Podróż do źródeł Sanu.

Chwila oddechu od recenzji. Od czasu do czasu miały się pojawiać Bieszczady, więc się pojawiają, tym razem coś nowego, przecież ileż razy można wchodzić na te jeziorka? Tym razem udałem się na wycieczkę do źródeł Sanu. Poprzednim razem nie udało mi się tam dojść, bo deszcz wygonił mnie już z Beniowej. Tym razem pogoda była świetna.

Kto był ten wie. Szlak jest starannie utrzymany i dobrze opisany. Ogromnym dysonansem poznawczym jest opis przedwojennych wsi (Beniowa, Sianki) w porównaniu z ich stanem obecnym – w zasadzie zostały tylko cmentarze i niewielki fragment podpiwniczeń dawnego dworu. Po ukraińskiej stronie życie toczy się normalnie, szczególnie Sianki to spora miejscowość. Miałem nawet okazję oglądać pociąg przez nią przejeżdżający, bo linia kolejowa ciągnie się wzdłuż Sanu, tuż za granicą. A u nas w Siankach tylko grób hrabiny.

Nie sposób nie wspomnieć o jak go sam nazwałem „Moście granicznym na Sanie”. Chyba spory udział w jego stworzeniu miały zwierzęta, ale czyż nie wygląda jak szlak przemytników? „Wataha” się kłania, bo wiele wokół kojarzy się z tym serialem.

Samo źródło Sanu (nie wiem, dlaczego umowne – przecież źródło jest rzeczywiste i potok z niego wypływający, to granica państwa) starannie zaznaczone, nie sposób ominąć, mimo że jest jak gdyby schowane pod niewielką skarpą.

Przyznam się, że cała drogę się zastanawiałem, czy lepiej jest tak, jak jest obecnie (dziko, niezagospodarowanie), czy może lepiej byłoby wprowadzić tam trochę więcej możliwości zagospodarowania terenu mając na uwadze dobro turystów. I nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Patrząc na ten ostatni skrawek Polski (szczególnie na mapie!) można sądzić, że to zupełnie niewykorzystane i zapomniane ziemie. Może tak jest jednak lepiej dla przyrody? Nie wszędzie musimy się wpychać, choć ciekawość ciągnie człowieka do odkrywania, tego, czego jeszcze nie zobaczył. Fakt faktem, ludzi w Bieszczadach coraz więcej. Przynoszą ze sobą wszystkie dobre i złe nawyki. Jest jeszcze kilka miejsc, do których rzadziej się dociera, gdzie cisza i spokój. Można na chwilę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

„Benedykt XVI – wiara i proroctwo” Giovan Battista Brunori

 

Obraz (144)

Jest oczywiste, że kiedy ktoś pochyla się nad biografią ma z reguły sporo czasu, żeby przygotować materiały, porozmawiać z bohaterem (jeżeli jeszcze żyje), „wedrzeć” się w jego twórczość, myśli, wypowiedzi. Dzięki temu możemy jako czytelnicy otrzymać ciekawy obraz opisywanej osoby. Dlaczego o tym piszę? Nasunęła mi się taka myśl (ani nowa, ani odkrywcza), że w opozycji do tego sposobu, który opisałem, działają obecnie dziennikarze, co niestety miało kilkakrotnie miejsce przy prezentowaniu wypowiedzi Benedykta XVI. Niechlujstwo, uproszczenia, przekłamania to najczęstsze grzechy tej niby „czwartej władzy”. Można się zastanowić, czy w dobie wszędobylskiego internetu taka nazwa ma jeszcze prawo bytu.

Ta biografia przedstawia papieża Benedykta XVI w zupełnie innym świetle, niż mówi to tak zwana „obiegowa opinia”. Dla mnie było w niej wiele odkryć i niespodzianek. Zupełnie inaczej spoglądam teraz na jego pontyfikat i wcześniejszą działalność. Można powiedzieć, że przyszło mu żyć w okresie, kiedy wiara, katolicyzm obumierał w Europie. Doświadczenia II wojny światowej, a także fakt, że jej zakończenie nie spowodowało odchodzenia ludzi od Kościoła, bardzo zasmucało Josepha Ratzingera. Mimo to w latach 50-tych XX wieku na niemieckich uniwersytetach trwała jeszcze ożywiona dyskusja teologiczna, byli wybitni profesorowie, ich uczniowie, toczono spory, polemiki, ale wiara była jeszcze żywa. Kres tym doświadczeniom położył nieszczęsny rok 1968. Przyszły papież bardzo to przeżył. Z bliska mógł oglądać jak niszczy się autorytety i jak mało oferuje się w zamian, jeżeli w ogóle cokolwiek. Na jego oczach umierała chrześcijańska Europa Zachodnia. Później dobiją ją jeszcze skandale pedofilskie w Kościele i inne nieprawidłowości natury choćby bankowej.

Można powiedzieć, że Benedykt XVI to profesor, pisarz, nauczyciel, ale niestety nie administrator, co położyło się cieniem na jego pontyfikacie. Dokonania jego nie przejdą jednak bez echa. Zanim został papieżem, przez wiele lat był najbliższym współpracownikiem Jana Pawła II. Nie zawsze się z nim zgadzał. O swoich ewentualnych wątpliwościach lub obiekcjach mówił osobiście papieżowi w czasie spotkań sam na sam. Nie udzielał wywiadów ani nie pisał książek na ten temat. Dlatego, moim zdaniem, należy go zaliczyć do wielkiej tradycji kurialnej najwierniejszych współpracowników papieża. Jest to styl, który obecnie zdaje się zatracać. Może właśnie tego nie dostrzegł przy swoim pontyfikacie?

Wydaje mi się bardzo trafną jego myśl, że wkrótce chrześcijaństwo będzie rozwijać się w niewielkich enklawach, będzie zdecydowaną mniejszością, ale mniejszością, która będzie ożywczo wpływać na większość. Bo w historii wszelkie nowe treści, teorie, filozofie czy wreszcie wiary zawsze były owocem pracy czy myśli jakiejś mniejszości.

Książka też chyba dość dobrze wyjaśnia motywy abdykacji papieża, co na pewno było skrajnie trudną decyzją. Przyjdzie pewnie jeszcze czas na kompleksowe spojrzenie na ten pontyfikat, ale prawdopodobnie będzie to bardzo wysoka ocena. Z jednej strony otwarta walka z nieprawidłowościami w Kościele, reforma zarządzania Kościołem, a także encykliki czy trzytomowa powieść o Jezusie. Do tego dobre stosunki z żydami, muzułmanami, anglikanami czy lefebrystami pomimo nieszczęsnych wpadek (raczej nie wpadek tylko bezmyślnych „kaczek” dziennikarskich, ludzi, którym nie chce się już wszystkiego czytać) podczas wykładu w Ratyzbonie czy zdjęcia ekskomuniki dla biskupa Williamsona. Przeciwwagą tych nieporozumień były pielgrzymki do Turcji czy Ziemi Świętej.

Książka bardzo mnie zbudowała, jednocześnie wyciszyła i pozwoliła na wiele przemyśleń. To kolejny z powodów, dla których tak bardzo warto czytać!

„Gorzki świat” Josef Skvorecky

Obraz (124)

Na początek taka uwaga ogólna, która mi się nasunęła. Otóż o ile w XIX wieku w naszej części Europy dominowała literatura rosyjska (to trochę umowny okres) o tyle w XX wieku, zwłaszcza w II jego połowie pałeczkę przejęli Czesi. Wprawdzie to my mamy więcej Nagród Nobla z dziedziny literatury, ale zarówno Miłosz, Reymont jak i Szymborska nie należą do najbardziej poczytnych pisarzy, za to Hrabal, Kundera czy Pavel (ta „Śmierć pięknych saren”!) to i owszem.

Do tej grupy czeskich pisarzy śmiało można zaliczyć Josefa Skvoreckiego. Jego opowiadania z okresu wojennego i powojennego (stalinizm) to malutkie perełki. Od początku rzuca się inne spojrzenie Czechów na rzeczywistość. Najpierw to rzeczywistość wojenna, która w zasadzie Czechów ominęła w sposób drastyczny. Nikt nie zapominał o pierwszych miłościach czy o rodzącym się jazzie. Tylko dość trudno zaakceptować, że powoli znikają dawni lekarze, nauczyciele wyznający inną wiarę. Wprawdzie jadą do Terezina bądź obozu koncentracyjnego, ale przecież sami się zgłaszają. Jak gdyby inny świat, niż ten opisywany z naszej okupacji.

Potem mamy ucieczkę do wolnego świata w lutym 1948 roku – opowiadanie o pierwotnym tytule „Tchórze” – sama historia przetrwania tego opowiadania jest ciekawa. A ucieczka też jakby taka lekka, łatwa i przyjemna (noga opierająca się o udo Kitty). Naprawdę inny świat.

Ale już opis rzeczywistości kraju komunistycznego epoki stalinizmu taka jak i u nas, a może i bardziej absurdalna. Skovrecky nie jest w ogóle martyrologiczny czy bohaterski, opisuje rzeczywistość bez ubarwień ale i bez przejaskrawień. Złamane kariery, wyrzucanie ze szkół czy uczelni jest takie banalne, takie częste, takie oczywiste jak kariery oportunistów i karierowiczów spod znaku sierpa i młota.

Kolejna część opowiadań to jazz i okolice. Tutaj Skovrecky tak bardzo skojarzył mi się z Tyrmandem – też wielbicielem jazzu. Skovrecky poświęca jazzowi więcej miejsca, czasami nawet wydaje się, że to muzyka jest bohaterem opowiadania. Tu byliśmy podobni do Czechów (lub oni do nas) – mieliśmy przecież również bikiniarzy w kolorowych skarpetkach, jak sam Tyrmand właśnie.

Wszystkie te opowiadania pokazują Czechów takich, jakich sobie zawsze wyobrażamy począwszy od Szwejka poprzez Miłosza Pipkę („Pociągi pod specjalnym nadzorem”) do Tomasza z „Nieznośnej lekkości bytu”. Są lekkomyślni lub raczej lekce sobie ważący rzeczywistość, rubaszni, ceniący małe przyjemności przy tym rozerotyzowani i swawolni. Nieobce im jednak poważniejsze podejście do życia, kiedy już sytuacja tego wymaga. No i wypijają spore ilości piwa, bo jakżeby inaczej?!

Nie dziwi mnie ten napis na płocie w Cieszynie czasu covidowskiej pandemii: „Tęsknię za Tobą Czechu”, ba jakże za nimi nie tęsknić, zwłaszcza że szybko odwdzięczyli nam się takim samym napisem.

Jest i „polonica”. Podczas dyskusji politycznej prowadzonej przez politruka jest mowa o tym, jak to policja na Zachodzi podczas manifestacji strzelała do manifestantów. Jeden z dyskutantów stwierdził, że w krajach bloku socjalistycznego to niemożliwe, bo na przykład w Polsce milicja nigdy nie strzelałaby do manifestantów. Pozostali dyskutanci przyjęli to wręcz przez aklamację. Ponury żart? Ale jakże w czeskim stylu…!

Ostatnimi czasy mi się poprawiło i mam szczęście do ciekawych książek. A muszę dodać, że Skvorecki był mi w zasadzie mało znany. Muszę szybko naprawić ten błąd i poczytać inne jego książki. I to już niedługo.

Codziennie się przekonuję jak bardzo warto czytać!

„Człowiek i jego symbole” – Carl Gustav Jung

Obraz (114)

Przyznaję, że nigdy nie byłem fanem psychologii, delikatnie rzecz ujmując, zwłaszcza w takiej formie i kształcie, w jakiej obecnie jest prezentowana. Ciężko mi też było uznać ją za naukę. Zawsze twierdziłem, że to hochsztaplerka z odrobiną szarlatanerii. Z jednej strony musiałem mocno zrewidować ten pogląd, z drugiej zaś mimo wszystko sporo w nim racji.

Człowiek i jego symbole” to pozycja, która pozwoliła mi spojrzeć zupełnie inaczej na wiele spraw. Zacznijmy od nieprawdopodobnej erudycji i „dobrego wychowania” Junga. Nie chcąc urazić Freuda (był jego uczniem), kiedy jego poglądy ewoluowały, starał się nadać swoim snom takie przesłanie by zadowolić mistrza. Kto teraz tak postępuje? Najmodniejsze jest (szczególnie dla ignorantów wszelkiej maści) burzenie pomników i zrzucanie autorytetów z piedestałów.

Tematyka interpretacji snów jest stara jak ludzkość i zawsze była obecna, ale dopiero piersi psychoanalitycy starali się uczynić z tego naukę. Czy słusznie? Mam nadal wiele wątpliwości. Ale z szacunkiem pochylam się nad przemyśleniami Junga i jego otwartością na nowe prądy, przemyślenia, interpretacje. Przy tym wszelkie jego analizy przenika głęboka duchowość, szacunek dla wiary, której nie podziela. Do tego należy dodać aktualność jego myśli : „Nasz intelekt stworzył świat, który podbija przyrodę, zapełniając ją monstrualnymi maszynami. Są one niewątpliwie tak przydatne, że nawet nie wyobrażamy sobie możliwości pozbycia się ich lub uniezależnienia się od nich”. Czyżby miał na myśli telefon komórkowy? Przy okazji ileż coraz to nowych fobii można leczyć.

Kolejni autorzy (bo Jung nie jest jedynym autorem tej książki) przedstawiają historię symboli, ich znaczenia, a także korelują duchowość z nauką, porównując „zasadę nieoznaczoności Hiesenberga” z niemożliwością precyzyjnego wytłumaczenia psychologicznych problemów. Jeżeli wiemy jedno z całą pewnością, to prawdopodobnie nie określimy innej współrzędnej, a wpływ obserwatora na badanie jest niebagatelny.

Cały czas jednak nie jestem do końca przekonany co do interpretacji snów. Wydaje mi się, że ilość symboli, które są opisywane jest nieprawdopodobna, tudzież ich wyjaśnianie. Czy człowiek dokładnie może opisać coś tak ulotnego jak sen, czy nie zapomni lub pominie kilka symboli, które zupełnie zmieniają interpretację? Z innego punktu widzenia na to spoglądając, może właśnie to coś co chce nam powiedzieć nasza nieświadomość (jak chcą jedni) bądź też bóstwo do nas przemawiające (jak chcą drudzy) jest naprawdę ważne i pozwala nam się zmienić i dojść do prawdy, jaka i czym by ona nie była.

Książka wymaga wielokrotnego przeczytania. Nad wieloma sprawami trzeba się wiele razy pochylić. Jest bardzo cenna w świecie pogoni za hedonizmem, zaniku głębszych przemyśleń, trywializacji życia. Choć może się mylę, może nic na świecie się nie zmienia, zawsze istnieje większość mająca tylko „mieć” na uwadze i zdecydowania mniejszość, dla której „być” jest ważniejsze. Może po prostu czasami zbyt mocno i hałaśliwie większość akcentuje swoje zadowolenie, nie zauważając, że od czasu do czasu zbliża się jakiś dziejowy kataklizm, pozwalający zachować właściwe proporcje.

Nie może nie być łyżki dziegciu: tutaj jest ich kilka. Książka powinna być koniecznie w twardej okładce, bo nie wytrzyma kilku czytań. Przydały by się też kolorowe ilustracje, zwłaszcza jak w symbolice kolor jest podkreślany, jako mający duże znaczenie. Tak mi się wydaje, że przyjęło się, że opera Mozarta jest znana jako „Czarodziejski flet”, a nie „Tajemniczy flet” – to odnośnie tłumaczenia.

Generalnie jednak nie sposób nie docenić ogromu pracy jaki został dokonany przy wydaniu tej książki. Szkoda tylko, że tak słabo jest znana. Jest tyle środowisk, które powinny zapoznać się z tą pracą, zaczynając od wszelkiej maści psychologów, poprzez architektów, plastyków na grafikach komputerowych kończąc.

W żaden sposób nie muszę dodawać, jak bardzo warto czytać!

„Młokos i diabeł”. „Cierpienie złamanego serca” – Borys Akunin

Obraz (139)

Książkę Akunina wziąłem do ręki cały czas mając na myśli Erasta Fandorina – sporo książek z tym niezwykłym detektywem przeczytałem. Początkowo myślałem, że to kolejna z jego przygód (nie czytałem IV strony okładki), a tu niespodzianka i zupełnie inni bohaterowie! To, że bohaterowie inni to jedno, ale forma opowieści też trochę inna.

Zacznę od formy, bo to przecież żadne spojlerowanie. Sam autor zaznacza w podtytule: „powieść – film”. W związku z czym książka wygląda czasami jak fragment czarno – białego niemego filmu. Sporo w niej rysunków, zdjęć i oczywiście komentarzy do nich. Z jednej strony to dość ciekawa forma, z drugiej zaś nie pozwala nam samemu wyobrazić sobie głównych bohaterów – widzimy ich oczami rysownika. Czyli mamy już adaptację, której jeszcze nie ma.

Zawsze mnie ciekawiła historia opowiadana przez tak zwaną „drugą stronę”. Mamy rok 1914 carską Rosję i nieuchronny początek wojny, a w drugiej części wojnę w jej początkowym stadium. Bohaterami są rosyjscy patrioci pracujący w kontrwywiadzie i wywiadzie. Akcja nie wygląda jak ze współczesnego filmu, mało tu gadżetów, nawet tych z początku XX wieku. Sporo za to inteligentnych „graczy” po obu stronach frontu. Są też nawiązania do wojennej rzeczywistości (tej prawdziwej), czym może zakończyć się porażka lub sukces wywiadu dla całej armii. Klęska jednego człowieka jest niczym przy klęsce całej armii.

W takiej powieści nie może zabraknąć kobiet, w szczególności femme fatale. Piękne, zdradliwe, fałszywe, czasami o krok od sukcesu, czasami z nim w parze. Do tego młody człowiek, który nie zawsze potrafi rozróżnić uczucie od pracy. Zresztą jest dość zabawny ze swoimi zakochiwaniami się i dość nieporadnymi flirtami, można powiedzieć, że wręcz uroczy w podejściu do kobiet. Czy istnieją jeszcze tacy mężczyźni, który tak adorują kobiety, a później tak dają się wodzić za nos? Poza wszystkim innym najbardziej nie cierpię Sowietów, więc czasy przed nimi, mimo że widziane oczami wroga, wydają mi się ciekawe. Do tego ludzie, którzy wiedzą co to honor, szacunek, patriotyzm w najlepszym wydaniu.

Nie do końca jednak jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Książka ma swoje wady. Główna to dość proste i przewidywalne schematy, zbyt mało zaskoczeń jak na powieść szpiegowską. Wiele klisz i standardów. Wiele sytuacji jest przewidywalnych i łatwo przewidzieć ciąg dalszy. Może to przez to, że wydaje się, że o tym świecie sensacyjno – szpiegowskim słyszeliśmy i widzieliśmy tak wiele?

Fragmenty wojenne ukazują totalny bezsens i okrucieństwo wojny (szczególnie tej pierwszej, w okopach), fragmenty szpitalne są za to już przewidywalne i trochę sentymentalne, chociaż na swój sposób urocze.

Trochę zabawne jest to, że pracownicy kontrwywiadu szczególnie początkowo nie są zachwyceni swoją pracą, każdy chciałby na front. Tylko kontuzje doprowadziły do tego, że nie mogli znaleźć się na pierwszej linii frontu. Ale w efekcie, czy ich praca nie jest istotniejsza, dlaczego mają takie słabe mniemanie o swojej użyteczności? Przecież Churchill przy zupełnie inne okazji powiedział: „jeszcze nigdy tak niewielu nie zrobiło tak wiele dla tak wielu” – czy to właśnie nie kwintesencja pracy wywiadu?

Ponieważ to powieść – film, należy sądzić, że znajdą się chętni do jej sfilmowania. Rzeczywiście ta powieść jest wyjątkowo filmowa – gotowy dramat szpiegowski, z czasów przed Bondem, Bournem czy Kllosem, o Stirlitzu nie wspominając!

Mimo wszystko książka nie sprawia zawodu, więc: warto czytać!

„Wrócili tylko nieliczni” – Eugenio Corti

Obraz (143)

To znowu taka lektura, której nie da się „połknąć jednym tchem”. Nie można jej czytać bez przerwy. Historia włoskiego oficera (autentyczna), który wydostał się z jednego z kotłów w okolicach Stalingradu w zimie na przełomie 1942/43 roku. Gehennę przetrwało jakieś 10% składu włoskich wojsk, sporo dostało się do niewoli i nawet jakieś 20% powróciło do ojczyzny. Reszta poległa na bezkresnych polach Rosji, bądź zginęła podczas pracy ponad siły na dalekiej Syberii, sporo nigdzie nie dotarło, ginąc gdzieś po drodze.

Książka jest napisana przez oficera, z jednej strony głęboko wierzącego w Boga, z drugiej świetnego, odważnego, będącego początkowo dumnym z armii, w której się znajduje. Cały czas podkreśla swoją (włoską) odrębność w porównaniu z bestialską armią niemiecką. Niestety z czasem dostrzega, że jaka by ta armia (niemiecka) nie była, to jest doskonale zorganizowana, waleczna, dzielna i tylko dzięki niej można było się wydostać z okrążenia, w którym się znaleźli. Cały czas jednak podkreśla wszelkie zbrodnie, których dopuścili się Niemcy. Nie mniej dla równowago dodaje, że dokładnie tak samo postępują Sowieci.

Czasami wydawało mi się, że Eugenio Conti to XIX wieczny przeżytek, maksymalnie oficer z I wojny światowej, gdzie jeszcze często można było mówić o honorze, poszanowaniu przeciwnika, uczciwej walce. Bo na stepach Rosji to była już tylko rzeź, z obu stron.

Książka jest strasznie pacyfistyczna w swojej wymowie. Pokazuje bezsens wojny oczyma jej szeregowego uczestnika. Pokazuje jej nieprawdopodobne trudy, głód, strach, ciągłe niewyspanie, walkę nie z przeciwnikiem, ale o każdy kawałek ubioru, o każdy kęs chleba. Do tego temperatura spadająca do -40 stopni! I zaraz ostrzał artyleryjski nie wiadomo skąd, moździerze, wreszcie słynne „katiusze” – wokół zwłoki, rozrywane ciała i ranni, którym w żaden sposób nie można pomóc.

Był taki film o francuskiej Legii Cudzoziemskiej – „Maszeruj lub zgiń” – to było motto wszystkich odwrotów z frontu wschodniego. Dopóki idziesz nawet na odmrożonych nogach, masz szanse przeżyć. Jeżeli staniesz i odpoczniesz, to będzie to twój ostatni odpoczynek. Powoli ginie w ludziach jakakolwiek solidarność, każdy samolubnie walczy o życie. Trudno wyobrazić sobie te sytuacje, trudno je zrozumieć, nigdy nie doświadczyliśmy takich skrajnych sytuacji.

Można powiedzieć, że naszego porucznika uratowała siła modlitwy, co cały czas podkreślał. Sprawy ostateczne zawsze najbardziej ujawniają się w sytuacjach skrajnych. Chociaż, kto jest silny w wierze nie zwątpi nigdy, wręcz przeciwnie…

Żeby na chwilę odejść od głównego nurtu, tradycyjnie wspomnę o polonicach. Otóż siedziba włoskiej armii na Wschodzie mieściła się w Starobielsku. I autor wspomina o pomordowanych przez Sowietów polskich oficerach! A kiedy już wyszedł z okrążenia i przedarł się do swoich jedzie pociągiem sanitarnym do szpitala w polskim Lwowie!

Czasami autor wspomina los ludności miejscowej, który tak naprawdę jest jeszcze bardziej nie do pozazdroszczenia, bowiem obie strony ją wykorzystują w sposób bezpardonowy i bestialski. A okazuje się, że rosyjskie czy ukraińskie kobiety potrafią dać się napić wody nawet największemu wrogowi i to one utrzymują wszystko w ryzach. Tak długo jak żyją…

Armia sowiecka – atak, atak i jeszcze raz atak, bez względu na koszty. Armia włoska – letnie ubrania, brak transportu, brak wsparcia, brak dostaw. Kiedy Rosjanie brali do niewoli Niemców początkowo od razu ich rozstrzeliwali, ale Włochów czy Rumunów potrafili od razu wcielić do swojej armii – na przykład jako kierowców – bo swoich nie mieli! Historie popadania w niewolę i wydostawania się z niej (tuż przy froncie) równie nieprawdopodobne.

Podobno Eugenio Corti napisał kilka innych książek. Bardzo chętnie po nie sięgnę, bo jak zawsze to powtarzam: warto czytać!

„Przypowieści piękne brata Jakuba” – Zbigniew Jarek

Przypowieści

Taka krótka książeczka. Boję się, że moja recenzja będzie tak samo długa. Mało tego, jak tu napisać coś mądrego, ciekawego, kiedy tekst, z którym masz do czynienia jest taki skondensowany z jednej strony, a z drugiej taki celny, jak to obecnie na komentarzach na facebooku mówią (piszą): „w punk”! Ciężko się zmierzyć z taką materią. Nie mniej spróbuję…

Brat Jakub z Jerozolimy można powiedzieć, prowadził działalność „misyjną” przed Jezusem. Dlatego też nikogo nie musiał nawracać. Chciał tylko przypomnieć swoim rodakom, jak bardzo często zapominają o naukach i przykazaniach, które dał im Bóg. A pochodził z rodu kapłanów. Zobaczył więc wszystko dobre i wszystko złe i umiłowawszy Boga, chciał przypomnieć co jest ważne, a co mija bezpowrotnie, bez żadnej wartości.

Wiele przysłów czy powiedzeń sprawdza się w tych opowieściach: „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”, „Prawda boli” i wiele innych. Jakub nie uważa się za proroka, ale przypowieści, którymi obdarza słuchaczy są naukami, które nie wszyscy przyjmują chętnie. Znowu jako „czarny charakter” występują faryzeusze. Ci, to chyba nigdzie nie mają „dobrej prasy”.

Przypowieści mają jak najbardziej aktualny charakter, ale wiele z nich zostanie przez czytających odrzuconych. Feministki oburzą się na „Przypowieść o wiernej żonie”. Jak można być taką naiwną i spędzić życie z człowiekiem, który traktował ją bardzo źle? Ale przecież „Gdy na łożu śmierci pozostała sama w domu nikt do niej nie przyszedł. Był przy niej tylko mąż”. To najważniejsza część tej przypowieści. Alegoryczna (jak większość) opowieść o wiernym słudze, jest tak naprawdę kwintesencją wiary w Boga, ale czy można się zadłużać, stracić wszystko, tylko po to, żeby się przypodobać Bogu? To nie mieści się we współczesnych standardach.

Wiele przypowieści jest o tym, że czekamy na Boga, a kiedy do nas przychodzi to w ogóle go nie zauważamy, nie wpuszczamy go, nie idziemy za nim. Przecież sami wszystko lepiej wiemy, posiedliśmy całą wiedzę, a tę, której nie posiedliśmy, posiądziemy lada chwila, gdzie miejsce dla Boga. Świat współczesny nie potrzebuje Boga?

I nagle mamy 70 kartek, które możemy przeczytać w ciągu godziny. To tylko ulotna chwila w codziennej gonitwie. Ale jak masz ochotę tę chwilę poświęcić na coś innego, na coś, czego zwykle nie robisz. Na chwilę zamyślenia, na chwilę kontemplacji. To tylko moment. Może jednak ten moment właśnie sprawi, że szał zakupów, podążanie za przyjemnościami, orgia rozrywek, wydadzą się trochę mniej ważne, trochę mniej ciekawe?

Wtedy zerkniemy na przypowieść o bogaczu, który rozdał cały swój majątek, ale „dobroć rzucona w ciemność zatraca się i idzie w zapomnienie”. I znowu zwątpimy. Dalej przeczytamy przypowieść o matce mordercy. To chyba jedna z „najmocniejszych” przypowieści. Morderca zamordował matce syna, a ona przyjęła go i nie odrzuciła, gdy dokonał ekspiacji i wyraził skruchę. Jakże trudno to pojąć? Przyznaję, że nie potrafię sobie tego wyobrazić. Rozumiem ideę, ale nie wiem jak można się tak zachować. Wszak napisane jest w Piśmie: „oko za oko, ząb za ząb”. Nikt nie miałby matce za złe, gdyby wydała go katu.

Najpiękniejsze są przez to opowieści o miłości właśnie, bo to też przecież opowieść o miłości. I przypomnienie o tym, że miłość do Boga jest najważniejsza.

Koniec Jakuba jest smutny, bo ludzie go nie obronili. Faryzeusze zawsze znajdą odpowiedni moment, odpowiednią chwilę, żeby postawić na swoim.

Tak jak nigdy, jeszcze bardziej: warto czytać!

„Śląski Kopciuszek” – Gabriela Anna Kańtor

Obraz (123)

Rzadko mi się to zdarza, ale przeczytałem tę książkę w całości w pociągu na trasie Warszawa – Katowice. Pociągi nastrajają mnie nostalgicznie, lubię gapić się przez okno, trochę pomyśleć o tym i owym, a tutaj nie starczyło czasu na widoki za oknem, zanim dojechałem na miejsce książka była ukończona. Siłą rzeczy chyba recenzja może być tylko dobra.

Wybrałem tę pozycję do czytania nie bez powodu – Śląsk, jego historia, to coś co obecnie bardzo mnie zajmuje. Myślę o sobie jako o Ślązaku od pokoleń. O Karolu Goduli, jego pobiciu i testamencie słyszałem już dawno, ale co innego znać suche fakty, a co innego przeczytać o tym w całym anturażu epoki. Oczywiście to fabularyzowana opowieść, której bohaterką jest Joanna Gryzik, ale dbałość o szczegóły epoki powoduje, że czujemy się jakbyśmy uczestniczyli w ostatnich latach życia Carla Godulli.

Przyznam się, że z reguły nie przepadam za opowieściami, gdzie głównym bohaterem/bohaterką jest dziecko, ale w tym wypadku nie mam nic przeciwko temu. Może do tej pory niezbyt szczęśliwie trafiałem na lektury z dziecięcymi bohaterami? Taka potrzebna odmiana dla mnie. Mówią, że życie składa się z przypadków. Jak wiele przypadków musiało się wydarzyć, żeby mała Joanka mogła spotkać starego Carla. I jak przez ten krótki wspólny okres życia tak wiele sobie dali. I mimo ogromnego majątku Goduli tak naprawdę dawali sobie tylko rzeczy ulotne, niematerialne, te tak naprawdę ważniejsze. Szczęście nie może trwać wiecznie, nadmiar szczęścia może nawet zabić. Nie dotyczyło to raczej Goduli, który na skutek strasznego pobicia, cierpiał na wszelkie znane i nieznane choroby, a już na pewno na takie, które w owym czasie leczyć jeszcze nie potrafiono. Ale można chyba powiedzieć, że na swój sposób umarł szczęśliwy.

Nawet najwięksi geniusze nie unikają błędów. Takim było przecież pewne zastrzeżenie w testamencie. Swoją drogą – tłumaczenie testamentu ze staroniemieckiego! Super sprawa, która bardzo podkreśla autentyczność opowieści.

Kiedy tak teraz myślę o tej książce, to przecież nie powinna mi się podobać. To sentymentalna opowieść o Kopciuszku, coś jak łzawy melodramat, a ja za takimi nie przepadam. Ale przecież tak nie jest. Ta historia wydarzyła się naprawdę. Wydarzyła się i przetrwała w opowieściach i legendach o „Diable z Rudy”. I chyba zbyt słabo jest znana, więc warto ją przypominać.

Nie nazwałbym „pierońskiego chachara” alkoholikiem i degeneratem, to raczej łobuz a nie łachmaniarz, ale to tylko taka moja uwaga odnośnie śląskich słów, wszystkie wtrącenia dodają powieści autentyczności, dla nieznających tych słów, słowniczek może się przydać.

Zastanawiam się, czy autorka nie będzie kontynuować losów Joanny, już Johanny Gryzik von Schomberg-Godulla oraz jej męża Hansa Ulricha von Schaffgotsch. Bo tak naprawdę wydaje mi się, że ten stary XIX wieczny Śląsk, ze swoją ogromną różnorodnością, fantastyczną historią od zapyziałej najdalszej prowincji Rzeszy do czołowego regionu przemysłowego jest ciągle daleki od odkrycia. Nie bójmy się wspólnej polsko – niemiecko – śląskiej historii. To się już wydarzyło, nie da się tego „wygumkować”.

Zawsze staram się dorzucać łyżkę dziegciu do beczki miodu, ale tym razem nic nie przychodzi mi do głowy. Może książka jest za krótka? Może taka powinna być, żebym zdążył ją przeczytać w pociągu? Każdy musi sobie sam na to odpowiedzieć.

Dodam jedno, tradycyjnie, na zakończenie: warto czytać!

„Jedenaście minut” Paulo Coelho”

Obraz (111)

Nie przepadam za Coelho, co nie oznacza, że nie czytam jego książek. Przeczytałem bardzo wiele, niektóre nawet dwa razy, jak właśnie te „11 minut”. Większość jego książek jest dość banalna (nie lubię tego słowa, ale nie wiem jakiego innego użyć), ale bardzo przyjemnie się czyta. Ciągle zastanawiam się skąd bierze się taka jego wielka popularność na całym świecie? Ale o tym może później, teraz trochę o samej książce.

Pierwsze co mi się skojarzyło po jej przeczytaniu, to taka scena z filmu „Pretty woman”, kiedy główna bohaterka – Vivien, rozmawia ze swoją koleżanką na temat, której z koleżanek w zawodzie udało się z niego uciec wraz z księciem z bajki, rycerzem na koniu czy innych pięknym, młodym i bogatym. Cóż, pamiętacie te dywagacje i ich rezultat? Nie odbierając nikomu prawa do szczęścia to dość sporadyczny przypadek, co zresztą potwierdzają różne badania naukowe. Gdybyśmy patrzyli jednak tylko na statystyki, nie byłoby ciekawych powieści. Bo właśnie te kilka przypadków, tak unikatowych, jest interesujących i wartych opisania.

W opętanym hedonizmem świecie, bardzo ciekawe było przypomnienie, że istniała przez wieki prostytucja sakralna, która niestety umarła śmiercią naturalną. Bo była przecież ciekawym zjawiskiem z pogranicza zbrukania ciała i oczyszczenia duszy, coś obecnie niepojętego. Szkoda, że to tylko kilka zdań w książce.

Generalnie, to nic innego, jak kolejna opowieść o Kopciuszku, tyle tylko, że w „innych okolicznościach przyrody”. Tak zresztą jak wspomniany przeze mnie wcześniej film „Pretty woman”. A opowieść o Kopciuszku zawsze wzrusza. Nie kwestionuję w żaden sposób tego, że autor oparł ją na autentycznej historii. To piękne, że komuś się powiodło, że jest kobieta, która wyrwała się z zaklętego kręgu. Chwała jej za to.

Tak się zastanawiam, dla kogo ta książka była inspiracją? Czy na przykład wszystkie te twarze Grey’a nie wzięły się właśnie stąd? Widać, że „Wenus w futrze” fascynuje ludzi od dłuższego czasu, co autor umiejętnie wspomina. Sam zmierzyłem się z Sacher-Masochem, a raczej z jego rzeźbą…!

CIMG0161

Teraz może czas by powrócić do zagadnienia popularności autora, bo sam ciągle się nad tym zastanawiam. Mimo wszystko świat jego powieści, to świat ludzi na swój sposób wolnych, podążających za swoimi marzeniami, bądź walczących ze swoimi lękami czy fobiami. Do tego trochę niby filozoficznych przemyśleń, atrakcyjni bohaterowie, sprawny styl i język i mamy sukces zapewniony. Chyba do tego trzeba jednak znaleźć się w odpowiednim „miejscu i czasie”. Wiem, trochę przemawia przeze mnie zazdrość, że samemu mi się nie powiodło. Może i tak, ale kto nie chciałby sprzedawać swoich książek w setkach tysięcy czy milionach egzemplarzy i nie być posądzanym o bycie autorem Harlequinów, erotycznych romansideł i innych tego typu pozycji?

Wracając jeszcze do tytułu: na ile to określenie czasu jest właściwe i dokładne. Sam autor wspomina o wersji „8 minut”. Jaka jest ta prawdziwa średnia i gdzie każdy z nas się znajduje? Tego akurat nie da się wyczytać z książek.

Ale poza tym: warto czytać!

„Inny świat” Gustaw Herling-Grudziński

Obraz (92)

Tytuł i autor były mi znane od lat, ale jakoś nigdy nie zdecydowałem się jej przeczytać. W końcu nawet sam ją nabyłem i przeczytałem. Rzeczywiście to zupełnie inny świat. Wiele lat temu czytałem „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, potem jego „Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza”. „Inny świat” to coś pomiędzy nimi. Nie opisuje całego systemu gułagu, nie jest też krótkim epizodem. To kilka lat z życia autora, które przyszło mu spędzić na „nieludzkiej ziemi”.

Większość ludzi nie wyobraża sobie perfidii i obłudy systemu stalinowskiego, którego ekonomiczną podstawą była niewolnicza praca milionów ludzi w obozach pracy, rozsianych po całym Związku Sowieckim, głównie na Syberii. Jak tragicznym nieporozumieniem wydają się próby rehabilitacji czy wręcz ponownego stawiania na piedestał jednego z największych zbrodniarzy na świecie – Stalina.

Wydawałoby się, że już śledztwo w sowieckim wydaniu to ostatni krąg piekieł. Tymczasem to dopiero początek drogi. Ze śladami tortur więźniowie miesiącami byli transportowani do odległych obozów. To był czas na odpoczynek. Potem zaczynała się katorżnicza praca, która nawet najsilniejszych mężczyzn doprowadzała wcześniej czy później do śmierci. Normy ilościowe były nie do wykonania nawet dla zdrowych, dobrze odżywionych pracowników. Do tego permanentny głód, fatalne warunki sanitarne (w zasadzie ich brak) zbierały obfite żniwo. O ile nasza literatura bogata jest w opisy hitlerowskich obozów, o tyle te sowieckie są ciągle niedostatecznie opisane. Trudno orzec, które były gorsze i dla kogo.

Przez sowieckie obozy przewijało się wielu komunistów, którzy nie utracili wiary w komunizm! Czasami aż do samego końca. Kolejną perfidią tego systemu było to, że nawet jeżeli udało się komuś przetrwać 10 lat katorgi, w dniu, w którym teoretycznie miał wyjść dowiadywał się, że przedłużono mu wyrok o kolejne 10 lat! Czasami łągiernicy opuszczali obóz, ale zamieszkiwali w jego pobliżu (zakaz powrotu do miejsca zamieszkania) i dalej pracowali na rzecz obozu, już jako ludzie „wolni”. Nieliczni, którym udało wrócić się do domu mieli być ostrzeżeniem dla pozostałych. Terror rządów stalinowskich był perfekcyjny.

Układ Sikorski – Majski umożliwił wielu tysiącom polskich więźniów opuszczenie gułagu i dzięki Andersowi pozwolił na zawsze opuścić „gościnną” ojczyznę proletariatu.

Tragiczna to książka. Przy okazji, moim zdaniem, znaczne lepsza od „Jednego dnia…” Sołżenicyna. Przy okazji przypomniała mi się powieść Władimowa „Wierny Rusłan”. Herling-Grudziński wprawdzie nie wspomina o psach – strażnikach, ale jest to znakomite podsumowanie systemu totalitarnego opartego na gułagach.

Dla mnie lektura „Innego świata” była jednak poprzedzona lekturą innych książek o podobnym temacie czy też znajomością historii. Dla kogoś, kto czytał jaką jako pierwszą i jedyną w tym temacie musiał to być szok nieprawdopodobny. I to z wielu względów: raz, że sam opis życia obozowego, zasad tam panujących jest już nie do wyobrażenia, a kiedy do tego dołączyć nieprawdopodobne historie więźniów – czyli powód dla którego się znaleźli w obozie – to wszystko razem jest naprawdę niewyobrażalne… a przecież prawdziwe! Działo się to przez dziesiątki lat i pochłonęło miliony ofiar. Dodać chyba trzeba miliony coraz bardziej zapomnianych ofiar. O Holokauście ciągle słychać w ten czy inny sposób, a ofiary gułagów spoczywają gdzieś, nie wiadomo gdzie. Odebrano im nawet prawo do przebywania w ludzkiej pamięci.

Dlatego tak bardzo warto czytać!