„Ukraińska kabała” Anatolij Krym

Do Ukraińców mam bardzo ambiwalentny stosunek: z jednej strony uwielbiam piękne Ukrainki (no może nie wszystkie…), z drugiej jednak niestety pamiętam historię, wiem, co przydarzyło nam się na Wołyniu i w okolicach. Znam kilku Ukraińców osobiście, z jednym nawet się przyjaźnię (jesteśmy kumami). Trudna przeszłość, ciężka przyszłość.

Tytuł „Ukraińska kabała” wydał mi się dość intrygujący, więc sięgnąłem po tę pozycję, żeby poszerzyć horyzonty. Powieść mnie nie zawiodła, a nawet w kilku miejscach rozbawiła czy zaciekawiła. Nie będzie „spojlerowaniem”, jeżeli zaznaczę, że rzecz jest o „zmartwychwstaniu” Tarasa Szewczenki – ukraińskiego wieszcza, budziciela narodu, postaci znaczącej dla kultury i idei Ukrainy. Ponieważ w dużej mierze autor opisuje świat współczesny widziany oczyma Szewczenki może pozwolić sobie na sporo niepoprawności politycznej.

Bardzo wiele obserwacji dotyczy nie tylko Ukrainy, ale prawie wszystkich krajów szumnie przyznających się do kultury zachodu. Trafne spostrzeżenie dotyczy wszelkich celebrytów znanych z tego, że są znani i udzielających się we wszystkich środkach masowego przekazu : „Gdy ta „elita” otwiera usta, by uszczęśliwić społeczeństwo świeżą myślą, wyobraźnia natychmiast unosi nas do epoki prehistorycznej, kiedy ludzie pierwotni wymyślili nieskomplikowane wykrzykniki, tańcząc wokół pokonanego mamuta”.

Nad politykami, urzędnikami maści wszelakiej, wszelkimi służbami, autor nie ma żadnej litości, Kpina, drwina, jawna niechęć. Życie obywateli we współczesnej Ukrainie przy tym jest trochę bardziej męczące i wymagające dla obywateli. Widać, że kraj na początkowej drodze do kapitalizmu i dobrobytu.

Trochę stereotypów, zwłaszcza w zderzeniu postaci uczonego-kabalisty (czyli Żyda – jednego z nielicznych, który jeszcze pozostał na Ukrainie) i samego Szewczenki, który jak historia podaje, był raczej antysemitą. Cudowna postać matki-Żydówki, która jak się uweźmie na coś to i ambasadora Luksemburga zmusi do pomocy, a i o nagrodę Nobla dla syna powalczy, no i żyje z synową jak to wszystkie dowcipy opisywały. I o wszystkim pamięta, nawet o garnuszku w kwiatki, który gdzieś tam jeszcze leży na półce w pawlaczu.

Prostytutka o gołębim sercu, też bliska jest stereotypom, a już szefowie „związków twórczych” to typowi aparatczycy jeszcze z czasów słusznie minionych. Generalnie mamy szereg barwnych postaci drugiego planu, bądź epizodycznych, które bardzo dodają kolorytu powieści, a jednocześnie nie powodują, że gubimy się w ich ilości – każdy jest inny, każdy specyficzny.

Największym szokiem dla zmartwychwstałego jest również postęp technologiczny jaki w ciągu 150 lat jego nieobecności się dokonał. „Przy tym dziwna myśl wpadła mi do głowy: czyżby ten postęp, o którym wokół tyle hałasu, prowadził do upadku moralności, niwelowaniu prostych i jasnych pojęć, które ludzie znają od najdawniejszych czasów?”. No i czy przy okazji, taka właśnie rewolucja nie dokonuje się na naszych oczach?

Można śmiało powiedzieć, że to dla mnie kolejne odkrycie na niwie literatury. Lektura trochę lżejszego gatunku, gorzko-ironiczna, nie pozbawiona ciekawych przemyśleń i trafnych obserwacji. Mogłaby się wydarzyć ta historia wszędzie i śmiem twierdzić, że wszędzie podobnie by reagowano na pojawienie się dawnego mistrza, Niech stoi na piedestale, milczący, wykuty w brązie, niech wznawiają jego powieści i poezje, ale niech swoim przesłaniem nie atakuje dookoła, bo tu wszyscy chcą „chleba i igrzysk” a nie łajanie, pouczania, wytykania błędów i wzywania do zmian. Po co? Przecież zawsze może być gorzej…

Znowu wychodzi na to, że warto czytać…

„Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów” Artur Schopenhauer

Schopenhauer w jakiś tam sposób interesował mnie od czasów licealnych – wtedy przemawiał do mnie jego pesymizm. O „Erystyce” jednak wtedy nie słyszałem w ogóle. Recenzowałem już „O wolności ludzkiej woli”, która była dla mnie bardzo trudną lekturą. Wszystkie książki z zakresu (lub zbliżające się ku) filozofii są trudne do prostego przeczytania i zrecenzowania.

Znowu wstępna dygresja, którą powtarzam w miarę często: upadek szkolnictwa, upadek jakości nauki. Słynna „GW” ubolewała nad tym, że uczniowie dostali jako lektury obowiązkowe kilkanaście książek i to w dodatku we fragmentach. I to ubolewała nie z powodu tego, że to śmiesznie mało, tylko z powodu tego, że za dużo! Przypominam, że jeszcze na początku XX wieku w gimnazjach uczono łaciny i greki! Schopenhauer swobodnie tymi językami posługuje się, podając przykłady leksykalne w oryginale. Posiada taką wiedzę ogólną, że na jej podstawie potrafi samodzielnie wyciągać wnioski, snuć refleksje, konstruować idee. Gdzie my (ja) jesteśmy ze swoją wiedzą na tym tle? Jak można dogłębnie zrozumieć to, co autor pisze na tak skromnej bazie?

O czymże jest jednak sama „Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów”? Ano o wszystkich brudnych sztuczkach jakie się stosuje, kiedy koniecznie chcemy wygrać spór, a nie mamy racji. Nie wiem, czy Schopenhauer bardziej opisuje to zjawisko, czy bardziej zachęca do jego stosowania. Znając jednak jego stosunek do ludzi i brak wiary w nasze dobre intencje, to jest to smutny opis rzeczywistości. Rodzaje polemik określa słowem „Wybiegi”. Tu mała dygresja: kiedy pierwszy raz czytałem tę książkę, to chyba były inne określenia, może inny tłumacz? A może nie do końca jestem tego pewien? Same słowo „wybiegi” doskonale jednak oddaje przynajmniej niektóre ze sposobów prowadzenia dyskusji: rozdrażnianie przeciwnika, atakowanie go personalnie.

Gdybym nie miał tak wyrobionego zdania o naszych politykach, mógłbym pomyśleć, że czytali tę pozycję po kilka razy. Obawiam się jednak, że opisy, które w „Erystyce” powstały były przynajmniej częściowo oparte na obserwacji takich właśnie „walk ignorantów”. Oczywiście autor nie mógł przewidzieć do jak niskiego poziomu przy dyskusji można upaść, zwłaszcza, kiedy staje się ktoś politykiem.

Ciekawe są też uwagi na temat autorytetów. Ludzie „nie wiedzą, że ten, kto robi sobie z przedmiotu rzemiosło, lubi nie sam przedmiot lecz wygodę z niego płynącą, ani też o tym, że ten kto naucza przedmiotu innych rzadko bardzo zna go sam gruntownie, ponieważ temu, kto sam studiuje, zwykle mało czasu pozostaje na uczenie innych”. Kiedy dokładnie przyjrzymy się temu zdaniu możemy zupełnie inaczej spoglądać na autorytety. Oczywiście nie mam na myśli autorytetów-celebrytów, którzy są znani z tego, że są znani i sami znają się na wszystkim i nader chętnie dzielą się swoimi „mądrościami” ze światem.

Lektury takich książek, mimo że trudne i bardzo wymagające skupienia, ożywczo na mnie wpływają i są świetną odskocznią od bieżących problemów świata tego, chociaż tak bardzo o nich przypominają! Wydaje mi się, że tak rzadko korzystamy z tej skarbnicy wiedzy, jaka została nam po antenatach. Skoro przetrwała wieki, znaczy, że chyba jest trochę warta poświęcenia jej uwagi. Uczmy się, zdobywajmy wiedzę, bo tego nam nikt nie zabierze.

Rzadko czytam wstępy do książek, a tutaj już kolejny, który mi się spodobał. Źle powiedziane: czytam te wstępy, ale dopiero na koniec lektury – ostatnio zdarza mi się jednak czytać po kolei i znowu miłe zaskoczenie. Może zmienię sposób czytania, bo przecież zawsze czytać warto!

„Panienki. Szesnaście opowiadań erotycznych” Janusz Zalo Zalewski

Czy rzeczywiście są to opowiadania erotyczne? Niewątpliwie o tej sferze życia traktują, ale bardziej kojarzyły by mi się ze słowem „frywolne”, może jeszcze jakimś innym. Słowo „erotyczne” ostatnimi czasy bardzo się strywializowało i straciło swe pierwotne znaczenie. Obecnie coraz bardziej kojarzy się z pornografią czy nawet wyuzdaniem. A w tych opowiadaniach zdecydowanie nie o to chodzi.

Zalewani jesteśmy (podobno, bo sam znam mało przykładów, co zaraz się okaże) lekturami typu Grey’a czy 365 dni, które to niby mają mieć wpływ na nasz sposób zachowania, bądź powoduję, że niektórzy chcą być jak bohaterki/bohaterowie tych dzieł. Nie dla wszystkich jednak jest to droga właściwa i pożądana. Niektórzy czekają na coś więcej, szczególnie ci, którzy jeszcze czytają. I tu nagle pojawia się książka obiecująca swoim tytułem aż szesnaście opowiadań erotycznych! Czyli coś w sam raz dla erotomana? Raczej nic z tego. To opowiadania (tak ja je oceniam) o radości chwili bycia ze sobą, coś dokładnie z horacowego „carpe diem”, bez nadmiaru i przesytu, choć z dodatkiem pieprzu i ironii.

Radość bycia ze sobą w tej jednej chwili, ale również przyjemność zdobywania i bycia zdobywaną. Poczucie bycia kobietą i bycia mężczyzną. To nie taka oczywista rzecz w dzisiejszych czasach. Chyba nawet powoli wręcz przeciwnie…

Taka dygresja jedna: przy okazji ostatnich zajść z udziałem oburzonych pań, sporo restauratorów i hotelarzy stwierdziło, że obecnie najgorszymi klientami (jednak: klientkami) są młode kobiety: upijają się, awanturują, używają takiego języka jakiego nie powstydziłby się żaden menel czy kibol. Przykro się tego słucha. Wygląda na to, jakby następowała zmiana ról w stosunkach damsko – męskich. Obawiam się, że będzie to miało fatalne skutki dla obu płci.

Wróćmy do lektury: jako że nie zwykłem „spojlerować” przeczytanych książek, nie mogę wyjawić szczegółów, ale tytuł książki ma dodatkowe, dość nieoczekiwane, znaczenie. W ogóle słowa mają tu kolosalne znaczenie, istotna jest gra słów, istotny jest sposób ich wymawiania, istotny dźwięk i tonacja. Szkoda, że o tym zapominamy.

Myślę, że niektóre z tych opowiadań doskonale nadawały by się do podręcznika ze szkoły uwodzenia. Nie do szkoły „wyrywania panienek”, tylko uwodzenia ich i zdobywania, ku obopólnemu później spełnieniu. Zresztą i tutaj kobiety nie zawsze są bierne i czasami biorą sprawy w swoje ręce. Podobno to i tak zawsze one wybierają…

Książka, co raczej należy do rzadkości, zawiera również rysunki. Jak można zorientować się po nazwiskach autorów, to „rodzinny interes”. Moim zdaniem dodatkowo podnosi to walory książki. Szkoda, że „obrazki” w książkach to znikająca tradycja.

Domniemywam, że pozycja ta nie dotrze do szerokiego kręgu odbiorców. Już to z powodu faktu iż akcja reklamowo-marketingowa dla niej raczej nie istnieje, ale też chyba tytuł nie został do końca przemyślany (sam bardzo długo zabierałem się do jej przeczytania). Słowo „panienka”, które kiedyś miało same pozytywne konotacje, obecnie raczej uległo pejoratywnemu znaczeniu. Teraz bardziej kojarzy się z „panienką lekkich obyczajów” niż młodą kobietą przed zamążpójściem. Dlatego po takim tytule oczekuje się raczej wyuzdania i perwersji niźli wyrafinowanej i subtelnej erotyki. Stąd moja teza o nieadekwatności tytułu do zawartości opowiadań.

Reasumując, śmiało można stwierdzić, że „Panienki” są o wiele lepszą pozycją niż znakomita większość dzieł tego nurtu. Trzeba jednak mocno się postarać, żeby do nich dotrzeć, ale warto (czytać)!

Na koniec: bardzo ciekawy anonimowy wstęp!

„Rycerze krzyża i miecza” Andrzej Zieliński

Książka niewątpliwie dla pasjonatów historii, chociaż nie tylko, również dla tych, którzy tylko od czasu do czasu chcieliby poszerzyć swoją wiedzę historyczną lub dowiedzieć się czegoś nowego, czegoś o tym, co nie wiedziało się wcześniej.

Zakony rycerskie chyba każdemu kojarzą się z templariuszami i krzyżakami, inne zakony jakby mniej rzucały się nam w oczy i uszy, a okazuje się, że było ich całkiem sporo, mało tego, nawet jeden z nich powstał na ziemiach polskich! Wprawdzie był bardzo krótką efemerydą, ale jednak zaistniał w czasie i przestrzeni!

Znowu książka mnie zaskoczyła i tradycyjnie ukazała głębie mojej niewiedzy. Otóż zakon Kawalerów Mieczowych zawsze kojarzył mi się z Inflantami – to prawda, ale byłem przekonany, że jakoś tam samodzielnie istniej przez kilkaset lat i był zdecydowanie mniej negatywnie nastawiony do Polski. Cóż okazało się, że błądzę. Nie będzie to spojlerowanie książki (bo to prawda historyczna), jeżeli nadmienię, że tak naprawdę istniał on 36 lat, a potem praktycznie został wchłonięty przez Krzyżaków, zachowując początkowo tylko symboliczną autonomię, co jednak z czasem się zmieniło, bo przetrwał sekularyzację Krzyżaków, chociaż niezbyt długo.

Bardzo ciekawy jest również wątek szlachty kurlandzkiej – jej genezy. Otóż, zakon, po osiągnięciu sukcesu militarnego i zaborze ziem pogan, musiał osadzać kogoś na zdobytych terenach. Poczesne miejsce w nowej strukturze ludnościowej zaczęli zajmować drudzy czy trzeci synowie szlachty niemieckiej, którzy nie mieli prawa do dziedziczenia majątku, ale mieli rodowód, umiejętności i właściwą narodowość. Po wiekach jednak spolonizowali się i stanowili jedną z najbardziej patriotycznych części naszego społeczeństwa. Warto przy okazji przypomnieć, że bywało tak, że kultura polska, polska państwowość stanowiła tak wielki wzór i posiadała wielką moc przyciągania dla bardzo wielu obcokrajowców. Można powiedzieć, że to był prawdziwy wzorzec asymilacji emigrantów!

Kolejna ciekawostka to kolonia polska na Tobago! O tym akurat słyszałem już dawno, ale dopiero teraz poznałem genezę tego zjawiska. Cały czas jestem ciekawy świata, więc takie nowinki mnie fascynują, nawet gdyby po chwili miały zniknąć w czeluściach pamięci (lub niepamięci). Książka nie jest gruba, no bo i jak można opisać te kilkadziesiąt lat w większym woluminie? Ale kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła, to proporcje. Proporcje rycerzy zakonnych do całości wojsk, które ruszały na północno-wschodnie krucjaty. Otóż 150 – 180 rycerzy zakonnych powodowało, że cała armia mogła liczyć około 5000 osób! Jak wielka była wartość jednego rycerza zakonnego, ile czasu i energii kosztowało jego wykształcenie. Toż to sama elita wojsk była – jej najważniejsza i najcenniejsza część. A tu okazuje się, że raz wszyscy w bitwie polegli – to bitwa pod Szawlami, o której wcześniej nie słyszałem!!! Za to bitwa Aleksandra Newskiego nie była aż tak tragiczna w skutkach dla rycerzy zakonnych, chociaż Sergiiej Eisenstein rozsławił bitwę na jeziorze Pejpus po wsze czasy, przynajmniej w naszej części Europy.

Pamiętam, że moje pierwsze spotkanie z powieścią historyczną miało miejsca bardzo dawno temu i było to odkrycie książek Karola Bunscha (w ojcowskiej bibliotece). Wtedy była to fikcja. Ostatnio czytałem powieści pani Elżbiety Cherezińskiej – średniowiecze jawi mi się jako coraz bardziej interesujące. A pamiętam, że w ogólniaku mój esej odnośnie: „Co dało nam średniowiecze” został bardzo słabo oceniony. Cóż czas na odrobienie zaległości.

I czyż właśnie nie o to chodzi, że warto czytać?

„Czarna skóra białe maski” Frantz Fanon

Książka, co by nie powiedzieć, na czasie. Temat rasizmu jest bardzo nośny i aktualny, ale to pozycja z lat 50-tych dwudziestego wieku pisana oczami mieszkańca Antyli o ciemnym kolorze skóry. Dodać trzeba: bardzo wykształconego i o ciekawym życiorysie. Po raz pierwszy pozycja ta ukazała się w Polsce.

Osobiście mam chyba trochę inne podejście do rasizmu, bo tak naprawdę to nie wiem, czy osobiście miałem okazję się z nim spotkać. Oczywiście nie mówię o przekazach ze środków masowego przekazu czy portali społecznościowych, gdzie mnóstwo jest przykładów mniej czy bardziej drastycznego rasizmu.

Franz Fanon (autor) zaczyna od znaczenia języka w konfrontacji białego (kolonizatora, właściciela niewolników itp.) z czarnym (skolonizowanym, niewolnikiem) i wysuwa wniosek, że każdy skolonizowany lud dąży do metropolii – do znajomości języka, do wyrzeczenia własnej kultury. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Bo czyż nasz kraj nie był wielokrotnie skolonizowany (rozbiory, okupacja niemiecka), a zawsze walczyliśmy o zachowanie własnego języka. Może nie do końca wszystko zrozumiałem, ale pojęcie rasizmu jest według autora dość pojemne (bo przecież i antysemityzm w to wchodzi – a czasami trudno na oko ocenić Żyda, czyż nie? – co sam autor podkreśla).

Autor jest nieprawdopodobnie oczytany i wykształcony. Przyznaję, że brak mi wielu lektur, nad czym zresztą od dawna ubolewam, czasami więc nie nadążam za jego tezami, szczególnie, kiedy wchodzi w obręb psychoanalizy, Freuda, Junga, a także filozofii. Muszę posłużyć się cytatem: „Przeciwstawiając tak zwaną nerwicę z opuszczenia, o charakterze preedypalnym prawdziwym konfliktom edypalnym opisanym przez ortodoksyjnych freudystów, autorka analizuje dwa typy, z których pierwszy wydaje się ilustrować sytuację Jeana Veneuse’a”. Mimo tych moich braków, uważam, że książka jest bardzo ciekawa i odkrywcza.

Co jeszcze rzuca mi się w oczy, autor dostrzega różnorakie działania swoich współziomków nie oceniając ich, tylko stwierdzając fakty. Czy dobrze czynią, czy źle, to już inna sprawa. Ponieważ odnośnikiem jego eseju jest Francja, skojarzyło mi się takie stwierdzenie, które pamiętam ze szkoły (nie wiem czy to była wtedy prawda), że właśnie Francja jest krajem, w którym emigracji asymilują się najszybciej, najłatwiej i szybko stają się Francuzami. Było to w czasie, kiedy jednym z francuskich ministrów był Michel Poniatowski – wydawało mi się to takie autentyczne. Niestety czasy współczesne trochę przeczą tym teoriom.

Kolejna rzecz, która mi się skojarzyła to (może to plotka) wieść, że podobno wiersz „Murzynek Bambo” Tuwima jest rasistowski i dostanie możliwość „bycia zapomnianym”. Dla mnie ten wiersz był kwintesencją równości i wspólnego losu wszystkich dzieci, które mogą się uczyć, bawić, broją, nie lubią się myć, ale i chcą pozostać sobą, no i mogliby chodzić razem do szkoły. Nie ogarniam tej „poprawności politycznej”, oby to nie była prawda.

Wracając do lektury – to jak najbardziej potrzebna pozycja, choćby z tego tytułu, że autor potrafi udowodnić białym nieukom (mnie) jak bardzo brakuje im wiedzy i jak bardzo małe znaczenie ma kolor skóry, rasa, pochodzenie. Zawsze podziwiałem ludzi chcących się uczyć, by poprawić swój los, uczących dzieci, by one miały lepiej. To ponadczasowe i ponadrasowe dążenie.

Dzięki tej lekturze naszło mnie tak wiele myśli o wolności, równości, sprawiedliwości i tym podobnych sprawach, także na tle losów naszego kraju, ale żeby je przelać na papier potrzebowałbym znacznie więcej miejsca i czasu, na co ta recenzja raczej mi nie pozwala. W przyszłości jednak na pewno wrócę do tematu lub będę się tą pozycją podpierał.

Taka myśl mi na przykład przyszła do głowy: jak potraktować wojny Tutsi i Hutu w Rwandzie i Burundi – przecież ich naczelnym hasłem była walka z wrogim plemieniem (wręcz jego eksterminacja). Inna myśl z niedawno recenzowanej książki Tyrmanda: Żydzi w USA doprowadzili do tego, że stali się potężną grupą wpływów, która dba o swoje interesy wszędzie gdzie się da piętnując antysemityzm. To chyba bardzo dobry wzór do naśladowania przez przedstawicieli innych nacji w walce o swoje prawa.

Do znudzenia będę więc powtarzał: warto czytać.

Książka ukazała się w Polsce po raz pierwszy nakładem wydawnictwa Karakter, patronat nad jej wydaniem objęło Stowarzyszenie „Nigdy więcej”.

„Pudło. Opowieści z polskich więzień” Nina Olszewska

Sam tytuł książki mówi wszystko (podtytuł zwłaszcza). Nie ma żadnych wątpliwości o czym rzecz ma być. Bardzo rzadko czytuję książki w zasadzie reportażowe, ale tym razem skusiłem się, za namową mojego ulubionego komentatora.

Przyznaję, że od początku czułem wielki dystans do tego tematu, trudno było mi przebrnąć przez pierwsze strony. I to nie dlatego, że książka jest nieciekawa, źle napisana, czy temat jakiś rażący. Nie, uważam, że nie da się napisać dobrej książki o więzieniu z zewnątrz. Nie wydaje mi się, żeby więźniowie byli do końca szczerzy w swoich wypowiedziach, a już sam fakt, że byli wybierani i selekcjonowani przez służbę więzienną do wywiadów powoduje, że nie stanowią oni w żaden sposób grupy reprezentatywnej i daleko im do średniej więziennej rzeczywistości.

Z biegiem stron jednak uznaję, że część książki, szczególnie fragmenty oparte o relacje z Domu Opieki Społecznej czy wspomnienia Pani Krystyny to kawał dobrej roboty, to istotna pomoc w zrozumieniu tego zjawiska, tej rzeczywistości. Moim zdaniem to najbardziej obiektywny i zajmujący fragment.

Wiele jest teorii na temat polskiego więziennictwa i resocjalizacji, ale jeżeli spojrzeć na różne statystyki to nie jest różowo. Na świecie mamy w zasadzie dwa sposoby odbywania kary (karania): represywny i resocjalizacyjny. Resocjalizacyjny dominuje w Skandynawii i może jeszcze kilku innych krajach europejskich, w pozostałych dominuje system represyjny, pomimo że często dla niepoznaki mydli się oczy opinii publicznej jak to więźniów przygotowuje się do powrotu na łono społeczeństwa. Niestety przeczą temu nie tylko statystyki, ale i realia – świadectwa opuszczających zakłady karne z 6 złotymi przy duszy i brakiem jakichkolwiek perspektyw czy możliwości bytowych.

Czasami daje się słyszeć taka teoria, że począwszy od prokuratorów, sędziów poprzez więzienników, wszyscy dbają o to, żeby mieć zapewniony „front robót”, więc trzeba „dbać” o swoich przestępców, bo a nuż nowi się nie pojawią, lub pojawią w znacznie mniejszej liczbie? Może to taka nieuświadomiona działalność?

Autorka podkreśla w zakończeniu, że pochodzi z rodziny pracowników służby więziennej, co powinno jak gdyby stawiać ją po jednej stronie barykady. Nie widać tego na kartach tej książki. Autorka odnosi się do swoich interlokutorów z empatią, życzliwością, chociaż nie zawsze daje wiarę temu, co mówią, chyba zresztą słusznie.

Nie mogę tym razem nie dołączyć lekkiej prywaty. Otóż jeden z rozdziałów książki Pani Niny Olszewskiej nosi tytuł „Dom w pół drogi”. W mojej książce „Idąc po górach” istnieje „Dom w połowie drogi”, chociaż jego idea i znaczenie jest zupełnie inne, ale samo określenie zawsze tak bardzo mi się podobało…

Na łamach mojego bloga recenzowałem kiedyś książkę Pawła Cwynara „Wysłuchaj mnie proszę…” – autor to były więzień, któremu udała się resocjalizacja (nie dzięki systemowi, ale pomimo…) i który tez stara się obecnie pomagać więźniom. Tak, że temat jest mi troszkę nieobcy, kilka innych książek w tym temacie też przeczytałem.

Zakończę tradycyjnie: warto czytać!

„Germanofil” – Piotr Zychowicz

Bardzo powoli szło mi „wciągnięcie się” w tę książkę. Nie było łatwo, ale z każdą przeczytaną stroną było lepiej. Autor był łaskaw wspomnieć, że skrócił książkę o połowę w porównaniu do pierwszego maszynopisu, chyba dobrze uczynił. Fakt faktem, muszę się przyznać, że postać głównego bohatera książki była mi znana tylko „przez mgłę” i dopiero teraz nadrabiałem braki.

Władysław Studnicki mnie zafascynował. Może nie do końca z powodu swoich poglądów, ale na pewno z powodu przenikliwości w ocenie sytuacji światowej, swojej niezłomnej postawy, prawości, odwadze – tyle cech w jednym człowieku to rzadkość. Do tego los nie obszedł się z nim łaskawie i raczej nie doczekał nawet czasów, gdy jego poglądy i marzenia miałyby się szansę ziścić. Przed śmiercią nie widział na to nawet cienia szansy.

Kiedy spojrzy się na jego prognozy sprzed wybuchu II wojny światowej, jego nawoływania do opamiętania, wydaje się, że to głos nawołującego w puszczy jedynego sprawiedliwego. Miał chyba „klątwę Kassandry” – ona też trafnie przewidywała przyszłość, ale nikt jej nie wierzył. Jego też traktowano jako fantastę, wroga, a czasami nawet zdrajcę.

Ponieważ nasz bohater żył ponad 80 lat, dane mu było obserwować XIX-wieczną rzeczywistość imperium Romanowów, rewolucje 1905 roku, I wojnę światową, odrodzenie się państwa polskiego, II wojnę światową i jej wszystkie konsekwencje. XIX-wieczne wychowanie odbijało się cały czas w jego politycznej i publicystycznej działalności – takt, rzeczowa argumentacja mająca przekonać adwersarza, wiara w dobrą wolę drugiej strony, mnóstwo innych pozytywnych cech, które doprowadzały go nawet do pojedynków!.

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że był patriotą-nacjonalistą, pewno wszystkim by przeszkadzał, a tak naprawdę miał tylko jedną miłość – a była nią Polska. Miał wizję, wiedział, gdzie przyjaciel, a gdzie wróg i nie miał złudzeń co do sojuszy i zapewnień. Tak jak on, nikt trzeźwo nie spoglądał na sytuację Polski w Europie. I co z tego, że dokładnie przewidział przebieg II wojny światowej: klęskę wrześniową, atak Sowietów, zwrócenie się Niemców przeciwko Sowietom, porażkę Niemiec i „sprzedanie” Polski Sowietom przez tzw. aliantów.

Przykro mi to pisać, ale nasz kraj jest bardzo ubogi w polityków wybitnych (chyba nie ma ich wcale), a dobrych miewał w swej historii zbyt rzadko. To samo można powiedzieć o trzeźwo myślących publicystach politycznych. Jaka to wielka szkoda, że choć trochę nie liczono się z jego opiniami, manifestami czy memorandami.

Piotr Zychowicz nie stawia swojemu bohaterowi laurki. Mówi tez (pisze) o jego poglądach, które nie zawsze należały do chwalebnych. O ile jeszcze propagował dobrowolne wyjazdy Żydów do Palestyny (wręcz był ich orędownikiem) o tyle jego stosunek do Litwinów czy Ukraińców był więcej niż nieprzychylny. Tylko czy można mu się dziwić, skoro w 1944 roku był w Wilnie i na własne oczy widział co uczynili z tym miastem Litwini i jak odnosili się do Polaków? Nieobce mu też były wiadomości o pogromach na Wołyniu i Galicji Wschodniej. Jeśli wcześniej miał negatywny stosunek do tych nacji, to te wydarzenia tylko utwierdziły go w jego przekonaniach. Wracając do jego poglądów na temat Żydów były one trochę skomplikowane. Uważał ich za najmądrzejszy naród na świecie, podziwiał ich zdolność do nauki i pracy, doceniał wkład w polską kulturę i gospodarkę, ale mimo to uważał, że lepiej będzie jak opuszczą nasz kraj. Tłumaczył to miłością do Polski – uważał, że Żydzi w ten sposób zagrażają Polakom. Dzisiaj wszyscy (?) nazwaliby go rasistą, czy aby słusznie?

Tak się zastanawiam, ile jest jeszcze takich postaci, które z różnych powodów są zapomniane lub celowo przemilczane w naszej historii. A historia powinna nas czegoś uczyć, żeby mogła to czynić, musimy ją znać. Śmiało mogę podziękować autorowi, że wprowadził mnie w świat Władysława Studnickiego, choć przyznaję, że z pewnymi wywodami autora trudno mi się zgodzić.

Przy tej lekturze znowu zauważyłem, jak bardzo warto czytać!

„W piekle pandemii” Jolanta Kosowska

W podtytule mamy jeszcze: „Powieść o lekarzach, miłości i poświęceniu”. Myślałem, że to będzie trochę inna powieść, a mamy tutaj jak to się mówi: zwyczajny romans, co jednak nie jest zarzutem wobec tej książki, ale raczej stwierdzenie faktu.

Autorka ma refleks i wyjątkową łatwość pisania. Przecież pandemia Covida jeszcze się nie skończyła, można powiedzieć, że ledwie kilka miesięcy temu zaczęła, a tu książka już wydana! Wielki szacunek za sprawność wydawniczą i za warsztat pisarski!

Teraz trochę o samej pandemii. W książce pani Jolanty Kosowskiej jawi się ona jak dżuma czy czarna ospa, która dziesiątkuje ludność. Trochę inaczej odbieram tą rzeczywistość, szczególnie to, co mamy w kraju. Oczywiście umieszczenie części akcji w Bergamo, czyli w samym środku pandemii jest zabiegiem, który pozwala pokazać najczarniejsze scenariusze, ale nie wszędzie tak było i nie wszędzie tak jest. Niestety miłość do piłki nożnej i do klubu skończyła się dla mieszkańców w dość tragiczny sposób.

Muszę trochę prywaty dodać w tej recenzji. Sporo dyskutuję na temat koronowirusa ze swoją córką, która jest biotechnologiem, pracuje w Irlandii i ma trochę inne spojrzenie na te sprawy niż ja. Ta książka uzmysłowiła mi, że być może są takie miejsca, gdzie ta pandemia miała tragiczny przebieg i mocno odbiła się na lokalnych społecznościach. Trudno teraz dyskutować dlaczego tak się stało i kto popełnił błędy, ale „wymarłe miasta” brzmią fatalnie i wyglądają też nie najlepiej.

Wracając do powieści: postacie są różnorodne, powoli odsłaniają swoje sekrety i tajemnice. Wszystkich dotknęła choroba – pośrednio lub bezpośrednio, wszyscy walczą, nikt się nie poddaje. Sami pozytywni bohaterzy, no może tradycyjnie teściowa prezentuje się tak, jak teściowa powinna się prezentować.

Podoba mi się sposób w jaki autorka wplata w dialogi opisy różnych miejsc czy osób. Nie uwierzę jednak, że główny bohater potrafi wymienić swojej ukochanej jakimi kompozycjami zapachowymi pachnie! To geniusz jakiś. Jedynie w „Pachnidle” Suskinda o czymś takim słyszałem, ale to niespotykana rzadkość. Normalny facet rzadko rozróżnia perfumy, a już dywagować o ich składzie, wolne żarty…

Trzeba dodać, że spora część akcji dzieje się w „pięknych okolicznościach przyrody” we włoskiej Toskanii. Wspomniana jest też opustoszała Wenecja – swoją drogą chciałbym ją odwiedzić w momencie, kiedy jest opustoszała, bez tłumu turystów wokół, ale to takie marzenie ściętej głowy. Chociaż kto wie, jak turystyka będzie się rozwijać?

Ta powieść to oczywiście nie „Dżuma” Camusa i wbrew pozorom źle jest tylko w epicentrum zarazy (nieszczęsne Bergamo), bo przecież stamtąd wożą pacjentów do innych krajów na leczenie, więc w tych innych krajach musi być lepiej. Dostajemy dużą dawkę wiary w ludzi, w ich dobroć, bezinteresowną pomoc. Wiele autentycznych sytuacji, które się wydarzyły jest tu opisywanych (choćby śpiewy na balkonach).

Niestety wiem też, czemu książka nie zdobędzie takiej popularności i poczytności na jaką zasługuje. Cóż, mamy tutaj dobrego księdza, mamy grono starszych osób codziennie odmawiających koronkę do Miłosierdzia Bożego o tej samej godzinie, mamy wiarę w siłę modlitwy i wiarę w Boga, pomimo wszystkich przeciwności. To nie wpisuje się w tak zwany „główny nurt” Oczywiście to nie żaden zarzut, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że tak właśnie mogło być, tak powinno być. Nie mniej ci, którzy przeczytają będą zadowoleni.

Czyli jak zwykle: warto czytać!

„Ostatnie lato Wandalów” Jakub Urbańczyk

Kiedyś już tam czytałem kilka książek o Wandalach, więc chciałem spojrzeć na temat ponownie, tym razem raczej beletrystycznymi oczyma, chociaż mocno osadzonej w historycznych realiach. Nie ukrywam, że „Ostatnie lato Wandalów” Jakuba Urbańczyka wywarło na mnie raczej pozytywne wrażenie.

Ponieważ rzecz dotyczy bardzo wczesnego średniowiecza, które nie pozostawiło po sobie zbyt wielu pamiątek materialnych (szczególnie tych pisanych) autor ma zawsze spore pole do popisu w kreowaniu rzeczywistości. Wiele rzeczy mogło się wydarzyć, wiele mogło mieć miejsce, trudno oczekiwać jakiejś obiektywnej prawdy. Możemy bez trudu się zgodzić, że w owym czasie tereny pomiędzy Sanem, Wisłą a Odrą pokrywały lasy, bory, bagna, a ludzkie siedliska pojawiały się tylko od czasu do czasu, o miastach czy twierdzach nie wspominając.

W takim oto otoczeniu pojawiają się bohaterowie powieści. Główny bohater – komes Ritigern bardzo przypomina mi Maximusa Decimusa z „Gladiatora”. Też jest tak bardzo szlachetny, nie chce wdać się w politykę, przyjąć korony, poza tym ma rodzinę, ale dodatkowo kocha się w kobiecie wysokiego rodu, w której kochać się nie powinien. Nie powiem jak kończy, bo nie wypada, ale tak wiele podobieństw. Na marginesie: podobno w „Gladiatorze 2” Russel Crowe ożywa! Wracając do powieści – może coraz trudniej o oryginalne postaci? Niestety kilka innych postaci jest też bardzo schematycznych i przewidywalnych do bólu, ale… jakoś mnie to nie razi w tej powieści.

Bardzo za to podoba mi się inny zabieg formalny (jeżeli mogę tak napisać): autor bardzo często nie opisuje wydarzeń typu: walka, ucieczka, spotkanie z „duchami”, tylko zdaje (czasami) relację z konsekwencji tych wydarzeń. Ileż razy można opisywać walkę na miecze lub skrytobójstwo? To ciekawe zaskoczenie dla mnie było. Wszak nie zawsze bijatyka jest najważniejsza!

Dylematy władców i ich następców są takie same od wieków, niezależnie od tego czy chodzi o imperium, czy jakiś mały zapomniany peryferyjny kraj. Walka o władzę zawsze jest mniej lub bardziej krwawa, a zawsze bezwzględna. I bardzo często jej wynik jest nieprzewidywalny i rozczarowujący.

Ciekawym zabiegiem fabularnym jest wędrówka ludów „w pigułce”. Mamy tutaj ludzi, którzy jeszcze w Afryce walczyli z Rzymianami, którzy pamiętają zapach i żar pustyni, którzy widzieli architektoniczną świetność Rzymu i całej Italii, a muszą zmierzyć się z walącymi się drewnianymi chałupami, mieszkają w półziemiankach, pałac władcy jest po prostu dużą salą w „wielkiej stodole”.

Do tego wszystkiego mamy prehistoryczne mity czasów sprzed Popiela – Wandę, co nie chciała Niemca i króla Kraka. Dowiemy się jak i dlaczego powstały kopce – kurhany. Bardzo ciekawa mieszanka, z której autorowi udało się stworzyć ciekawą historię, która przecież mogła się wydarzyć… żadnych kronikarzy wtedy nie było, nikt nie zapisał tego, co się wtedy stało. Można popuszczać wodze fantazji.

Odnoszę takie wrażenie, że powieść historyczna przechodzi jakiś renesans i staje się bardziej popularna (bo chyba nie tylko ja coraz więcej takich pozycji czytam?). Powstają mniej lub bardziej udane pozycje, czasami całe serie (Wandale aż proszą się o „prequel” i „sequel”). W wielu widać ogromną pracę autora nad źródłami (tak jak właśnie w tym przypadku), dzięki czemu realia są tak bardzo autentyczne. Czasami zastanawiam się, że nie warto by polecać takich lektur uczniom, aby mogły wyrobić sobie pojęcie o średniowiecznych realiach – ciekawiej byłoby na lekcjach historii!

Co by jednak nie mówić: warto czytać!

„Porachunki osobiste” Leopold Tyrmand

„Porachunki osobiste” to zbiór esejów Tyrmanda, które ukazały się w różnych emigracyjnych periodykach. Wiele z nich jest mocno aktualnych do dziś, część nawet jawi się jako trafne przewidywanie przyszłości, a przecież pisane były ponad 40 lat temu!

Na początku autor rozprawia się z urzędnikami-aparatczykami, dzięki którym przez lata nie wydawano mu paszportu (książek także!). Wielu obecnie czytającym musi się to jawić jako kompletny absurd. Po Europie podróżujemy tylko z dowodem osobistym, a na paszport (nowy) czekamy najwyżej 2 – 3 tygodnie i tak narzekając, że to długo. Nikt już nie pamięta czasów, kiedy paszport był jednym z najbardziej luksusowych dóbr. W końcu przecież udało się Tyrmandowi wyjechać z Polski. Okazało się, że na stałe.

Jego poglądy nawet na zachodzie trochę odbiegały od myśli lewicowego salonu, który starał się zdominować naukę i kulturę. Bardzo ciekawe są jego analizy dotyczące tego, w jaki sposób Żydzi zbudowali swoją potęgę w Stanach Zjednoczonych i dlaczego nam się to nie udało. Analizuje postępowanie Włochów, Irlandczyków, którzy w jakiś sposób zaznaczyli swoją odrębność, a jednocześnie wtopili się w amerykańskie społeczeństwo.

Swego czasu czytałem analizy (nie pamiętam już gdzie i kiedy, ale lat temu sporo), że Francja jest krajem, który potrafi asymilować przybyszy i czynić z nich Francuzów. Jakoś ostatnimi czasy niezbyt się to sprawdza. Model amerykański na tym tle jawi się jako w pełni udany eksperyment, gdzie przybysze z całego świata potrafili stworzyć nowe społeczeństwo i nadal potrafią asymilować przybyszy. Może nie w sposób doskonały, ale na pewno w miarę udany. Taką samą siłę miało kiedyś Cesarstwo Rzymskie. Nie mniej prawdopodobnie właśnie z tego powodu (asymilacji barbarzyńców) jednak upadło.

Bardzo dużo miejsca poświęca autor Polakom w Ameryce – i tym znanym i tym bezimiennym z dowcipów o Polakach. Dowcipy te bardzo często były toporne i obraźliwe, ale Tyrmand trafnie zauważa, że na przykład Grecy czy Litwini chętnie staliby się podmiotami tych dowcipów, byle tylko wykorzystać szansę zaistnienia w świadomości Ameryki. Stara zasada: nieważne jak mówią, dobrze czy źle, ważne, żeby nie przekręcali nazwiska. Jak wspomniałem to eseje sprzed lat, więc ówczesnymi przedstawicielami naszych rodaków w kulturze był detektyw Banaczek (kto pamięta ten serial?) i Bobby Vinton z piosenką „Moja droga ja Cię kocham”. Banaczek był piekielnie inteligentnym i oczytanym Polakiem, jego „polskie” dowcipy przechodziły do legendy!

Tyrmand co rusz zauważa, że idee Gramsciego są realizowane przez lewicę całego świata. Co powiedziałby obecnie, kiedy marsz przez instytucje został opanowany do perfekcji, a liberalno-lewicowe wychylenie w kulturze i nauce wydaje się być nie do opanowania. Śmiało chyba można powiedzieć, że jego raczej prawicowe poglądy, byłyby dla wielu jego admiratorów w kraju trudne do przełknięcia.

We wszystkich esejach Tyrmand jawi mi się jako człowiek szczerze zatroskany losem kraju i rodaków, jako człowiek, który stara się odnaleźć recepty na to, żeby przywrócić nam właściwą pozycję. Wskazuje na to, jak wielką rolę mogłaby odegrać w tym polonia i emigracja (bo bardzo rozróżnia te dwa pojęcia – polecam do przeczytania w książce) w tym dziele. Nie mniej jednak nikt zdaje się z tych rad nie korzystać, wszystko od lat zostaje po staremu. Znowu celnym przykładem stają się Żydzi, którzy w latach dwudziestych XX wieku byli postrzegani co najmniej niechętnie, a od tego czasu zbudowali tak wielki aparat propagandowo-historyczny, że zdołali zawłaszczyć narrację o historii XX wieku.

Tyrmand jest oburzony, kiedy na jakiejś konferencji ktoś próbował powiedzieć, że Polacy mogli pomagać w holokauście. Zaprotestowały wtedy wszystkie organizacje polonijne. A teraz? Jak wygląda ta sprawa obecnie? Drugi przykład: Tyrmand opisuje jak nowojorskiego wydawcę znany polski pisarz chce zainteresować powieścią o powstaniu warszawskim. Kiedy wydawca mówi, że tam nie ma ani słowa o Żydach, autor stwierdza, że to było ponad rok po likwidacji getta, wydawca traci całe zainteresowanie książką – po prostu temat jest mu obcy. Wygląda na to, że coraz bardziej przegrywamy wojnę o pamięć.

Dlatego tak ważne jest, żeby nie tylko czytać (bo warto!), ale i propagować nasze lektury.