„Zły”- Leopold Tyrmand

Znalezione obrazy dla zapytania zły leopold tyrmand

Rok 2020 nasz sejm ogłosił rokiem Tyrmanda, więc słusznie jest, żebym napomknął o właśnie co, ponownie, przeczytanej lekturze, czyli o „Złym”. Pierwszy raz czytałem ją chyba z 30 lat temu zaraz po lekturze „Dziennika 1954” lub może tuż przed? Lektura przednia zaiste, to znaczy i jedna i druga, ale o dziennikach będzie zupełnie innym razem.

Co mi się teraz nasunęło po przeczytaniu książki? Jak bardzo Tyrmand był zafascynowany Warszawą, jak bardzo kochał to miasto- tym trudniejsza chyba musiała być emigracja. Ponadto zauważyłem też fascynację jazzem- warszawscy eposze, którzy dostali tylko na jeden dzień do przesłuchania kilka płyt, zrezygnowali z popłatnej akcji, chociaż nie bez rozterek natury nie tylko duchowej.

Akcja powieści dzieje się w latach 50-tych jeszcze w czasie ostatnich pomruków stalinizmu, ale próżno doszukać się w książce jego oznak. Nie dziwie się Tyrmandowi wszak był zaciekłym antykomunistą, ale chyba tylko chwilowej odwilży zawdzięcza pierwsze wydane książki. Skoro główny negatywny bohater wykorzystuje spółdzielnię pracy do stworzenia organizacji przestępczej można by rzec wręcz o charakterze mafijnym, to na pewno nie mogło się spodobać ówczesnym włodarzom kraju. Mało tego, finansowe podwaliny tej mafii to opanowanie handlu spirytusem na terenie Warszawy, czyli coś jakby narodziny mafii w czasach prohibicji! Czy to nie trafna analogia?

Warszawa Tyrmanda to z jednej strony miejsce gdzie zwykli obywatele chcą w spokoju odbudowywać swoją stolicę i po prostu normalnie żyć, a z drugiej strony miejsce gdzie chuliganeria stała się wręcz rodzajem przemysłu. Mamy też wątki westernowe: jedynego sprawiedliwego mściciela, uczciwego milicjanta (!) oraz spokojnych obywateli, którzy próbują „wziąć sprawy w swoje ręce”. I do tego (jekżeby inaczej) femme fatale- Olimpia Szuwar! Fascynująca kobieta będąca obiektem westchnień najtwardszych złoczyńców, (w tym prezesa Merynosa) którzy też szukają miłości, szczęścia, w końcu stabilizacji. Czego można chcieć więcej?! Są jeszcze fantastycznie zarysowany postacie drugoplanowe, dla mnie majstersztyk to księgowy- detektyw amator.

Bardzo mało książek, będących po trosze kryminałami i powieściami sensacyjno-obyczajowymi potrafi przetrwać, tak długą próbę czasu. To świadczy o klasie autora i jakości lektury. Podobno szykuje się filmowa adaptacja tej powieści! Nie tylko czekać na film, aby dorównał oryginałowi, choć nie będzie to łatwe.

Nie za bardzo potrafię „rozbierać” książki na czynniki pierwsze i je analizować, najczęściej nasuwają mi się  w recenzjach jakieś dyskusje, uwagi czy przemyślenia. Na koniec zaś stwierdzam czy podobała mi się, czy też nie (to rzadziej- bo takich recenzji unikam). Tak więc i podobała mi się i zapewne jeszcze kiedyś po nią sięgnę, może po obejrzeniu filmu.

Znalezione obrazy dla zapytania zdjęcie warszawy po wojnie

„Prawiek i inne czasy” Olga Tokarczuk

Znalezione obrazy dla zapytania prawiek i inne czasy

Nie sposób nie wspomnieć na moim blogu o ogromnym sukcesie naszej literatury jakim niewątpliwie jest Nagroda Nobla dla pani Olgi Tokarczuk. Swoją drogą, w tej akurat dziedzinie, mamy liczną reprezentację, co powinno bardzo cieszyć, ale stanowi przecież pewien zgrzyt i kontrast w stosunku do upadku czytelnictwa w naszym kraju. Różne jaskółki donoszą, że dzięki pani Tokarczuk i jej książkom znacznie wzrosło zainteresowanie literaturą i sprzedaż książek znacznie wzrosła. Oby to był trwały trend! (Czego i sobie życzę…)

Trochę późno zabrałem się za recenzję książek naszej noblistki (chociaż wcześniej już pisałem o „Księgach Jakubowych”), ale wynikało to z pewnej zamierzchłej sprawy, która zresztą nadal nie znalazła finału na blogu. Otóż: moja córka Dagmara wiele lat temu (w mojej również obecności) przeprowadziła wywiad z Olgą Tokarczuk. Wywiad ten miał się ukazać lub ukazał się w nieistniejącym już periodyku „Polski Inwestor”. Jestem w trakcie poszukiwań dokumentacji (wywiad i zdjęcia), które, jak mniemam, wkrótce zakończy się sukcesem i ponownie ujrzy światło dzienne na moim blogu. Teraz wreszcie powrót do meritum  czyli do „polskiego Macondo” zwanego Prawiekiem. Pozwalam sobie trochę porównać ów wykreowany przez Tokarczuk świat do realizmu magicznego, bo ma z nim coś wspólnego. Niby wiadomo gdzie są Kielce i inne miasta, ale jakoś trudno opuścić okolicę. Okolicę, którą nawiedzają wszystkie klęski i żywioły XX wieku. Kto jednak wybuduje dom na skale ten jednak będzie cieszył się jego trwałością, a kto na piasku, ten sam sobie winien.

Będąc dalej na tropie „Macondo”. Z jednej strony może właśnie (lub na pewno) to jest jedna z recept na osiągnięcie sukcesu w literaturze i uniwersalne wartości umieszczone w lokalnym klimacie, powiedziałbym nawet w lokalnym uniwersum czasowo-miejscowym. Sukces takiej literatury (będąc teraz tylko przy „Prawieku…”) to o wiele lepsza odpowiedź na wszelkie kłamliwe interpretacje historyczne Putina, niż wszelkie oświadczenia naszego rządu (chociaż te są ważne i konieczne). Śledzenie losów głównych bohaterów podczas okupacji niemieckiej i sowieckiej dobitnie określa kto był katem, a kto ofiarą. To taka niespodziewana dygresja uwzględniająca bieżące wydarzenia.

Nigdy dosyć takiej literatury. A teraz można powiedzieć, że znajduje się w bardzo doborowym towarzystwie innych noblistów. I oby tak dalej, a ręce same składają się do gratulacji.

Jonathan Littel- „Łaskawe”

Znalezione obrazy dla zapytania Łaskawe okładka

Przebrnąłem drugi raz (i to raczej bez kłopotów) przez tą bez mała tysiąc stronicową powieść. Nie dziwię się, że książka ta wywołała tak wiele dyskusji, tak wiele kontrowersji. Nie wiem czy jest na świecie wiele powieści przedstawiających holokaust oczami SS-mana, który podchodzi do sprawy jak do każdego innego problemu, który trzeba rozwiązać.

Do tego główny bohater nie do końca jest zrównoważony i wykazuje liczne odchylenia od szeroko pojętej normy. Może właśnie dlatego tak długo może funkcjonować w strukturze, w której się znalazł, z całkiem niezłym skutkiem. To taki człowiek, który ma wiele szczęścia w życiu dzięki temu, że ma oddanych przyjaciół, którzy likwidują kłody, które spadają mu pod nogi. Ale czyż nie od tego są właśnie przyjaciele?

Bardzo nie spodobało mi się (szczególnie podczas drugiego czytania) jak autor traktuje Polaków i tereny zajęte przez Niemców podczas II wojny światowej. To żywcem wyjęte z serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Nasz ogląd historii jest zupełnie inny.

Max Aue- główny bohater zajmuje się sprawami logistycznymi przy eksterminacji i nie może zasnąć, bo „Myślałem wtedy o Żydach, którzy przyjadą jutro. Uważałem tę metodę za bardzo niesprawiedliwą, zostaną ukarani Żydzi pełni dobrej woli i ufności w słowo dane przez Rzeszę, a cała reszta, tchórze, zdrajcy, bolszewicy, zaszyją się w kryjówkach i nikt ich nie znajdzie”. Tą wspomnianą karą dla Żydów byłą śmierć. To opis z 1941 roku, dwa lata później podczas powstania w getcie warszawskim oficerowie SS potwierdzają trafność swoich obserwacji.

Szczególnie kampania rosyjska w opisie autora pokrywa się na przykład z jej opisami w biografii Bandery, co dowodzi, że jednak autor opierał się na historycznych źródłach, szkoda, że nie zawsze i wszędzie.

Książka ta została określona jako „pornografia zbrodni”, uważam, że to bardzo trafna obserwacja. Opisy metod i działań SS, szczególnie dyskusje na temat, kto jest a kto nie jest Żydem (np. na Kaukazie) przerażają banalnością spojrzenia na człowieka. Przy okazji jak gdyby poznajemy Eichmana i inne prawdziwe postacie z hitlerowskiego establishmentu. Przecież to tacy zwykli i normalni ludzie, nawet na skrzypcach grają…

Powieść bardzo warta przeczytania i dyskusji. Nigdy chyba dosyć rozmów na ten temat, nigdy dosyć prezentowania naszego stanowiska.

Justyna Błażejowska- „Ta historia wciąż trwa”

Znalezione obrazy dla zapytania ta historia wciąż trwa

To historia pierwszego etapu życia premiera Olszewskiego w zasadzie do końca epoki stalinizmu w Polsce. Z pewną obawą po nią sięgałem. Nie przepadam za autobiografiami, wspomnieniami i tym podobnymi memuarami. Oczywiście nigdy nie przyszło mi do głowy żeby „rzucić się” na wypociny jakiegoś celebryty, co obecnie tak często zaśmieca półki księgarskie. Postać premiera Olszewskiego tak często demonizowana bądź (delikatnie rzecz ujmując) przedstawiana w niekorzystnym świetle, dosyć mnie zainteresowała i zaintrygowała.

Książka mnie nie rozczarowała, chociaż początkowo myślałem, że to całość jego wspomnień, a tu będzie trzeba czekać na kolejne tomy. Nie mniej ten pierwszy okres życia pana premiera jest bardzo ciekawy, a przy tym, przyznaję, z historycznego punktu widzenia, niezbyt dobrze mi znany. Pan Olszewski jest tu kopalnią wiedzy. I jest to wiedza „z pierwszej ręki”!

Najwięcej miejsca w tej części wspomnień zajmuje sprawa „Po prostu”- krótkiej historii (siłą rzeczy) tej gazety, jej autorów, środowiska, czasów i miejsca, kiedy była wydawana i jaki wpływ wywarła na ówczesną rzeczywistość. Niby fakt istnienia tego tygodnika jest powszechnie znany, ale tak naprawdę chyba bardzo powierzchniowo, a tutaj dostajemy mnóstwo informacji od jednego z redaktorów, współautora wielu bardzo ważnych artykułów, które kształtowało wtedy „opinię publiczną”, a przynajmniej zadawało najważniejsze pytania tego czasu. No i Jerzy Urban w tle, który już wtedy zajmował „właściwe stanowisko”.

Większość tych wspomnień autorka spisała z rozmów telefonicznych (!) trwających po kilka godzin każda, które przeprowadziła z byłym premierem. Można powiedzieć, że pan premier jest niezłym gawędziarzem. Już jestem ciekaw jak będą wyglądać kolejne tomy-zwłaszcza kariera polityczna pana premiera. Ten pierwszy tom pokazuje jakie podwaliny do swojej postawy w późniejszym czasie, miał okres stalinowski i tak zwana „odwilż październikowa”.

Przyznam się, że nieznana mi była też historia (i wynik) wyborów „popaździernikowych”- ta frekwencja , te osiągi- komuniści chyba nigdy i nigdzie nie osiągnęli takiego rezultatu. Do tego dochodzą dywagacje i porównania z „rewolucją węgierską”- jak niewiele brakowało, żeby i nas to spotkało. Paradoksalnie okazuje się, że Gomułka był niezłym taktykiem i wyciągnął marksizmem tego co można było od „towarzyszem sowieckich”.

Choć to nie główny nurt opowieści, pan premier dzieli się również tym, co wie i tym czego nie wie na temat działania komunistycznych służb przed i po czerwcu 1989, skupiając się zwłaszcza na do tej pory niewyjaśnionych śmierciach księdza Zycha, Niedzielaka i Popiełuszki, nawet funkcje premiera nie pozwoliła zmierzyć się z sukcesem z tą formacją. Kto wie jakie zachowała wpływy do tej pory i jak wielu rzeczy jeszcze nie wiemy.

Inny dodatek jest poświęcony Antoniemu Macierewiczowi, chyba najbardziej obecnie „obserwowanemu’ politykowi, bez jednej sprawy czy jednego dowodu. Przypomina mi się przy okazji sprawa ministra Szeremietiewa, który skutecznie został wyeliminowany z życia politycznego dzięki „sprawie”, która po bardzo wielu latach zakończyła się jego całkowitym uniewinnieniem. Tylko kto o tym wtedy pamiętał?

Książki jest naprawdę interesująca i bardzo dobrze się ją czyta. Naprawdę z niecierpliwością będę wyczekiwał kolejnych części. O wiele lepiej kiedy o swoim życiu wypowiadają się sami zainteresowani niż kiedy czytamy nawet najlepsze opracowania „z drugiej ręki”, a jeżeli interlokutor ma dużo ciekawych rzeczy do opowiedzenia i mówi to ze swadą, to tym lepiej, czyż nie?

Wygląda na to, że od tej pory częściej będę sięgał po memuary.

„Czekolada”- Joanne Harris

Znalezione obrazy dla zapytania czekolada joanne harris

Przyznaję, że książkę przeczytałem właśnie co, a film oglądałem dużo wcześniej. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię, kiedy główna bohaterka Vianne ma od razu twarz Juliette Binoche, a Roux ma twarz Johnnego Deppa. Wolę sam wyobrażać sobie postacie z książki, no cóż, nie zawsze można mieć to, na co się ma ochotę.

Książka, podobnie jak film, jest miła, łatwa i w swojej wymowie radosna. Główna bohaterka pokonuje przeciwności losu, nieufność mieszkańców wioski, ich uprzedzenia i daje im szczęście swoimi czekoladowymi wyrobami. Cóż może być piękniejszego i szczęśliwszego? Po chwili jednak nadchodzi refleksja, że być może nie wszystko jest takie jakie być powinno.

Zacznijmy od tego, skąd w tak bardzo ateistycznej Francji znajduje się mieścina, gdzie złowrogi ksiądz nadal dzierży rząd dusz? Czy to nie przypadkiem kolejny atak na Kościół, który szczególnie we Francji (tej pierwszej „córy Kościoła”) jest z lekka nie na miejscu i nie na czasie? I czy rzeczywiście mieszkańcy są tacy ksenofobiczni i tak nie cierpią obcych? Tutaj obcy to Cyganie, też przecież katolicy. Gdyby to byli wyznawcy islamu głośno modlący się pięć razy dziennie na rynku i żądający dla siebie nowego meczetu, też wszystko byłoby w porządku? No przecież polityczna poprawność nie pozwoliłaby na nic innego, przecież to religia pokoju, wiara nikomu nie przeszkadza, tylko ten ksiądz był nie na miejscu…

Przyznaję się, że nadal nie rozumiem kobiet, dlatego też nie do końca przekonuje mnie postępowanie głównej bohaterki. Córka nie musi nic wiedzieć o ojcu, bo przecież matka głównej bohaterki, też nie chwaliła się jej ojcem (taka tradycja), ale potem dochodzi do poczęcia kolejnej córki z jednorazowego kontaktu, w dodatku z przyszłym partnerem przyjaciółki. Przyznaję, że to chyba trochę nienormalne, no ale we Francji panują zupełnie inne obyczaje. Ta cała czekolada ma mocny posmak goryczki.

Trzeba przyznać, że to mocno feministyczna i antykatolicka powieść, ale tak skonstruowana, żeby niezbyt rzucało się to w oczy. Ma być miło, łatwo i przyjemnie, wróg ma być napiętnowany i potępiony, wszędzie powinien zapanować postęp i nowoczesność.

Niezbyt przemawia do mnie taka wizja, ale cóż, jesteśmy chyba coraz bardziej osamotnieni w naszej tradycji, a nas dopada postęp i nowoczesność. Trochę to smutne i czekolada na pewno tego nie osłodzi.

„W obronie Świętej Inkwizycji”- Roman Konik

Scan

Przyznaję, że zanim zabrałem się za przeczytanie tej pozycji, wiedziałem, że obiegowa, podręcznikowa wiedza na temat działań Świętej Inkwizycji znacznie odbiega od rzeczywistości. Wiele rzeczy potwierdziło się, wiele zobaczyłem w nowym świetle.

Zapewne nie jest to książka w typie „Imię róży” Umberto Eco, a przecież dotyka się tej samej kwestii, tyle tylko, że ta jest oparta na dokumentach i badaniach, a nie na wyobrażeniach i insynuacjach. „Imię róży”, zwłaszcza jej filmowa adaptacja utrwaliła negatywne nastawienie do Inkwizycji i Kościoła w ogóle. Nie tylko ta pozycja utrwala stereotypy, wiele innych książek czy filmów przedstawia Inkwizycję z jak najgorszej strony, bardzo rzadko opierając się na faktach. Trochę może dziwić, że tak rzadko i tak słabo dawany jest opór tym nierzetelnym opisom (delikatnie rzec ujmując).

W książce Romana Konika mamy dość dokładną historię Inkwizycji w wielu krajach, poznajemy ideę jej powstania, sposób wyrokowania i kary oraz stosunek władzy cywilnej do jej działań.  A stosy i tortury to była właśnie specjalność władzy świeckiej, warto o tym mówić, pisać, warto o tym pamiętać! Kto by pomyślał, że w zasadzie instytucję obrońcy zawdzięczamy właśnie Świętej Inkwizycji! Czy obecnie wyobrażamy sobie jakikolwiek proces bez udziału adwokata?

Książka nie jest obszerna. To nie pełne kompendium wiedzy na temat Świętej Inkwizycji to raczej systematyczny opis zjawiska, ze sporą liczbą przykładów oraz opisem najsłynniejszych postaci (Bernard Gui- znany właśnie z „Imienia róży”, Torquemada, Savonarde). Bardzo ciekawy jest wstęp- pierwej część z opisem herezji wieków średnich, które dość licznie pleniły się w ówczesnej Europie. Kościół musiał zareagować na tak wielką ilość odchyleń od kanonów wiary i uczynił to wtedy w najbardziej możliwy i dostępny sposób. Szkoda, że wiedza o tym zupełnie nie przebija się do świadomości ludzi, zwłaszcza katolików. Jak mawiali ministrowie propagandy: kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą (w oczach opinii publicznej). Ta książka właśnie bardzo dobitnie pokazuje jak bardzo prawda może być zakłamana. Niby prawda powinna obronić się sama, ale chyba nie w tym przypadku.

Bardzo ciekawy jest opis postawy Galileusza i jego domniemanej (aczkolwiek nieprawdziwej) śmierci na stosie. Kościół nie kontestował jego poparcia dla teorii kopernikańskiej tylko różnych herezji, które przy okazji wygłaszał, a Inkwizycja wymierzyła mu karę czytania psalmów, co czyniła za niego pewna zakonnica!

Znowu trochę dziegciu: narracja trochę zbyt sztywna i naukowa, zwłaszcza historie ciekawszych postaci mogłyby być barwniejsze, obszerniejsze, a grad anegdot również byłby na miejscu. To tak bardzo przyciąga współczesnego czytelnika, a w tym przypadku jest największy krąg czytelniczy jest jak najbardziej wskazany.

Reasumując to bardzo ważna i cenna pozycja. Im więcej takich książek tym lepiej. To niejedna zakłamana historia, która wymaga wyjaśnienia i ujawnienia prawdy. Być może w przyszłości autor pochyli się jeszcze nad tematem i znacznie go poszerzy, bo to temat obszerny i wbrew pozorom mało zbadany. Należy oczywiście przytoczyć i wypaczenia, ale myślę, że na tle całej działalności Świętego Oficjum nie są one zbyt wielkie ani znaczące. Trochę trywializując można powiedzieć, że obecnie Kościół nie ma „zbyt dobrej prasy” i każda rzetelna opinia jest bardzo cenna.

Na plus przemawia rzetelne podejście do tematu, na minus jego potraktowanie, w sumie jednak lektura warta polecenia!

„Mój przyjaciel Kaligula”- Jacek Piekara

128

To druga książka Jacka Piekary, którą przeczytałem, jakże inna od poprzedniej. To nie kolejna historia inkwizytora Mordimera Madderina, to zbiór opowiadań połączonych w kilka cykli. Podobno opowiadania ciężko się sprzedają, ale chyba nie te, te powinny znikać z księgarskich półek.

Każde z tych opowiadań to malutka perełka z fascynującą treścią i zaskakującym zakończeniem. Czasami tylko żal, że tak szybko się kończą, ale to już przecież cecha charakterystyczna opowiadań. Krótka forma to krótka forma. Na szczęście można płynnie podążać za kolejną historią, więc nie ma tego złego, które by na dobre nie wyszło.

Podążanie za alternatywną historią jest dzisiaj dosyć popularne, nawet powstaje sporo dzieł historycznych na temat „co by było gdybyśmy podjęli inną decyzję”. Autor zawsze ma wtedy lekkie pole do popisu, przy okazji często uzewnętrznia w ten sposób swoje poglądy. Ogromne straty jakie ponieśliśmy w czasie II wojny światowej jeszcze przez wiele lat będą skłaniały do stawiania trudnych pytań, a odpowiedzi chyba nigdy nie będą do końca satysfakcjonujące.

Inne opowiadania skłaniają do zadawania sobie wręcz metafizycznych pytań. Każde skłania do chwili zadumy, do lekkiego zamyślenia. Nie tylko treść bywa frapująca, często bohaterowie sami w sobie stanowią ciekawe studium godne różnorakich przemyśleń.

Kolejna ciekawostka, którą chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zobaczyć, to odautorskie posłowie wyjaśniające skąd wzięły się pomysły na kolejne opowiadanie czyli „co autor miał na myśli”. Są chyba równie ciekawe jak same opowiadania. Niby utwór powinien bronić się sam (i broni się) ale takie uzupełnienie jest naprawdę ciekawe. Mogłoby się wydawać, że autor unika w ten sposób tych samych pytań na spotkaniach autorskich, gdzie pytanie o pomysł napisania jakiej opowieści należy do podstawowych i najczęściej pojawiających się.

Nie należy spojlerować takiej treści i tego nie uczynię, ale wiele z tych opowiadań to gotowy pomysł na zdecydowanie dłuższą prozę, ale autor i tak należy do bardzo płodnych pisarzy, więc może takie krótkie formy czasami są wystarczające, a może kiedyś w przyszłości przekształcą się w kolejne powieści lub całe serie…?

Autor nie ukrywa swoich prawicowych poglądów, co w dobie wszechobecnej lewicowej poprawności politycznej, nie jest takie częste. Ale pisarze, których czytelnicy uwielbiają mogą sobie pozwolić na to pozwolić i chwała im za to.

Wracając jeszcze do samych opowiadań- ich kolejna zaletą jest różnorodność. Autor nie trzyma się jednego tematu, czy jednego uniwersum. Mamy przegląd epok, miejsc i zdarzeń, często nawiązujących do autentycznych wydarzeń czy postaci. Unikamy, jako czytelnicy tym samym monotonii i znużenia. Każde kolejne opowiadanie czymś nas zaskakuje.

Nie lubię bezkrytycznie chwalić książek, ale tu nawet okładka mi odpowiada i układ graficzny książki też! Coś jednak musi poddać się krytyce! Dotarło to do mnie dopiero po tym, kiedy zacząłem czytać zupełnie inną pozycję. Kilka z tych opowiadań natychmiast uleciało z mojej pamięci i tylko nieliczne zostały tam na dłużej! Oczywiście może to oznaczać powoli moje kłopoty z pamięcią są coraz większe, może jednak również sugerować, że nie wszystkie opowiadania są na tym samym poziomie. Nie będę podawał przykładów, ale tytułowe opowiadanie chyba na dłużej zagości w mojej pamięci, bo zarówno postacie, miejsca jak i akcja wywarły na mnie spore wrażenie, no i zaskoczył mnie pomysł fabularny. Można rzec: biedny ten Kaligula…

Nie powiem, że będę teraz szczególnie poszukiwał książek Jacka Piekary, ale jak wpadną mi w rękę, na pewno chętnie je przeczytam!

„Lenin”- Antoni Ferdynand Ossendowski

127

Kiedy dawno temu po raz pierwszy czytałem tę książkę byłem zupełnie zaskoczony jej treścią. Muszę przyznać, że szkoły ukończyłem „za komuny”, gdzie wódz rewolucji był zawsze przedstawiony w samych superlatywach (w przeciwieństwie do Stalina). Dopiero ponowna lektura tej książki pozwoliła mi docenić ją w pełni. Bo to przecież opowieść o jednym z największych tyranów na świecie. Tylko przedwczesna śmierć nie pozwoliła w pełni ujawnić jego zamierzeń i planów. Następcy dali radę!

Autor doskonale ujawnił skalę zbrodniczości komunizmu, z wszelkimi jego chorymi teoriami i przede wszystkim z permanentnym terrorem. Wiele swoich planów Lenin ujawnia (w książce) w trakcie rozmów z różnymi znajomymi – to ciekawy zabieg artystyczny , bardziej uwypuklający zamiary wodza. Nie można przecież odmówić Leninowi przenikliwości i pomysłowości, kiedy na początku rzucił robotnikom hasło „grabcie zagrabione”, później kiedy dosięgła ich jeszcze większa nędza namawiał do pracy „w imię rewolucji”, która lada chwila zwycięży, potem został już tylko terror. Ciekawy jest jego stosunek do chłopów. Obawiał się ich chyba bardziej niż arystokracji i burżuazji, ze względu na ich liczebność i przywiązanie do ziemi (czyli własności prywatnej).

Powieść Ossendowskiego to nie tylko świetny styl, wartka akcja, odpowiednia forma, to nie tylko zwykła biografia, ale także przemyślenia na temat perfidii zbrodniczego systemu, który stworzyli bolszewicy z Leninem na czele. Nie można odmówić wodzowi rewolucji stanowczości i uporu w dążeniu do celu, co niestety udało się jego następcy i na dziesiątki lat i nas pogrążyło w urokach komunizmu.

Nie dziwię się, że książka ta była bestsellerem okresu międzywojennego w całej Europie szkoda tylko, że tak niewielu chciało się zrozumieć jej przesłanie. Nie wszyscy uwierzyli, że Lenin i komunizm są aż tak zbrodniczy. Mnóstwo „pożytecznych idiotów” sławiło raj robotników i chłopów. A Lenin zgadzał się na wszelkie układy, rozejmy czy kompromisy z pełną świadomością, że nigdy ich nie dotrzyma, były dla niego warte mniej niż papier, na którym były spisane. Permanentnie rewolucja wymagała ofiar począwszy od rodziny carskiej, arystokracji, burżuazji, oficerów na zwykłych ludziach kończąc. Zabijając cara wraz z rodziną dał jasny sygnał swoim towarzyszom: albo zwyciężymy, albo zginiemy, nie ma miejsca na kompromisy. Przypomina mi się taka scena z filmu „Piraci” Polańskiego: kiedy piraci mieli zaatakować większy statek ich kapitan oddał salwę armatnią w swój okręt, który musiał zatonąć – piraci mieli tylko jedno wyjście: zdobyć nowy statek bądź zginąć. To dość skuteczny doping.

Warto obecnie czytać tę pozycję by zastanowić się na perfidią i okrucieństwem systemu, pod którym i nam zdarzyło się żyć. Na szczęście nie dane było nam doświadczyć jego najgorszej formy i największego terroru. Dzięki temu nauczyliśmy się o wiele więcej niż obywatele Zachodu, chociaż powoli zapominamy o tych doświadczeniach. Lewica nie chce obecnie rewolucji, ich plan to „marsz przez instytucje”, który powoli wcielają w życie. Dobrze, że książka Ossendowskiego wraca do czytelniczego obiegu, może otrzeźwi niektórych apologetów zbyt lewicowego sposobu myślenia?

Ossendowski miał być całkowicie zapomniany, to przecież osobisty wróg towarzysza Lenina! Powoli inne jego powieści znowu zyskują czytelników, a jest co czytać! Ta książka jest warta wielokrotnego czytania. Nigdy nie można zapomnieć tych zbrodni, bo ku naszemu nieszczęściu historia lubi się powtarzać, a wielu lokalnych „wodzów rewolucji” w różnych krajach usiłowało (z niemałym sukcesem) powtarzać drogę Lenina. Nie chcielibyśmy chyba, żeby ponownie coś takiego udało się na większą skalę?!

„Ja, inkwizytor. Przeklęte krainy” – Jacek Piekara

To pierwsza książka Jacka Piekary, którą dane mi było przeczytać. Nieczęsto ostatnio czytam takie książki, ale przyznaję, że czasami warto zanurzyć się w inne uniwersum, doskonale obmyślane i wyczarowane przez autora. Mnóstwo tutaj sytuacji, zdarzeń i okoliczności rodem z zamierzchłej historii, ale liczne didaskalia czynią ją jednak odrębnym światem.

Znawcy prozy Jacka Piekary zapewne zasypaliby mnie przykładami i przypadkami, które pominąłem bądź mi umknęły, ale średniowieczna Ruś wypada bardzo przekonująco. Wprawdzie w tym czasie inkwizytorzy jeszcze nie istnieli (o czym zapewne doniosę w kolejnej recenzji, bo będzie to książka w obronie inkwizycji), a z tego co pamiętam byli raczej celibantami, co głównemu bohaterowi raczej nie grozi. Ale przecież wiele innych rzeczy też jest nie do końca takich jak historia mówi, z drugiej strony, po co byłoby osobne uniwersum, gdyby miała to być tylko historia?

Akcja raczej niespieszna, co pozwala jak gdyby bardziej rozejrzeć się po zwyczajach mieszkańców Peczory, jej klimacie (okropny!) czy też architekturze (niezbyt ciekawa). Praktycznie poza poznaniem się wszystkich głównych bohaterów czeka ich tylko jedna przygoda, aczkolwiek narażająca na spory wysiłek i ciężkie próby. Można powiedzieć, że wszyscy bohaterowie zdają egzamin. To jednak trochę wada tej książki, że tak mało się dzieje. Inkwizytor mający chronić władczynię w zasadzie nie musi jej chronić, może bardziej siebie? Nikt jej nie atakuje, nikt nie zagraża, poza akcją prewencyjną, czyli jedyną przygodą książki.

Mordimer Madderdin budzi sympatię, do tego posiada wiele zdolności i umiejętności, które przydają mu się na tym dzikim odludziu. Świadom jest jednak swoich braków, zapewne z czasem będzie nabierał doświadczenia i w kolejnych tomach będzie poszerzał spektrum swoich mocy i praktyk. Perspektywiczna to droga, no i nadzieja dla stałych czytelników.

Skoro są dobre moce to muszą być również i te złe. Sporo ich dookoła, a czasem trudno rozróżnić które są które. Ale taka już uroda ukrytych mocy. No i nie każdy potrafi z nich korzystać we właściwy sposób. No, ale to przecież „przeklęte krainy”, więc wszystko może się zdarzyć. Czasami przydałby się ktoś z takimi mocami współcześnie, oczywiście ku wymierzaniu sprawiedliwości.

Siłą tej książki są też postacie drugoplanowe czy epizodyczne, które bardzo wzbogacają opowieść swoją oryginalnością i różnorodnością. Nie zawsze przecież autor panuje nad wszystkimi postaciami w równie uważny sposób.

Część sytuacji i odniesień zapewne mi umyka, bo jak już wspomniałem to moja pierwsza książka, ale wcale nie przeszkadza to przy czytaniu. Sam autor we wstępie zapewnia, że czyni postacie bardzo czytelnymi, a na wszelki wypadek dodaje kilka powtórzeń, które dla stałego czytelnika mogą wydać się nużące i niepotrzebne, ale dla takiego jak ja, są w sam raz. Nie wiem, czy skuszę się na kolejne tomy, być może raczej na inne książki tego autora.

Generalnie z przyjemnością czyta się tę książkę, a myślę, że wielbiciele wcześniejszych części nie zawiedli się i na tej. Jak już wspominałem, widzę świetlaną przyszłość przed kolejnymi tomami tej sagi. Dlaczego by nie korzystać z tak dobrego pomysłu. Wiele jest przykładów i w naszej literaturze, że takie sago znajdują wielu wiernych czytelników, a literatura fantasy chyba w szczególności.

Podsumowując, nie zawiodłem się na tej lekturze i z czystym sumieniem mogę ją polecić czytelnikom.

„Diagnostyka karmy” – Siergiej Łazariew

 

Trafiają do moich rąk, czy to przypadkowo czy nie, książki ocierające się o ezoterykę, o duchowość w różnym wydaniu, o naszą świadomość, o wpływ tej świadomości na otoczenie, a również o tym, co widzialne, a co nie. Była „Kronika Akaszy”, była „Kwantowa świadomość…”, ale nawet zwykłe kryminały dywagowały o tym czym jest świadomość i kto ją może posiąść. Niektórzy mówią, że być może czas dorosnąć, czas przejść na wyższy poziom.

Jak pogodzić to wszystko z dotychczasową wiedzą, wiarą i doświadczeniem? Z jednej strony trzeba zakładać, że autor nie pisze wymyślonych, nieprawdziwych rzeczy, po to by nas zafascynować czy sprzedać książkę. Widać ogromną chęć przekazania wiedzy, podzielenia się doświadczeniem, wskazania drogi.

Na moment abstrahując od wszystkiego, co książka chce pokazać, jej jasny przekaz, że najważniejsza jest miłość bardzo koresponduje z najważniejszym nowotestamentowym przykazaniem, „abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem”. W tym akurat nie ma nic złego, wręcz chyba przeciwnie.

Trudno jednak tak od razu zaakceptować cała tą duchowość i wszelkie aspekty z nią związane, chociaż czy nawoływanie do modlitwy może być w jakimkolwiek stopniu złe? Czy modlitwa za wrogów czy nieprzyjaciół komuś może zaszkodzić?

Kiedy czytałem tę książkę, nasunęła mi się na myśl inna książka, którą zrecenzowałem, a która jeszcze nie ujrzała światła dziennego (i książka i recenzja). Tam wiara autorki i jej gorące modlitwy potrafią przenosić góry i pozwalają wyjść z największych kłopotów.

A świat „pólnocnoatlantycki” pogrąża się coraz bardziej w cywilizacji śmierci, w nihilizmie, w rozpuście (chociaż czasami chciałoby się w niej uczestniczyć), zatracamy wszelkie wartości pozwalając lewakom na „marsz przez instytucje” z wszelkimi tego konsekwencjami. „Mieć” zdecydowanie pokonało „być”. Może krzyczę na puszczy i bezpodstawnie wieszczę upadek, ale uważam, że ta nasz cywilizacja zachodnia jest na skraju upadku. I była już w tym stanie ponad sto lat temu, ale dwie wojny światowe trochę nią wstrząsnęły i zatrzymały upadek pozwalając na krótkie okresy refleksji i odbudowy, ale to chyba bezpowrotnie mija.

Oddalamy się od duchowości, od „sacrum”, jakby nic innego poza nami na świecie nie było. Rządzi pycha – ulubiony grzech diabła, bo pycha podąża przed upadkiem. Oczywiście możemy jeszcze zawrócić, lub przynajmniej każdy ma szansę na to, żeby spróbować wrócić na właściwą ścieżkę. Wkrótce zabiorę się za kolejne tomy, bo nie można ich czytać szybko, bezmyślnie, bezrefleksyjnie. Trzeba się na chwilę zatrzymać i pomyśleć… i czytać…

Jako, że jest to również recenzja nie mogę wspomnieć o jednym mankamencie – tłumaczenie nie jest najlepsze. I naprawdę trudno mi to udowodnić przykładami, ale wydaje mi się, że tekst ten wymaga znacznej staranności przy tłumaczeniu, a w tej wersji niestety tego nie widać.