„Villette” – Charlotte Bronte

Ostatnio jakby mniej recenzji, ale to poniekąd jest mały powód: ta powieść to zapewne nie „moja bajka” – chociaż przecież i takie książki czytam. Na przykład mam duży sentyment do Jane Austen, więc angielskie romanse wielkiej klasy nie są mi obce. Ta „cegła” sprawiła mi jednak trochę kłopotu, trochę więcej czasu niż zazwyczaj zajęło mi jej przeczytanie, ale dobrnąłem do końca, trochę zadziwiającego, zresztą.

Śmiało można powiedzieć, że to typowy romans, choć na pewno nie z serii „harlequina”. Co najmniej trzy pary mają szansę dobrnąć do szczęśliwego końca. Złota teatralna zasada: „Jeżeli w I akcie na ścianie wisi strzelba to w III na pewno wystrzeli” tu sprawdza się w całości. Nic nie dzieje się przypadkiem, a nawet jeśli tak się wydaje, to później nawet statyści pojawiają się ponownie. Nic nie jest pozostawione samemu sobie, nic nie dzieje się przypadkowo.

Ciekawy jest, chociaż tak bardzo obcy i wręcz czasami rażący, jest stosunek autorki (Angielki!) do religii katolickiej i do Napoleona. Jakże różnimy się w poglądach, jak bardzo ważny jest osobisty punkt widzenia wywodzący się z historii własnej kraju, z którego się pochodzi. Słabostki, którymi my zdajemy się wręcz zachwycać u Napoleona, po drugiej stronie kanału są już tematem drwin i niesmacznych żartów. To co nam wydaje się w katolicyzmie najważniejsze u anglikanów niekoniecznie już wzbudza respekt czy szacunek.

Co mi nie do końca odpowiadało (przez co ciężko mi się czytało) jest mnogość opisów i okrężna droga dochodzenia do celu. Nie ma przypadku, żeby do pokoju wszedł np. Pan Paul, najpierw „wchodzi jakiś pan, którego kroki wydały się znajome, ubiór kogoś przypominał, wreszcie głos prawie go zdradził” – i mnóstwo jeszcze innych szczegółów zanim dojdziemy do tego, że to w istocie jedna z głównych postaci romansu.

Chyba można powiedzieć, że Charlotte Brontë jest zapewne jedną z prekursorek feminizmu. Jej bohaterka jest samodzielną kobietą, która dzięki swojej wytrwałości, pracy i trochę szczęściu potrafi odnaleźć się w XIX wiecznej rzeczywistości. Zresztą nie jest jedyną samotną kobietą, która odnosi sukces. Z drugiej strony inne bohaterki w całości oddają się pod opiekę mężczyzn, nie martwiąc się o sprawy doczesne.

Trudno jest mi podążać drogą uczuć i postępków głównej bohaterki, jako, że jestem totalnym ignorantem, jeżeli chodzi o sposób myślenia i zachowania się płci pięknej. Nigdy, do tej pory, nie udało mi się rozgryźć tego fenomenu, mało tego, jestem coraz dalszy od jakichkolwiek odkryć czy wniosków w tym temacie. Dlatego też nie mogę wypowiadać się o metodach, sposobach postępowania, o uczuciach głównych bohaterek. Muszę w tym temacie zawierzyć autorce, co wcale nie oznacza, że się w tym wyznaję. Mile jest jednak próbować spoglądać na świat kobiecymi oczami. Skoro w rzeczywistości mi się to nie udaje, to tego rodzaju powieści są dla mnie ogromną szansą, czyż nie?

Wszystko to jednak sprawia, że powieść jest trochę nierówna, czasami przegadana. Gdyby zamiast prawie 700 stron pozostało 500 lub nawet mniej, obyło by się to bez szkody dla powieści, a może nawet podniosłoby jej atrakcyjność. Dlatego też chyba współczesnemu czytelnikowi trochę trudniej będzie przez nią przebrnąć. Mam jednak nadzieję, że w dalszym ciągu znajdą się chętni, by się z nią zmierzyć.

Bo niewątpliwie jedyną pewną rzeczą jest to, że warto czytać!

Czy powieść jest tym, czym się wydaje – interpretacja, zrozumienie, poznanie.





Dziś zamiast tradycyjnej recenzji takie sobie lekkie dywagacje na temat tego, „co autor miał na myśli” – to niewyczerpane źródło niespodzianek, nieporozumień i nie oczywistości.

Czasami, żeby coś powiedzieć czy przekazać tak, aby na pewno dotarło to do odbiorcy i utkwiło w jego pamięci, autor używa przejaskrawień, niekiedy nawet bardzo dosadnych. Czasami jednak bywa tak, że owe przejaskrawienia zasłaniają główną ideę i zamiast dotrzeć do czytelnika, ginie ona w oparach dosłowności.

Tak właśnie, moim zdaniem, przedstawia się sytuacja „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Książka epatuje perwersyjnym seksem, który wydaje się być środkiem i celem tej powieści. Trzeba przyznać, że markiz również w innych swoich książkach zawsze dawał opisy seksu we wszystkich jego postaciach, a wyobraźnię miał ogromną. Większość odbiorców jego dzieł fascynuje się tylko tymi opisami, sam fakt, że na jego „cześć” nazwano jedno z powiedzmy nietypowych zachowań seksualnych. A tak naprawdę nie tylko o to chodziło…

Główną ideą tej powieści jest wolność, całkowita, bezwarunkowa wolność i jej granice, a raczej ich brak. Pytanie, które zadawał markiz de Sade, było takie, czy możemy realizować swoją wolność bez względu na wszystko i czy wolność ma granice? Mało tego, czy mogę realizować swoją wolność nie interesując się tym jak bardzo to wpływa czy zagraża innym. Jak bardzo ograniczają mnie inni ludzie i czy w ogóle powinni mnie ograniczać. Jak daleko mogę się posunąć realizując swoją wolność. Markiz opowiadał się za brakiem granic, za wolnością do robienia wszystkiego na co ma się ochotę i to bez żadnych konsekwencji. Dość upiorna wizja, ale w swojej takiej bardziej realnej wersji skłania do zadania pytania, jak bardzo moja wolność może zagrażać twojej wolności? Książka, nie tak dawno znowu wydana, ciągle jest uznawana za perwersyjną, szkodliwą, często bywa czytana ukradkiem, a dyskusje o niej bywają bardzo ostre, często z używaniem wszelkiego rodzaju negatywnych epitetów. Sama historia rękopisu jest fascynująca, ponad sto lat tylko jego właściciele wiedzieli, że w ogóle istnieje, sam markiz umarł w przeświadczeniu, że rękopis zaginął. A jednak w końcu ujrzał światło dzienne. Bez licznych skandali się nie obyło.

Trochę inaczej spojrzał na to Pier Paolo Pasolini adaptując tę powieść (czy może raczej powiastkę filozoficzną?). On jednak na pierwszy plan wysunął przemoc, stosunek „pan – niewolnik”, chociaż oczywiście jak w kilku innych filmach, pozwala sobie na bardzo swobodny stosunek do seksu i erotyki. Pewnie dlatego umieścił swój film w zupełnie innym czasie i miejscu – w faszystowskiej, włoskiej republice – przemoc zawsze była nieodłącznym składnikiem faszyzmu. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że był to jego ostatni film.

Jednym z jego wcześniejszych filmów były „Opowieści kantenberyjskie” na podstawie bardzo ciekawego i znanego poematu Chaucera pod tym samym tytułem. Prawda, że znanego? Tylko nie u nas, chociaż na świecie był porównywany z „Dekameronem” i zaliczany do najwybitniejszych dzieł przełomu średniowiecza i renesansu. U nas nigdy nie była zaliczana do kanonu lektur. W „Opowieściach kantenberyjskich” bohaterowie to pielgrzymi idący do grobu Tomasza Becketta. Pątnicy opowiadają sobie zdarzenia z życia, które są pikantne, erotyczne, ale i są pochwałą życia w całej jego krasie. To też trochę jakby dysonans poznawczy. Nie wszystko jest takie jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.

Chaucer, podobnie jak i de Sade, zamierzał napisać o wiele więcej, ale nie dokończył swojego dzieła, mimo to, to co napisał, zachwyca świat do tej pory. Co się stało, że nie dotarło do świadomości polskiego czytelnika? Ile jest jeszcze takich poematów, powieści czy opowiadań, o których nie mamy pojęcia?

Aby móc interpretować, dyskutować najpierw trzeba poznać, a więc dotrzeć i przeczytać, co jak widać nie zawsze jest proste. Dlaczego tak bardzo warto czytać, poczynając od klasyki? To już dywagacje na zupełnie inny temat…

„Cywilizacja komunizmu” Leopold Tyrmand

Nikt, kto nie pożył przynajmniej kilku lat w komunizmie nie doceni tej książki, nie zrozumie jej do końca, nie uwierzy w to, co Tyrmand w niej opisuje. To wszystko wydaje się tak absurdalne i bezsensowne, że dla kogoś, kto tego naocznie nie doświadczył, wydaje się być niemożliwe w swojej głupocie. Każdy słyszał o gułagach, zbrodniach, ale zwykła codzienność wymykała się opisom, unikała dosadnych określeń.

Można powiedzieć, że Tyrmand był antykomunistą z krwi i kości, który nie dał się uwieść i zaczadzić komunistom i zawsze i wszędzie podkreślał jak bardzo zbrodniczy to system, jak bardzo łamie ludzkie charaktery, jak wszystko niszczy a nic nie buduje.

Na kanwie tej książki przypomniały mi się dwie ciekawostki z mojego dzieciństwa, które w komunizmie (no może socjalizmie) miało miejsce. Pierwsze to pewien wiersz, który mieliśmy nauczyć się na pamięć w języku rosyjskim pod tytułem „Co u was?”. W sporej części nadal go pamiętam. Co mnie uderzyło? Ano to, że podmiot liryczny chwali się, że jego matka jest pilotem samolotu. Na to pozostali „uczestnicy wiersza” oburzają się. Bo przecież krawcowa czy kucharka to tak samo ważne zawody. Tyle tylko, że byliśmy przecież w szkole, mieliśmy zdobywać wiedzę, a tutaj okazuje się, że wiedza i nauka jest w „głębokim poważaniu” tej władzy. Na szczęście nie podzieliłem się tymi przemyśleniami z nauczycielką języka rosyjskiego.

Druga ciekawostka to film rosyjski z polską aktorką (bodajże Barbarą Brylską) – sprawdziłem to „Szczęśliwego Nowego Roku”. Otóż główny bohater w stanie upojenia alkoholowego zostaje zawieziony przez przyjaciół na lotnisko i leci do Leningradu. Po przylocie jest przekonany, że jest w Moskwie. Bierze taksówkę podaje adres i dociera na miejsce. Blok taki sam, nawet klucze pasują! To właśnie kwintesencja komunizmu. Oczywiście film to była komedia i romans, ale ten początek to była jego kwintesencja!

Tyrmand porównuje też dwa reżimy: komunistyczny (sowiecki) i nazistowski (niemiecki). Pozwolę sobie go zacytować: Wschodni Europejczycy pojęli na czym polega przerażająca wyższość skrajnej lewicy, która zdobyła władzę i stosuje terror dla jej utrzymania nad skrajną prawicą, która dla utrzymania się przy władzy tylko masowo zabija. Powolne, metodyczne unicestwianie człowieczeństwa przez zwycięską lewicę powoduje paraliż heroizmu w służbie przeciwstawiania się ideą, moralności politycznej i systemom rządzenia nieznanym dotąd ludzkości”. Nic dodać, nic ująć, niestety.

Zachodni komuniści szybko zrozumieli, że rewolucja nie zwycięży, co wcale nie oznaczało, że chcą zrezygnować z budowy „nowego człowieka”. Mało tego ich popularność w społeczeństwie była znikoma. Dlatego w 1967 roku Rudi Dutschke ogłosił koncepcję „marszu przez instytucje”, który właśnie dokonuje się na naszych oczach. Jest on o wiele bardziej groźniejszy na zasadzie doświadczenia z żabą, która wyskakuje z wrzątku, ale jeżeli wrzucimy ją do zimnej wody i powoli będziemy podgrzewać, to nie zorientuje się, kiedy należy wyskoczyć. I tego wszystkiego w swej książce Leopold Tyrmand nie zdążył przewidzieć czy opisać.

Myślę, że mało kto zwróci uwagę na tę książkę, mało kto zrozumie jej przesłanie, mało kto dostrzeże wreszcie nieustające zagrożenie jakie lewactwo stanowi dla normalnego człowieka. I to jest naprawdę smutne. I to jest naprawdę przerażające.

Na zakończenie jedno odkrycie, zdziwienie, pytanie: otóż Tyrmand posługuje się słowem zelactwo, przyznaję, że nie wiem co ono oznacza i nie odnalazłem nigdzie jego znaczenia. Może ktoś wie skąd pochodzi? Może to słowo wymyślone przez samego Tyrmanda?

Nieprawdopodobnie ważne jest, żeby czytać. Tylko czytać samemu ze zrozumieniem, bo uwaga o tym, co partia uważa, że ludzie powinni czytać – bezcenna!

„Trzynaście opowieści” Ksawery Pruszyński

Kolejny raz opowiadania i kolejny raz – nie zawodzą. Tutaj zdecydowanie wręcz przeciwnie! To jednak kolejna klasyka polskiej literatury. Szkoda, że w przypadku Pruszyńskiego, tak mało po nim zostało, tak wcześnie odszedł. No cóż, ulubieńcy bogów odchodzą szybko.

Wiadomo, że nie uda się napisać o wszystkich opowiadaniach (choć są tego warte), niektóre trzeba wyróżnić, niektóre pominąć. Zacznę od „Naszyjnika z granatów” bo w moich szkolnych czasach była to lektura szkolna. Trochę się nie dziwię, bo to jedyne chyba opowiadanie, z którego coś pozytywnego można było wyciągnąć dla ówczesnej władzy. Bohater opowiadania – „dąbrowszczak” z Hiszpanii spotyka w szpitalu pod koniec wojny oficera, który wtedy nie tylko nie chciał mu pomóc, ale wręcz pognębił ciężko rannego. Tyle tylko, że wydaje mi się, że w tym opowiadaniu jest znacznie więcej spraw, które tej władzy nie powinny się podobać (samopomoc katolików), ale cóż autor wrócił po wojnie do Polski, więc coś trzeba było robić.

Zafascynowało mnie ostatnie opowiadanie „Ziętarowe skarby”. Może tym razem trochę zaspojleruję, chociaż nie lubię tego robić, ale w wypadku klasyki z końca lat 40-tych ubiegłego wieku, chyba wolno. Otóż podoficer Ziętara umiera w szpitalu wojskowym, bynajmniej nie na skutek odniesionych ran. Wojna już się skończyła. Koniecznie chce zobaczyć się z najbardziej „oczytanym” czyli inteligentnym oficerem. Sam jest synem chłopa spod jasielskiej wsi. I przekazuje mu cały swój skarb na to, żeby w tej wsi wybudował szkołę, koniecznie z natryskami i dużym boiskiem. Małorolny chłop, który w wojsku szczycił się tym, że jedyną książką jaką żołnierz powinien znać to regulamin, chce by dzieci z jego wsi uczyły się, by miały szansę na lepsze życie, bo tylko wykształcenie może im to dać! Z opowiadania wynika, że wszystkie pieniądze uciułał i miało to wystarczyć na zbudowanie szkoły! No cóż, biedak nie wiedział, że nastała już nowa władza, która sama zatroszczy się o edukację. Marzenia małorolnego chłopa i prawie że osiągnięciu celu – jak to pogodzić z przedwojenną biedą i nędzą? Dla komunistów chyba za trudne.

Inne opowiadania przedstawiają losy żołnierzy walczących na Zachodzie. Często drobne epizody, czasami ludzkie tragedie, czasami niewyjaśnione zjawiska. I jeszcze ten „Trębacz z Samarkandy”, który poruszył (wręcz dosłownie – skoro zarządził śledztwo) samego Andersa! Ot, zagadka Lajkonika rozwiązana. Każde opowiadanie to perełka, każde opowiadanie to unikat.

Jakież mnóstwo odniesień do literatury (Mickiewicz – „Podrzucona książka”), ale i świadectwo o poziomie wiedzy (pamięci) u ówczesnej inteligencji – jak cytowanie całego, długiego wiersza właśnie w „Naszyjniku z granatów” – kto u nas potrafi cytować poezję z pamięci – jakiś oficer? Z kolei „Wiatraki z Ranley” kojarzą mi się z opowiadaniami Conrada, szczególnie z jednym, którego tytuł umknął mojej pamięci. Może kiedyś do niej powróci?

Całość fantastyczna, jaka szkoda, że tak rzadko wznawiana. Już nie będę się pastwił nad listą lektur szkolnych, bo to takie proste a żenujące. „Cień Gruzji” uzmysłowił mi, jak wielką mamy literaturę, jak bardzo możemy się na niej wychowywać, z czasem oczywiście otwierając się na dzieła światowe. Tylko… czy to co Uwaliszadze mówi na temat zachłyśnięcia się kulturą i tradycją zachodu właśnie teraz nas nie dotyka, nie stara się nami zawładnąć? Sami sobie na to pytanie odpowiedzmy.

Bez czytania jednak nie dojdziemy do żadnych wniosków, więc czytajmy!

„Bełkot” – Sławomir Shuty

Czasami, kiedy próbuję skorelować tytuł z książką (znaczy się z jej treścią) mam niejakie trudności. Nie tym razem. Tym razem tytuł wydaje mi się mocno adekwatny do zawartości książki. Przy czym muszę jeszcze dodać, że nie do końca jest to pejoratywne określenie w tym przypadku. Trochę to dziwna konkluzja.

Kiedyś gdzieś czytałem, że co by nie pisać o eksperymentach literackich, o nowych formach i tym podobnych zjawiskach, literatura powinna opowiadać ciekawą historię. Może to taki trochę „starożytne” spojrzenie, chociaż bliskie mojemu sercu. W przypadku „Bełkotu” nie mamy żadnej klasycznej historii, co nie znaczy, że nie mamy opowieści czy bohatera. Wydaje mi się, że bohaterem jest tutaj miasto i wszystko to, co się w nim dzieje w dość krótkim czasie. To czas przełomu, przejścia z jednego ustroju w drugi. Takie przejście (w zasadzie dokonywane po raz pierwszy w tym kierunku) rodzi zawsze wiele ciekawych zjawisk. I tak to rozumiem, że autor przez ten czas nas przeprowadza pokazując co zauważył, zapamiętał, zaobserwował.

Kraków, to miasto, w którym też kilka lat mieszkałem, co nieco jeszcze pamiętam, potrafię sobie przypomnieć pewne miejsca, które czasami darzone były wielką estymą, teraz może już nie tak bardzo jak kiedyś. Teraz „mapa” miasta wygląda zupełnie inaczej. Można pomyśleć, że „Bełkot” to miasto uchwycone w czasie przemiany.

Nigdy jakoś do mnie nie przemawiały powieści, gdzie dominował tak zwany „strumień świadomości”. Pamiętam jak ciężko czytało mi się „Ulissesa” Joyca (w tym jednak wypadku forma była bardziej odkrywcza) czy czasami Cortazara lub innych autorów. Może to wynik mojego małego „wyrobienia” czytelniczego i nieznajomości tematu? Też się nad tym zastanawiam. Reasumując – nie porywa mnie ta forma.

Nadto Kraków zawsze kojarzył mi się jakoś inaczej, nie tak brutalnie i naturalistycznie jak w powieści Shutego. Może dlatego, że byłem tylko kilkuletnim przejazdem? Inaczej jednak odbierałem to miasto, zawsze starałem się dostrzegać głównie „jasną stronę życia”. Brudy życia nie fascynują mnie aż tak…

Nie uważam też, żeby wszystko kręciło się „wokół dupy”, co dość często w tej książce staje się sprawą dominującą. Nie przeczę, że ma to wszystko swój urok, ale urok, a nie rynsztok. Może to wszystko przez ten mój brak negatywnych doświadczeń, brak poczucia takiego upadku? Może mimo wszystko jest jeszcze we mnie sporo wiary i nadziei? Ciekawe (tak przy okazji) jakby wyglądała ta opowieść widziana z dnia dzisiejszego, tyle lat po sławetnych przemianach? Jak teraz wyglądałby Kraków oczami autora?

Każdy jednak ma prawo do swoich własnych punktów widzenia i do własnych miejsc (choć czasami te miejsca się pokrywają) i do własnych małych bohaterów. Czy rzeczywiście tak bardzo im się nie układa i tak bardzo zostaną pokrzywdzenie przez walec historii? Może po prostu nie chcą nic zmieniać i dobrze im z tym?

Boję się też, że ta książka bardzo szybko umknie mojej pamięci, a za ponowną lekturę raczej na pewno się nie wezmę. Tak bywa, że nie trafiamy z lekturą, co oczywiście w żadnym stopniu nie oznaczy, że nie warto czytać! Chyba, że Sławomir Shuty będzie chciał napisać „dzisiejszy” ciąg dalszy – może wtedy zerknę, kto wie?

Generalizując: nie ujęła mnie ta powieść, jeżeli można ją nazwać powieścią…

„Wierny Rusłan” Gieorgij Władimow

Pierwszy raz przeczytałem tę książkę jeszcze w mrokach stanu wojennego, tuż przed lub tuż po „Archipelagu gułag”. Pomimo fatalnego wydania (kto by się wtedy tym przejmował!) zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, zwłaszcza, że towarzyszyła temu książka Sołżenicyna.
Teraz, ten drugi raz, był nie mniej fascynujący. Książka nic nie straciła na czasie, wręcz chyba przeciwnie. Wtedy odczytywałem ją bardziej dosłownie, teraz chyba bardziej alegorycznie, tak wiele znaczeń ma ta powieść, tak wiele niuansów czeka na czytelnika. Przy czym wydaje mi się, że bardzo oddaje obyczajowość nie tylko samych „zeków” (wreszcie poznałem genealogię tego słowa – do tej pory miałem inne wyobrażenie), ale i ludzi żyjących po drugiej stronie i wreszcie tych nielicznych, którym udało się łagier opuścić. Jak bardzo ich wszystkich zniszczyła władza sowiecka, terror stalinowski, mroki komunizmu.
Muszę tutaj posłużyć się cytatem (to fragment, kiedy Wycieruch mówi co by było, gdyby uciekł z obozu): „Możesz być pewien – wpuściłabym cię, a jakże. I zjeść dała. I wypić. I pospać w cieple. A sama bym przez ten czas do opera pobiegła i powiedziała. (...)Wszyscyśmy swoi, radzieccy, a przed swoimi nie ma tajemnic! Takie gnidy z nas zrobili, że aż przyjemnie pomyśleć.”
No i do tego ten zabieg formalny, żeby głównym bohaterem i narratorem uczynić psa. Nie byle jakiego psa – szkolonego strażnika obozowego, którego po likwidacji obozu jego „pan” nie miał sumienia zastrzelić i puścił go wolno, jak wszystkie inne psy szkolone po to, żeby łapać więźniów, pilnować ich w szeregu, gryźć i zabijać jeżeli trzeba. Przy czym Rusłan jest najwierniejszym służbie i najbardziej przebiegłym ze wszystkich pozostałych psów, mimo że nie był pierwszym, przewodnikiem.
Tak na marginesie: ostatnio przeczytałem wywiad z Olgą Romanową, szefową „Rusi Siedzącej”, organizacji sprawującej opiekę nad więźniami. Otóż ona twierdzi, że w zasadzie to nic się nie zmieniło, gułagi (zwane koloniami karnymi) dalej mają się w najlepsze. No i jak to połączyć z likwidacją obozu, która miała miejsce w powieści „Wierny Rusłan”? Cóż, może jeden czy dwa gułagi zlikwidowano, zresztą sam Stalin uważał, że kilku więźniów należy wypuścić po wyroku (zamiast standardowo dodawać kolejny), żeby mogli dać innym świadectwo, co może ich czekać. Taki kolejny element terroru.
Wracając do książki: to niesamowita historia, to niesamowite obserwacje. Jak pies widział hierarchię? Pan (strażnik), pies, więzień – piękna kolejność, nieprawdaż? Poznajemy też historię szkolenia psów, różne zdarzenia obozowe, ucieczki, niesubordynacje. I to zmartwienie psa: po co uciekają, przecież w obozie mają najlepiej, co będą tam gdzieś robić?
Niesamowite zakończenie książki – powrót do służby! Nawyki silniejsze niż cokolwiek innego. Powrót do źródeł? Czym skorupka za młodu nasiąknie? Totalne uwarunkowanie? Czy tylko zwierzęta można tak wyćwiczyć? Innego końca nie mogło przecież być... . Przyczajone drapieżniki walczą, kiedy tylko poczują, że to ich czas i miejsce i walczą do samego końca.
Niby ten okres tak odległy, słusznie miniony, ale w dalszym ciągu obserwujemy tyle eksperymentów społecznych, które w łatwy sposób mogą się skończyć tym samym. Tak trudno brać nauki od działań Hitlera, Stalina, Pol Pota czy innych uzdrawiaczy ludzkości? 
Czytając o tym wszystkim mamy szanse ustrzec się zagrożeń, a przynajmniej móc je dostrzec czy zdiagnozować, dlatego właśnie tak bardzo warto czytać!

„Diuna” Frank Herbert

Jako, że wkrótce na ekrany ma wejść podobno nowa wersja „Diuny” postanowiłem raz jeszcze ją przeczytać, by sobie odświeżyć pamięć i porównać z adaptacją. Poprzednia adaptacja utkwiła mi w pamięci głównie dzięki roli Kyle’a MacLachana i Stinga, ale to przecież zamierzchłe czasy!

Książka nic nie straciła na wartości, do tego mam egzemplarz z grafikami Siudmaka, co jeszcze bardziej podkreśla jej walory. Dodatkowo muszę przyznać, że czytałem też „Dżihad Bulteriański”, „Bitwę pod Corrinem” i „Krucjatę przeciw maszynom”, więc jak gdyby bardziej rozumiem pewne rzeczy. Wiem dlaczego istnieją mentaci (to zresztą fantastyczny pomysł – takie wykorzystanie ludzkiego umysłu), rozumiem zakazy dotyczące maszyn i doceniam kilka innych wątków. Myśląc o planecie Arrakis, zastanawiam się, czy tak jak Fremeni, my ludzie kiedyś będziemy przygotowywali do życia jakąś planetę. Jak bardzo ruszymy w kierunku gwiazd? Czy na zawsze zostaniemy uwięzieni na Ziemi, czy podejmiemy trud podróży kosmicznych jakby wielki i obecnie niemożliwy się wydawał? Czy dożyjemy terraformowania planet? Ja może już nie, ale może moje wnuki?

Tak naprawdę fabuła tej powieści jest prosta, zdarzenie są prawie zawsze czarno-białe, wiemy, kto przyjaciel, a kto wróg, sprawiedliwości staje się zadość. Pod tym względem postacie są jednowymiarowe, ale być może to jest właśnie siła tej powieści. Ci dobrzy, są dobrzy, wierni, słowni (!), potrafią poświęcać się dla ogółu. Fremeni, to taki ciekawy przykład społeczności, która funkcjonuje dzięki ogromnemu poczuciu wspólnoty. Tam nie ma możliwości bycia indywidualistą, życia w samotności, tam wszystko dzieje się w siczy. Ale społeczność ta ma jeden wielki, dalekosiężny cel, któremu całkowicie się podporządkowuje i poświęca. To bardzo ciekawe zagadnienie socjologiczne.

Wracając jeszcze do braku „maszyn myślących” – jakże to dziwne w naszym świecie, obywanie się bez komputerów, telefonów, tabletów i innych „zdobyczy cywilizacji”, bez których nie potrafimy się obyć. Rzeczywiście to „głębokie” science-fiction! Nie potrafimy sobie wyobrazić takiego życia. Coraz bardziej uzależniamy się od wszelkiego rodzaju „zewnętrznych” pomocy, nie dowierzamy własnemu rozumowi. Gdzie nas to zaprowadzi?

„Diuna” to tylko pierwsza część z całego uniwersum Arrakis. Czytałem też kolejne tomy (jak widać), ale nie wywołały u mnie takiej reakcji jak tom pierwszy. A już sama trylogia o walce ludzi z maszynami często mnie po prostu nudziła. Obawiam się, że drugi raz bym przez to nie przeszedł tak łatwo jak przez samą „Diunę”.

Ostatnimi czasy czytając książki mam tak wielką ochotę na podróże, na wycieczki może nie na pustynie, a w góry, na wizytę w barze, na spotkania z żywym człowiekiem. Czy czasami będąc w tym lockdownie więcej nie tracimy jak zyskujemy? Czy tak ma wyglądać nasze życie?

Ze sporą niecierpliwością czekam na kolejną adaptację. Wiadomo, że sztuka scenografii, grafika komputerowa i wszystkie inne tricki filmowe bardzo rozwinęły się w porównaniu z latami 80-tymi ubiegłego wieku, więc na stronę wizualną na pewno nie będzie można narzekać. Gorzej może być z fabułą, bo trywializacja Hollywood w połączeniu z poprawnością polityczną coraz bardziej rozczarowuje.

Tym bardziej należy czytać, rozbudzajmy wyobraźnię!

„Zlecenie Jansona” – Robert Ludlum

Przyznać muszę, że po takie książki sięgam coraz rzadziej, choć był taki okres, że umilały mi podróże pociągiem. Mało tego należy przyznać, że czytam ją drugi raz, bo leżała w mojej biblioteczce, więc na pewno raz już ją czytałem. Piszę „na pewno”, chociaż nic z niej nie pamiętam! Nic podczas czytania mi się nie przypomniało i nie skojarzyło – taki już chyba los takich książek. Przy czym wcale nie uważam, że nie warto ich czytać – zaprzeczyłbym sam sobie!

Thriller Ludluma to jego typowa książka. Już sam główny bohater Janson kojarzy mi się z Jasonem Bournem, którego ma wiele cech, umiejętności i pochodzenia. Po tak długim czasie widać, jak bardzo Ludlum stał się schematyczny, lub jak bardzo chciał wyeksploatować pomysł, na który raz już wpadł. Trudno mu się dziwić, po co marnować tyle dobrego materiału, a jak to mówią klasycy: ludzie najbardziej lubią to, co już znają.

Może właśnie w związku z tym wątek miłosny staje się łatwo przewidywalny, a wspomnienia z przeszłości takie charakterystyczne i podobne do przeżyć innych bohaterów książek Ludluma. Przy okazji tradycyjnie rząd amerykański i jego agendy to samo zło świata, no może poza fundamentalistami islamskimi, którzy też swoje mają za paznokciami.

Bardzo ciekawy i na czasie jest też główny wątek – węgierskiego multimiliardera, filantropa, człowieka, który chce zmienić świat na własną modłę. Nie będę zdradzał fabuły, a nuż ktoś jeszcze do tego wróci, ale sama idea tej postaci bardzo ciekawa. Cały czas wiadomo, kto jest pierwowzorem, jakże aktualnie wyglądają wszelkie ostrzeżenia przed nawiedzonymi postaciami, które chcą (a wiele mogą…!) zmieniać świat. Może nie działają jak wielcy dyktatorzy i naprawiacze ludzkości, ale lepiej trzymać od nich pewien dystans (co niektórym krajom się udaje). Jestem w stanie doskonale zrozumieć powodzenie takich książek u czytelników. Mało tego, uważam, że jeżeli ktoś na początku czyta takie książki, to jest szansa, że wcześniej czy później sięgnie po inne, może bardziej wartościowe. Natomiast jest oczywiste, że jak nic nie czyta, to i nic innego nie przeczyta.

Wydaje mi się zresztą, że w kulturze anglosaskiej literatura w dalszym ciągu odgrywa inną rolę. I to bardzo ważną rolę. Tam chyba nigdy nie walczono literaturą o „rząd dusz” ani o to, żeby książka trafiła „pod strzechy” – tam po prostu starano się pisać i wydawać dobrą literaturę, co im się chyba nadal udaje.

Dlatego też ponownie być może sięgnę kiedyś, w wolnej chwili, po inne opowieści podobnej treści. Zwłaszcza, kiedy będę miał przestój w pozyskaniu innej literatury, co właśnie mi się przytrafiło. Nie mniej i tak muszę zauważyć, że warto czytać!

„Good night, Dżerzi” Janusz Głowacki

Zapewne ta lektura pomogła mi jeszcze lepiej zrozumieć Kosińskiego, bądź też raczej spojrzeć na niego z jeszcze innej strony. Janusz Głowacki znał go osobiście, więc jego opowieść jest przez to z jednej strony bardziej prawdziwa, z drugiej zaś subiektywna. Niestety czytając ją po „Czarnym ptasiorze” byłem na wiele rzeczy przygotowany, zdecydowana większość zarzutów Pani Siedleckiej (jeśli nie wszystkie) potwierdziła się, bądź nie znaleziono nic, co by temu zaprzeczało.

Janusz Głowacki w zasadzie nie pisze bezpośrednio o Kosińskim, tylko o tym jak pisał scenariusz do filmu o nim, filmu, który nigdy nie powstał. Czy kiedykolwiek powstanie film o Kosińskim (tak na marginesie)? Może temat jest już tak odległy, tak przebrzmiały, a kłamców, blagierów i oszustów mamy na co dzień na pęczki, może jego czas już doszczętnie minął?

Teraz może trochę o książce, bo Janusz Głowacki ma taki specyficzny sposób pisania, do tego sypie, niby przypadkiem, anegdotami, a przyznać trzeba, że znał w tym Nowym Yorku i okolicach parę osób.

Jedna z anegdot mnie naprawdę bardzo zaciekawiła, ponieważ niedawno na fb była mała dyskusja na temat „Niebezpiecznych związków”. Otóż Milos Forman pomylił daty spotkania i nie przyszedł do Russian Tea Room na spotkanie z producentemi film z Glen Close i Johnem Malkovichem nakręcił Stephen Frears. A Forman nakręcił potem „Valmonta”, który sukcesu już nie odniósł. Nie wiem jak podchodzić do szans na Oskara (scenariusz „Wystarczy być”) czy Nobla dla Kosińskiego, ale wszystko przecież na tym świecie jest możliwe. Tak patrząc na jego postać, myślę, że gdzieś, kiedyś zagubił się ze swoją blagą, zabrnął za daleko i nie wiedział jak (i po co) wrócić z tej drogi.

Janusz Głowacki tak swobodnie porusza się po nowojorskim świecie bohemy, widać, że osiągnął w tym mieście sukces, jako chyba jeden z nielicznych Polaków.

No i ta femme fatale – Masza, malarka nieszczęśliwie zakochana w malarzu, chora na serce, uwielbiana przez męża, mająca być jednym z perwersyjnie seksualnych obiektów Dżerziego. Zresztą może nawet była. Sporo więcej tam rosyjskiej duszy. Jest i rosyjska mafia, ale są i rosyjskie restauracje. Zresztą każda nacja stara się mieć po kilka ekskluzywnych lokali w Nowym Yorku, tylko o nas w tej materii coś cicho. Tak w ogóle w czasach covidowych strasznie ciężko czyta mi się o tych spotkaniach w knajpach, o drinkach przy barze, o kolacji z lampką wina.

Na chwilę można znaleźć się w innym świecie (to właśnie ta pozytywna cecha czytania książek), pooddychać innym powietrzem, wyobrazić sobie, że samemu idzie się po Manhattanie czy Central Parku, mimo że noga moja nigdy tam chyba nie postanie.

Jeszcze jednak wracając do Kosińskiego. Teraz tak sobie myślę, że może to jednak ciekawa postać jest. Może poprzez swoje kłamstwa trochę zbyt mocno potępiona. Może ktoś kiedyś pochyli się jeszcze raz nad nim i ukaże nam wszystkie jego blaski i cienie, zalety i wady, całą skomplikowaną osobowość, bo przecież nie bez powodu zabłysnął na firmamencie. Zgoda, spłonął i zgasł, a czy aby na pewno wiemy dlaczego? Janusz Głowacki już na pewno nie napisze scenariusza do filmu o nim, ale kto wie, czy kiedyś jeszcze takowy nie powstanie…?

Nie zapominajmy o tym, jak bardzo warto czytać!

„Pierwsza osoba liczby pojedynczej” – Haruki Murakami

Opowiadania. Znowu coś, co nie zdarza się często, chociaż coraz bardziej je doceniam, coraz częściej zdarza mi się dać pozytywnie się zaskoczyć, zobaczyć coś nowego. Murakami to na pewno nie nowość, nie nieodkryty ląd, ale też pewna klasa, pewien poziom, którego, póki co, niczym nie zaniża.

Czytając ten zbiór opowiadań zastanawiałem się, czy autor zebrał tutaj zdarzenia, które kiedyś sam przeżył i teraz trochę odcinając kupony od własnej sławy, chce nam je sprzedać? Szczególnie dwa pierwsze opowiadania mogły mi nasunąć taką myśl, ale już historia, która się nie wydarzyła, Charliemu Parkerowi rzuca zupełnie inne światło na idee zawarte w opowiadaniach.

Zastanawiałem się, co łączy te opowiadania, czy to tylko przypadkowa zbieranina, czy może istnieje jakaś myśl przewodnia? W wielu przypadkach to muzyka, którą fascynuje się główny bohater, ale nie tylko on. Pojawiają się też wiersze – dla mnie trudna sprawa.

Ciekawe wydają się wyjaśnienia tłumaczki odnośnie zaimka „ja” (dobrze, że są na końcu!) – pozwalają spojrzeć na opowiadania z trochę innej strony. I po trosze wyjaśniają tytuł tego zbioru. Tam, gdzie „ja” jest najbardziej formalne pojawia się i garnitur. Ta nieodparta chęć ubrania go i pojawienia się w nim przez chwilę, bez żadnego ważnego powodu, bez okazji, po prostu dla poprawienia samopoczucia. Akurat to doskonale rozumiem.

Rozmowy z małpą mogą być odbierane jako lekkie halucynacje, marzenia senne, fantazje, co jednak kiedy okazuje się, że rzeczy dzieją się? Może trzeba uwierzyć w magię snów, powrócić do Junga, może trzeba popuścić wodze wyobraźni? Skradzione tożsamości (nawet te częściowe) to przecież fantazja, ale… czy coraz częściej nie zdarza się i nam. Ba, czy coraz częściej na to nie pozwalamy? A po drugiej stronie niekoniecznie jest miłość! Wręcz chyba przeciwnie.

Baseball, którym autor zdaje się być zafascynowany, jest mi zgoła obcy, ale rozumiem jego sentyment do prawie pustych stadionów. Też, kiedy oglądam „A-klasowe” mecze piłkarskie mam to samo. I nigdy nie wiadomo, czy kiedyś drużyna nie wzniesie się na wyżyny, a stary kibic będzie mógł rzec: „od początku wiedziałem, że tak będzie”.

Trudno wyróżnić któreś opowiadanie szczególnie, trudno określić, które jest najlepsze. To znakomita lektura na jeden wieczór. I tutaj mała dygresja: jako autor czasami zastanawiam się nad taką dysproporcją – książka „rodzi się” i „powstaje” czasami przez rok, czasami i dłużej, a potem wystarcza jeden wieczór, żeby ją „połknąć”. Z drugiej strony co ma powiedzieć malarz, męczący się miesiącami, a tutaj odbiorca ma „jeden rzut oka” i po wszystkim!

Przyznaję, że dawno już nie czytałem Murakamiego i mam pewne braki w lekturach wydanych u nas jego książek, ale te opowiadania zachęcają mnie do dalszej lektury. Jak z tego widać – warto czytać, co powtarzam nieustannie!