„Opowieści z całego świata” – Jack London – cz.II

 

Rzadko mi się zdarza, a właściwie nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy, żebym zamieszczał IV stronę okładki. Tym razem robię to ze specyficznego powodu. Na dole umieszczone są kolejne zapowiedzi książek Londona w tłumaczeniu i pod redakcją Stillera. Niestety do tej pory nie ukazały się ze względu na zbyt mały oddźwięk czytelniczy pierwszej części cyklu. Rozumiem, że to nie ileś tam twarzy Grey’a, tudzież nie inna love story połączona z thrillerem, ale bez przesady! Tak mało chętnych do czytanie rzeczy naprawdę wartościowych?

Teraz wracając do meritum. Dzisiaj chciałem poświęcić uwagę czytelników trzem opowiadaniom : „Na spacerowym pokładzie”, „Zabić człowieka” i „Jak John Harned oszalał”. Co je wszystkie łączy? Oczywiście postać głównej bohaterki – kobiety. Kobiety okrutnej, władczej, owijającej sobie mężczyzn wokół palców, śmiało dążącej do realizacji swoich celów. Co na to feministki? Do tego kobiety te są tak próżne, że dla byle zachcianki potrafią bez mrugnięcia okiem (aczkolwiek nie bez konsekwencji) poświęcić ludzkie życie, ale same mimo wszystko nie potrafią go odebrać. Potrafią też bez żalu a wręcz z satysfakcją przyglądać się jak gdyby trochę z dystansu walczącym o nie mężczyznom. A ci oczywiście nie zawsze potrafią stanąć na wysokości zadania.

London uwielbiał silnych bohaterów płci obojga, ludzi po przejściach i z mroczną przeszłością, pokiereszowanych przez przeciwności losu, ale potrafiących walczyć o swoje. Ciekawym jest jego prawdziwych doświadczeń z kobietami, czyżby były takie jak w „Martinie Edenie” – toż to trochę jego autobiografia.

Na przeciw tym trzem opowieściom stoi opowiadanie „Włóczęga i wróżka” – tu bohaterką jest dziewczynka, nie kobieta, bardzo ufna i szczera, a jej partnerem czy raczej przeciwieństwem jest kryminalista, który cała swoją młodość, całe swoje dotychczasowe życie spędził w więzieniu, niesłusznie skazany za kradzież koni. To nie wróżka, to anioł, taki anioł stróż, który pojawia się w najbardziej beznadziejnej sytuacji, by sprowadzić na właściwą ścieżkę, bo nigdy nie jest „za późno”.

Mocne i wyraziste są te opowiadania. W zasadzie żadnego z nich nie przypominam sobie z jakiejkolwiek wcześniejszej lektury. Bardzo warto je przeczytać, jeżeli mogę użyć takiego sformułowania. Ja na pewno czekam na ciąg dalszy!

Reklamy

„Opowieści z całego świata” – Jack London – cz. I

Na wszystkie chyba opowiadania czy powieści Londona będę teraz patrzył przez pryzmat „Martina Edena”, czy przypadkiem nie mam do czynienia z tymi odrzutami, których przez lata nie chciało przyjąć żadne wydawnictwo, czy też może to te właśnie arcydzieła, które koniecznie powinienem przeczytać.

Nie ma wątpliwości, że te opowiadania to perełki! Od razu mała dygresja – zbiór został przygotowany przez Roberta Stillera, trochę kontrowersyjnego tłumacza, któremu nie można zarzucić żadnych braków warsztatowych czy językowych – wręcz przeciwnie! To poliglota, który znał około 30 języków i właśnie przygotowywał przekład dzieł Londona w kilku tomach. Niestety śmierć w 2016 roku przeszkodziła mu w pełnym dokonaniu tego dzieła. Wracając do tematu – tłumaczenie zdecydowanie podkreśla szorstką urodę wielu opowiadań.

Ponieważ opowiadania są bardzo różne tematycznie poświęcę temu zbiorowi co najmniej dwa wpisy. Z jednej strony Londona fascynują silni mężczyźni, z drugiej walka jednostki z systemem. I znad tym drugim tematem chciałem się pochylić na podstawie dwóch opowiadań.

Pierwsze z nich (chociaż chronologicznie jest późniejsze) to „Przywilej wątpliwości” o zawiłościach systemu prawnego. Polecam go wszystkim sędziom i innym prawnikom. Jakże łatwo bowiem można znaleźć się po drugiej stronie barykady, a tam może czekać nas niemiłe rozczarowanie. Dodatkowo to przestroga dla środowiska, które z pełną arogancją uważa się za „uprzywilejowaną kastę”. A tu nic bardziej mylnego. Druga dygresja : jedna z idei reinkarnacji mówi, że sędziowie to ludzie, którzy praktycznie nie mają szans na poprawienie swojej pozycji w kolejnym wcieleniu, wręcz przeciwnie, nie mają szans na to, żeby zasłużyć na coś lepszego, wszyscy popełniają tyle niegodziwości (świadomie czy nie świadomie), że bardzo spadają w dół w hierarchii wcieleń. A to opowiadanie jest na pewno przyczynkiem do postawienia takiej tezy.

Drugie opowiadanie to „Mężowie od Midasa” o nieuchwytnej organizacji, która rzuca rękawicę nie tylko osobom szantażowanym ale całej machinie państwowej, która w żaden sposób nie może sobie z nimi poradzić. Prawie jak słynna SPEKTRA od Jamesa Bonda – piszę to celowo, gdyż Stiller przetłumaczył chyba wszystkie wydane w Polsce powieści Iana Fleminga. Okazuje się, że uciec tej organizacji można tylko w jeden sposób : na tamten świat, na co decyduje się dwóch kolejnych właścicieli majątku. Zadziwiające poświęcenie.

Dodam jeszcze trzecie opowiadanie („Tysiąc śmierci”), chociaż tematycznie trochę inne – o odwiecznym poszukiwaniu nieśmiertelności, ale również o odwiecznej walce ojciec i syn, kto kogo bardziej doceni, uzna, kto kim steruje, za co szanuje i jakie kompleksy ukrywa. Abstrahując oczywiście od meritum opowieści (tak bardzo nierealnej) walka dwóch mężczyzn i rozwiązanie akcji – wyborne!

Tyle tym razem. Głębsze wnioski i podsumowania w drugim wpisie, który nie będzie jednak wpisem kolejnym, wiele spraw muszę tutaj głębiej przemyśleć.

Książka niezmiernie ciekawa, wręcz fascynująca!

„Idiota” – Fiodor Dostojewski

Nareszcie powrót do klasyki! I to jakiej! Najwyższa półka. Mało tego, tej właśnie powieści Dostojewskiego wcześniej nie czytałem, więc tym bardziej jestem zadowolony, że udało mi się ją zakupić i pochłonąć. Wrażenie niesamowite.

Dostojewski nigdy nie zszedł z wysokiego poziomu. Można się sprzeczać, która jego powieść jest najlepsza, ale często bardzo trudno wybrać, bo nawet od momentu, w którym była przeczytana wiele może zależeć. W ogóle, generalnie moja fascynacja powieścią rosyjską rośnie, chociaż przecież od zawsze ją czytałem. Nie wiem, co teraz wybiorę, chyba Turgieniewa.

Wracając do „Idioty” – trochę razi mnie ten tytuł, bo jakoś książę Lew Mikołajewicz Myszkin w żaden sposób idioty nie przypomina, jest może lekko zdziecinniały, łatwowierny, prostoduszny do tego epileptyk, ale żeby zaraz „idiota”? Oczywiście na tle towarzystwa, w którym przebywa często te jego cechy powodują, że właśnie tak jest postrzegany. To kolejna z takich trochę bezwolnych postaci w rosyjskiej literaturze. Ponieważ, jak wspomniałem, po raz pierwszy czytałem tą powieść, ten romans, można rzec, trochę zacząłem się zastanawiać, co lepsze : „Anna Karenina” czy „Idiota”? Na pewno Nastazja Filipowna jako femme fatale jest zdecydowanie ciekawszą postacią, bardziej wyrazistą, szaloną, uwodzicielską ale i bezwzględną, za co zresztą przyjdzie jej drogo zapłacić. Mało kto tak potrafił owijać mężczyzn wokół palca i to w takich ilościach, ale wiadomo, że na tym świecie nie ma nic za darmo, wszyscy ponosimy konsekwencje swoich czynów.

Książe Myszkin trochę mimowolnie wplątuje się w całą aferę, a jeszcze do tego miota się pomiędzy Nastazją Filipowną a Agłają Iwanowną. Tu nie może być dobrego rozwiązania. Agłaja Iwanowna to też nie pensjonarka, zwłaszcza, że nigdzie z domu nie wychodziła (do szkół, na pensje), a romanse czytywała po kryjomu. Natura kobieca potrafi jednak samoistnie wiele przeniknąć, chociaż w tym wypadku chyba nie do końca. Nie mniej w momencie konfrontacji była godną rywalką.

Powieść trochę skojarzyła mi się z „Ulissesem” Joyce’a. Prawie cała jej pierwsza część dzieje się pierwszego dnia, dnia przyjazdu do Rosji Myszkina i Rogożyna, od razu też poznajemy główne postacie dramatu. Ale oczywiście to nie jedyne skojarzenia : na wielu kartach książki mamy do czynienia z potokiem myśli czy to Myszkina czy też na przykład Elżbiety Prokofiewnej – czy to nie aby wzorzec do „strumienia świadomości”, który w XX wieku zaczął być tak często i nadmiernie eksploatowany?

Musiał ten Dostojewski tak nie lubić Polaków? Agłaja wychodzi za mąż (po lekkim skandalu) za polskiego hrabiego, który okazuje się hrabią nie być i majątku nie posiadać, ale Agłaję odsuwa od rodziny i za granicą do polskich „kółek niepodległościowych” ją zapisuje.

Rosyjska szlachta i rodząca się inteligencja jawi się na kartach tej powieści jako bardzo egzaltowana, nadpobudliwa tudzież przewrażliwiona społeczność. To chyba zresztą nie tylko u Dostojewskiego, u innych pisarzy również. Wszystkie dyskusje, bo bardzo rozdyskutowani są, prowadzone są w w ekspresyjny ale i uduchowiony sposób. Może Rosjanie tacy są? Skojarzyło mi się to z filmem „Russia House” gdzie Sean Connery przypomina sobie rozmowę z Rosjanami, szczególnie zaś jednym (Klaus Maria Brandauer), który też był takim nawiedzonym inteligentem. Może też dlatego Rosjanie tak bardzo poważają „jurodiwych”? Na marginesie „juridiwyj” Jurij to bohater mojej książki „Idąc po górach”, jeżeli mogę wtrącić taką prywatę.

Generalnie, ożywcza to była strawa duchowa. Dlaczego jednak ten Dostojewski tak nie lubił Polaków?

Nowa książka – „Szepty szeptuchy” – projekty okładki – chwalba nr 5.

Chodzi o to, żeby nie było, że nic się w temacie nie dzieje. Owszem coś drgnęło, rzekłbym nawet, że prace są na ukończeniu. Przedstawiam trzy projekty okładek, liczę na to, że otrzymam jakieś rady, którą wybrać.

 

Pierwsza nawiązuje do Jeziorek Duszatyńskich, jest skomponowana z użyciem zdjęcia mojego autorstwa. Nie będzie spojlerowaniem, jeżeli zdradzę, że powstanie jeziorek podczas wielkiego osuwiska jest opisane w mojej książce.

 

 

Drugi projekt to bardziej nawiązanie do stroju ludowego, trochę inne w charakterze.

 

 

Trzeci projekt uwzględnia chyba tajemniczość głównej bohaterki.

Liczę na głosy czy któraś jest odpowiednia, czy żadna się nie podoba, a może wszystkie są fajne. czekam na pomoc, bo muszę podjąć decyzję!

„Sybir” Waldemar Warnicki

Nie do końca przepadam za takimi książkami. Nie dlatego, że mogą być złe czy na przykład sentymentalne, wręcz przeciwnie obawiam się tego ogromu zła, które otaczało tych ludzi. Czasami trudno mi to znieść.

Wiele lat temu, jeszcze w drugim obiegu, zacząłem od „Archipelagu Gułag”, który jako pierwszy poraził mnie tym ogromem zła, które wtedy, mimo stanu wojennego, esbeków i całej tej komuny było mimo wszystko dość odległe pojęciowo i czasowo. Potem doszedł „Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza” i szczególnie pamiętniki Oli Watowej. Coraz ciężej było mi o tym czytać.

Przyznaję, że nigdy nie doświadczyłem głodu i takiego mrozu jak oni opisują i nie będę się wymądrzał, że potrafię to sobie wyobrazić. Nie, nie potrafię. Nie potrafię zrozumieć sadyzmu enkawudzistów i innych tego typu delikwentów, przeraża mnie to. To wszystko to nieprawdopodobny koszmar, to właśnie przedsionek piekieł. Mróz nie ma tu nic do rzeczy.

A jednak przeczytałem „Sybir” Waldemara Warnickiego, w którym opisuje historię dwóch rodzin wywiezionych na Sybir dlatego, że byli Polakami. Muszę zgodzić się z taką konstatacją, że gdyby Niemcy nie zaatakowali Związku Sowieckiego, to około roku 1945 na terenach przyłączonych do sowieckiej Ukrainy i Białorusi nie byłoby już żadnego Polaka, tak jak na Krymie nie było Tatarów. Stalin dałby radę. Co jest przeciwwagą dla całego tego okrucieństwa „nieludzkiej ziemi”? Fakt, że ci co to opisali po prostu przeżyli, dlatego sprawia to trochę wrażenie, że jednak można było „dać radę”, ale za chwilę koliduje to z zamarzniętymi, martwymi ciałami wyrzucanymi na śnieg z wagonów i zostawianych tam często do wiosny.

Wiele opisów i sytuacji powtarza się we wszystkich wspomnieniach, co jeszcze bardziej podkreśla ich autentyczność i uwypukla sowieckie metody. Jak podkreśliłem ciężko mi się to czyta, ale uważam, że takich lektur nigdy dosyć. Nigdzie nie jest powiedziane, że świat totalitaryzmów odszedł w mroki dziejów, a lewicowcy (by nie rzec lewacy) mają nadal mnóstwo pomysłów mających uszczęśliwić ludzkość.

Są tam też rzeczy, które często przemilcza się w imię politycznej poprawności czy w związku ze współczuciem dla ofiar holocaustu. A przecież wiele rzeczy się wydarzyło : witanie wojsk sowieckich z jednej strony, jugendamty z drugiej. Cała tragedia narodu wybranego nie może przesłonić tych niewygodnych faktów. Prawda musi się obronić i nie da się jej na dłuższą metę podważyć, zakryć czy zagłuszyć.

Jestem zadowolony, że przeczytałem tą książkę, mimo obaw jakie miałem. Nie muszę takich książek czytać na co dzień, ale jest to jakiś obowiązek przypominać o tragediach naszych rodaków i współobywateli, by nie powtarzały się w przyszłości. Bo tak generalnie rzecz ujmując : zdaliśmy ten egzamin i chwała nam Polakom za to!

Łemkowszczyzna okiem autochtonów i przyjezdnych.

Rozpocznę od lektury, która jak wszystkie opisy indywidualnych losów po II wojnie światowej, nie nastraja do optymizmu. Zwłaszcza, jeżeli ówczesna władza uznała, że a priori należy zaliczyć cię do wrogów ludu i to takich, których nie da się reedukować. Po akcji „Wisła” do jednego worka wrzucono banderowców z UPA, Ukraińców a także Łemków, którzy z działalnością swoich pobratymców nie mieli nic wspólnego. Niestety urawniłowka miała się dobrze.

Wywózka na drugi koniec Polski, służba wojskowa w nienormalnych warunkach, aresztowanie – ile rzeczy może spotkać jednego człowieka? Ile czasu musi upłynąć zanim zdoła on powrócić na swoją ojcowiznę? Jakiż hart ducha i wolę przetrwania musi posiadać, by to wszystko znieść? A jednak panu Teodorowi Goczowi chyba na koniec się to udało. Po co była jednak ta cała mordęga?

Zawsze fascynowały mnie dzieje mniejszości, małych społeczeństw, które muszą borykać się z potężnymi sąsiadami. Często dzięki temu tworzą niespotykaną kulturę i sztukę, by móc odróżniać się od innych nacji. Oby ta kultura nigdy nie ginęła.

Dalsza fascynacja pozwoliła mi się zagłębić w wędrówki po kresach Łemkowszczyzny (kresy – jak to znajomo brzmi …). Przyznaję, że czytając ją już szukałem materiałów do mojej książki „Szepty szeptuchy”, która rzeczywiście jest na „ostatniej prostej” przed ukazaniem się. Wiele dała mi ta lektura tekstu oraz oglądanie grafik często nieistniejących już cerkwi. Także opis powstawania Jeziorek Duszatyńskich pozwolił mi wyobrazić sobie to niespotykane zjawisko oraz uzmysłowić czym było to dla okolicznych mieszkańców. Wiele dała mi ta lektura książki pana Jana Gajura, nawet nie potrafię sobie przypomnieć, gdzie udało mi się ją nabyć?! Czekajcie jednak na moją książkę, wszystko tam będzie.

Jeziorka Duszatyńskie zacząłem nawiedzać na długo przed tym jak połknąłem pisarskiego bakcyla, stąd te czarno białe zdjęcia, które są w mojej kolekcji. Nie ukrywam, że wkrótce znowu się tam wybieram. Są takie miejsca, którymi nie można nasycić się za jednym razem. Jeziorka zajmują jedno z pierwszych miejsc na mojej liście.

A ten pieniek podobno jeszcze jest. Zamierzam go sfotografować i umieścić na facebooku, by mieć skalę porównawczą.

„Zapach Mazur” – Małgorzata Manelska

 

Już kilkakrotnie chyba wspominałem, że od czasu do czasu lubię poczytać takie książki. Nie można cały czas zamykać się pośród wiekowych czytadeł, czasami trzeba wyjść do ludzi, zobaczyć co dzieje się dziś, tu i teraz. Na przykład jak mają się Mazury, których w zasadzie nigdy nie było mi dane odwiedzić na dłużej niż przelotną chwilę.

Powieść Pani Małgorzaty Manelskiej toczy się tak jakoś niespiesznie, powoli odkrywa przed nami swoją fabułę i jej tajemnice. Nie ma tu gigantycznych zwrotów akcji, napięcia nie do wytrzymania, sensacji czy skandali, niby zwykłe, normalne życie z wszystkimi jego blaskami i cieniami. Rzeczy, które przytrafiają się każdemu z nas.

Mnie zafrapowała historia wojny widziana oczami Niemców, ale takich zwykłych Niemców, którzy krzyki Hitlera słyszeli z rzadka, a przyszło im żyć w totalitarnym państwie, które wepchnęło ich najpierw w wojnę, na której ginęli Bogu ducha winni żołnierze, a potem zaserwowała im przemarsz rosyjskich zwycięskich wojsk. Obserwując to ze śląskiego punktu widzenia, wiem czym to dla nich zapewne było. Pan Smarzowski („Róża”) też ukazał cała tą tragedię. Niby nigdy dość mówienia o krzywdach i napominania, ale jakoś trudno mi się na tym skupiać, chociaż może nie do końca pasuje mi to, że wszyscy Niemcy byli tu „dobrzy”. Kto wtedy podążał za Hitlerem? Nikomu nieznani z narodowości naziści?

Wojny tak naprawdę nie toczą się na frontach, szczególnie te współczesne, tylko wśród cywili, których najbardziej to dotyka, tak jak w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Wszędzie walczono nie z wrogiem, ale o kromkę chleba i trochę ciepłej kawy. Powieściowa Julka wszystko to odkrywa podczas opowiadań babci, która w zasadzie nie jest jej babcią.

O losach bohaterów wiele nie napiszę, bo córki zawsze mnie ostrzegały bym niczego nie „spojlerował” (co to za słowo?). Wszystkich nas dosięga to samo, te same klęski, te same radości, ta sama walka o szczęście. W życiu nie każdemu się udaje.

Jestem zadowolony, że przeczytałem tą powieść, chociaż z początku trochę ciężko mi to szło, ale drugą połowę skończyłem w niecałe popołudnie, co również (w moich oczach) dobrze świadczy o powieści.

Czas powoli jednak skupić się ponownie na klasyce lub jej okolicach.

Orygenes, apokatastaza i czy piekła rzeczywiście nie ma?

 

Tak nie do końca wiem, do jakiej kategorii wpisać ten tekst, jako zwykły post – recenzję czy może troszkę chwalbę, o czym będzie poniżej. Postać Orygenesa fascynuje mnie od dawna, więc musiałem przeczytać ten jego krótki życiorys i krótki wstęp do zrozumienia jego poglądów przed podjęciem ambitniejszego wyzwania jakim zapewne jest przeczytanie jego największego dzieła „O zasadach”. Wcześniej czy później na pewno do tego dojdę. Właśnie czytając książki zwane przeze mnie „odświeżaczami mózgu” boję się, że braknie mi czasu na przeczytanie tych dzieł, których zrozumienie wymaga czasu i skupienia.

Orygenes ze swoją oryginalną teorią apokatastazy był różnie odbierany przez hierarchów, raz wielbiony, raz potępiony, obecnie zajmuje odpowiednie mu miejsce w dorobku filozoficzno-teologicznym Kościoła. Wielu trywializuje jego wizję, biorąc z niej tylko to, że piekło nie może istnieć, a nawet Szatan ma szanse na zbawienie. Sam Orygenes używał najczęściej trybu przypuszczającego „możliwe jest”, „być może”, co w większości zapominamy. Wszyscy mamy szansę na zbawienie, ale musimy na nie zapracować lub przejść oczyszczenie.

Rzadko to robię, ale tym razem muszę zacytować trochę dłużej Ojca Henryka Pietrasa ; „Jak, widać czytanie Orygenesa można by porównać do zbierania grzybów. Prawda, że trzeba się nachodzić, gałęzi naprzewracać, liści naodrzucać, ale jaka satysfakcja, gdy się znajdzie! Jeśli ktoś nie lubi, niech kupuje grzyby w sklepie.” Piękne porównanie i jaka zachęta do czytania! I tu kilka słów prawdziwej recenzji : przynajmniej ja od czasu do czasu potrzebuję takiego przybliżenia idei, bym łatwiej przez nią przebrnął. Ta niewielka książka dała mi właśnie to, czego potrzebuję!

W świetle zdobyczy nauki oraz innych książek, które ostatnio recenzowałem, a także takich, których nie recenzowałem, idea Orygenesa o preegzystencji dusz może się jawić w zupełnie innym świetle. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że główne nurty filozoficzne, które narodziły się w Grecji (Orygenes czerpał z Platona) stworzyły nie tylko podwaliny tej nauki, ale wszystko wcześniej wymyśliły, my tylko podążamy ich śladem.

Jakiś tam odległym nawiązaniem do Orygenesa była/jest moja pierwsza książka „A może piekła nie ma?”, która bazując na mocno skróconej wersji przemyśleń tego filozofa zakłada, że skoro nie trafiamy do piekła, to być może niektórzy powinni przeżyć to piekło na ziemi, by w ten sposób odkupić winy, czy to swoje czy cudze. Ciągle i nieustannie zapraszam do czytania.

„O zasadach” Orygenesa leży w spokoju na półce i czeka na swobodniejszą chwilę. Raz już ją przewertowałem, ale zbyt wielki pośpiech temu towarzyszył, żeby dało się coś wartościowego z tego wynieść. Drugie podejście na pewno będzie bardziej udane, o czym nie omieszkam poinformować.

„Wysłuchaj mnie, proszę …” – Paweł Cwynar

 

W Ameryce istnieje taka kategoria filmów : „christian movies”, o tej książce można powiedzieć, że powinna zaliczać się do kategorii : „christian books”. Często kryje się za tym chwalebna i ewangelizacyjna treść, za czym nie zawsze podąża odpowiednia jakość, chociaż i to zmienia się na korzyść jakości. Kiedy do tego doda się informacje z okładki, że autorem jest nawrócony gangster recydywista, trudno nie poddać się stereotypom.

Po tym wstępie łatwo się domyśleć, że alter ego autora, to Andrzej – były więzień, przebywający na oddziale szpitalnym wraz z głównym bohaterem. Niestety jego z jednej strony lekko nachalne epatowanie swoją wiarą (patrzcie jaki jestem prawy !), z drugiej zaś wręcz stawanie więziennej grypsery na piedestale jest co najmniej nienaturalne i nieszczere. To próba zbyt prostego wybielenia swojego życiorysu. Mam w pamięci książkę Stefana Niesiołowskiego „Wysoki brzeg”, gdzie w zupełnie innym świetle opisuje tą podkulturę więzienną i o ile zupełnie nie odpowiada mi jego obecny poziom i system wartości, o tyle jestem w stanie zdecydowanie bardziej zawierzyć jego oglądowi sytuacji. Inna literatura jak gdyby też podąża jego tropem.

Teraz wracamy do głównego bohatera, który trochę jest jak biblijny, ale bardziej współczesny Hiob, ponieważ „Jezus lubi dokopywać swojakom, żeby byli w formie”. Rozumiem głęboką wiarę, ale trochę samodzielności i większej odpowiedzialności panu Bogu zapewne bardziej by się spodobało. Niezbyt przekonujące są jego próby nawrócenia ukochanej, a posługiwanie się „zadaniem Pascala” mało skuteczne. Swego czasu też próbowałem się nim posługiwać, ale ktoś zwrócił mi uwagę, że trudno kogoś nawrócić tą ideą filozoficzną – zresztą ona właśnie nie wymaga do końca nawrócenia tylko życia zgodnego z przykazaniami.

Innym zagadnieniem jest bardzo częste przywoływanie w snach czy na jawie postaci szatana. To prawda, że jego największym osiągnięciem jest to, że ludzie (oczywiście nie wszyscy) uwierzyli, że go nie ma, ale znowu aż tak wszechobecny to chyba nie jest. Oczywiście literacko należy traktować to jako forma artystycznego ostrzeżenia i zwrócenia uwagi na ważki problem.

Książka jest też chyba trochę zbyt przegadana. Odchudzenie, zrobiłoby jej dobrze. Początek jest bardzo obiecujący z szerokim spektrum postaci, które nie pojawiają się zupełnie w dalszej części powieści. Tło obyczajowe jest bardzo fajne (jeżeli można użyć takiego sformułowania), ale nie wszystko jest spójne – „koledzy” z podwórka nie mają swoich dalszych losów (a aż by się o to prosiło), za to nagle „z kapelusza” wyskakuje drużyna siatkarska, o której ani słowa wcześniej nie było. Z kolei stwierdzenie z IV strony okładki, iż zakończenie jest „niespodziewane” jest mocnym przekłamaniem – zakończenie jest do bólu przewidywalne! Źli zostali pokarani, a dobrzy nagrodzeni – dokładnie jak Hiob! Zaskoczeń brak.

I żeby nie było – uważam, że takie książki są ze wszech miar potrzebne! Jako katharsis dla autora, jako światło dla poszukujących chrześcijańskiej drogi, jako umocnienie w wierze i przykazaniach. Pomimo moich wcześniejszych zastrzeżeń również jako ostrzeżenie przed zejściem na złą drogę, która czasami wydaje się prosta i łatwa. Podczas czytania co rusz zmieniałem swój stosunek do niej i chciałem stawiać jej skrajne oceny, ale bez problemów wytrwałem do końca lektury.

Górskie wycieczki trochę śladami „Idąc po górach” – chwalba nr 4.

Zrobiłem sobie wraz z synami wycieczkę fragmentami „Idąc po górach”. Ciągle nie mogę doczekać się kolejnej książki (wszystko niby tuż tuż), więc wybraliśmy się w Beskidy, by zerknąć na Rysiankę, czy idea rozdziału pt. „Lipowska vs. Rysianka” jest jeszcze aktualna. Nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Może nie do końca szukałem?

Moi chłopcy nie do końca wierzyli, że uda nam się wreszcie osiągnąć to schronisko, ale to chyba z tego powodu, że już dawno nie uskutecznialiśmy górskich wycieczek. Walka była długotrwała i uciążliwa, nie obyło się bez upadków i zniechęcenia.

Odpoczęliśmy i następnego dnia ruszyliśmy w kierunku Węgierskiej Górki. To gdzieś tam po raz pierwszy ujrzałem zagrodę, na której wzorowałem „Dom w połowie drogi”. Tym razem nie odnalazłem jej śladów, ani w pamięci, ani w rzeczywistości. Czy schronisko na Słowiance mogło być reliktem tamtej rzeczywistości, kto wie? Wzorce czasami zostają tylko jako skrawki ulotnej przecież pamięci.

Górskie wędrówki to czas wielu przemyśleń, wyciągania wniosków, planów na przyszłość. Ciągle biję się z myślami, czy to moje całe pisanie ma jakikolwiek sens. Czy kiedykolwiek coś z tego wyniknie, czy to na zawsze pozostanie moim hobby z ewentualnym zainteresowaniem niewielkiego grona znajomych. Przyznaję, że często nie mam odwagi bardziej zaangażować się w promocję, chwalić się swoimi książkami, próbować je „wcisnąć” na przykład w schroniskach, gdzie rzecz miała miejsce lub gdzie indziej. Podczas marszu pomysły wydają się idealne, cóż kiedy nie dochodzi do ich realizacji. Niestety idea „stój w kącie, a znajdą cię” dawno już umarła i nie odrodzi się we współczesnym świecie. Nie ma jednak co narzekać, inni mają gorzej (szkoda, że nie wiem, którzy).

Może klimat moich przemyśle współgra z drzewem, które napotkaliśmy po drodze. Ze względu na jego wygląd nazwaliśmy go (samodzielnie, bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie) płaczącym świerkiem. Czyż czegoś nie przypomina?

Mimo wszystko z lekkim optymizmem spoglądam na swoją literacką przyszłość i obiecuję tak łatwo się nie poddać! Mam nadzieję, że ktoś to wszystko przeczyta i może mu się spodoba, doceni mój trud, znajdzie w tym coś dla siebie.

Mały przebłysk nadziei : na sztukater.pl znalazłem recenzję tej książki, czyli ktoś jeszcze zadał sobie trud jej przeczytania : www.sztukater.pl/ksiazki/item/6066-idac-po-gorach.html?highlight=WyJ0b21hc3oiLCJuaWVkemllbGEiLCJ0b21hc3ogbmllZHppZWxhIl0=