne – niektórzy nawet domów na kredyt się dorobili. Nie zauważa jak gdyby przy tym kilku drobiazgów : ano, że Zjednoczone Królestwo w czasach imperium nakradło tyle, że do tej pory tego jeszcze nie policzyli, więc wieloma rzeczami aż tak bardzo nie muszą się przejmować, dwa, że kredyt na dom, to współczesna forma „przywiązania chłopa do ziemi”, a trzy, że czasami „cudze chwalicie, a swego nie znacie”. Nie do końca ważna jest wiedza ekonomiczna, prawnicza bywa lepsza, aby znaleźć wszystko to, co może ułatwić rozwój i to niekoniecznie „na zmywaku”. Czasami „być” jest znacznie ważniejsze od „mieć”. Czasami? A może przede wszystkim?

Stefan (główny bohater) wodzi za nos wywiady wszystkich krajów, oczywiście dzięki technologii, którą przypadkowo posiadł. Na końcu grozi im tym, co ostatnio pojawia się w czytanych przeze mnie pozycjach : „będę was obserwował”. Cała książkę zastanawiałem się, czemu nie zadał fundamentalnego pytania : ile mamy jeszcze paliwa, jakie ono jest i na jak długo wystarczy, bo to ważne, kiedy planuje się jakąkolwiek podróż.

Dobra, było kilka łyżek dziegciu, teraz o miodku : książka jest anonsowana jako scenariusz do serialu – przyznaję, widzę to! Książka wybitnie nadaje się na I odcinek serialu (bo na sezon to raczej zbyt mało się dzieje) i ma duży potencjał na przyszłość. Ostatni sprawiedliwy to zawsze barwna postać, może tutaj zbyt młody i niedoświadczony życiowo, ale zawsze można przekuć to na atut (na przykład komediowy!).

Bardzo cenię fakt, że autor sam wydał książkę, bo świadczy to o wierze w siebie i przedsiębiorczości. Wiara w siebie nie jest pozbawiona podstaw i liczę, że pojawią się kolejne części i mile mnie zaskoczą. Kibicuję temu bardzo, gdyż książkę dość dobrze się czyta (poza małymi wpadkami korektorskimi!). Podobają mi się również pewne zabiegi formalne (jeżeli są celowe!) – na przykład stosowanie pełnych brzmień imion, bez zdrobnień, co nadaje jak gdyby bohaterom periodycznym specjalne znaczenie.

Mimo lekkiego zachwytu nad Wielką Brytanią, widzę też sporą dozę patriotyzmu, widzianego w różnych dygresjach. Ta Wielka Brytania to chyba nie taka wielka, skoro wywiady różnych państw urządzają sobie strzelaniny na ulicach brytyjskich miast bez żadnych wyraźnych konsekwencji! A jednym z tych wywiadów jest wywiad niemiecki! A w czasie II wojny pod tym kątem prawie nic im się nie udało na ziemi brytyjskiej.

Reasumując : jestem na „tak”.

„Mag” John Fowles

 

Trochę ponownie wywołany do tablicy, trochę z własnej chęci zabrałem się ponownie za „Maga”. Powtórzę to po wielokroć : zawsze się boję, że przez to, że niektóre książki czytam po kilka razy, nie zdążę przeczytać wielu innych wartościowych pozycji, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. A szkoda …

Nie lubię głównego bohatera tej powieści, zastanawiam się też, czy autor go lubi, czy tylko opisuje chłodnym okiem? Bo przecież ani on inteligentny, ani utalentowany za to ze strasznie wybujałym ego, do tego super odporny na wiedzę. I to chyba do samego końca. Ma jeszcze kilka innych wad, wręcz trudno znaleźć jakieś zalety, to, że skończył Oxford i zna się trochę na literaturze? Nauczycielem też był kiepskim.

Kiedy staram się rozgryźć Nicolasa mam dwie dygresje. Jedna jest taka, że przypomina on trochę przedstawicieli straconego pokolenia z Lermontowa. Tutaj brak perspektyw czy raczej ambitnych planów wynika trochę z tego, że wojna się skończyła (a nie zdążył w niej wziąć udziału) i teraz pozostaje mu się tylko „umościć” się w klasie średniej. Do tego dochodzi ateizm czyli nie odnajdywanie większego sensu w swoim życiu poza doraźną przyjemnością i staraniem się przeżycia wszystkiego jak najintensywniej. To też wystarcza jednak na chwilę.

Druga konstatacja jest taka, że bohater ów symbolizuje całe pokolenie, które za jedyny cel ma bogacenie się i konsumpcję, co autor przewiduje, że stanie się normą, a co możemy codziennie oglądać. Ileż takich pokoleń już było, ile przeminęło, a ile jeszcze będzie. Oczywiście dotyczy to tylko sytych społeczeństw.

Conchis gra tutaj Boga i stara się czegoś nauczyć młodego człowieka. Robi to w bardzo „barokowy” sposób – poświęca ogrom „sił i środków”, tworzy przepiękną scenerię dla jednego, jedynego ucznia, który w dodatku z trudem rozumie co chce mu się przekazać. Tak, ponownie stwierdzam, nie darzę go sympatią. Jedynym darem, który posiada jest umiejętność mieszania w głowach panien, co zostaje boleśnie ukarane i nawet w końcówce przynosi efekt w postaci „ocalenia dziewicy”.

Można się zastanowić, czy dobry Pan Bóg też często na nas spogląda z taką niechęcią, gdyż nasza odporność na wiedzę, jest równie, nieprawdopodobnie wielka. I lata, setki lat tego nie zmieniają, wciąż od nowa dzieje się to samo, tylko w innych dekoracjach. Wprawdzie u Fowlesa to raczej Parnas, z którego na nas z litością patrzą władcy. Może to też tylko przenośnia, a raczej moja szalona wyobraźnia. Nie mniej wniosek o kondycji ludzkiej jest chyba jak najbardziej aktualny.

Książka posiada wiele możliwości interpretacji, wiele znaczeń, pułapek dla czytelnika. Nie wiadomo, że moja interpretacja jest „kompatybilna” z zamiarami autora, ale kto mi zabroni pofantazjować.

Jakimż znawcą kobiet jest Fowles. Ile ich tu jest i jakie barwne to postacie : matki, żony i kochanki, ale także opiekunki, kapłanki i przewodniczki. W zasadzie nie można dopatrzyć się negatywnej bohaterki! Brak perfidii z ich strony, nie ma też femme fatale, słowem sielanka. Zupełnie matriarchalny punkt widzenia! Piszę to bez ironii, chociaż doświadczenie uczy, że jakaś równowaga musi być, więc ktoś powinien grać „tą złą”. Feministki są chyba zachwycone tą powieścią. Ale nie tylko one, ja też!

Nauka wypływająca z tej lektury jest (o dziwo !) podobna do wniosków z poprzedniej lektury („Kamerzysta”) : cały czas możesz być obserwowany, a nawet jak nie jesteś, to zaczynasz zachowywać się tak, jakby to była rzeczywistość i bywa, że wpadasz w obsesję na tym punkcie. W dzisiejszym świecie, kiedy bywa więcej kamer, jak ludzi, trudno się temu dziwić …

Bezwzględnie – są takie książki, które należy czytać po kilka razy!