„Pudło. Opowieści z polskich więzień” Nina Olszewska

Sam tytuł książki mówi wszystko (podtytuł zwłaszcza). Nie ma żadnych wątpliwości o czym rzecz ma być. Bardzo rzadko czytuję książki w zasadzie reportażowe, ale tym razem skusiłem się, za namową mojego ulubionego komentatora.

Przyznaję, że od początku czułem wielki dystans do tego tematu, trudno było mi przebrnąć przez pierwsze strony. I to nie dlatego, że książka jest nieciekawa, źle napisana, czy temat jakiś rażący. Nie, uważam, że nie da się napisać dobrej książki o więzieniu z zewnątrz. Nie wydaje mi się, żeby więźniowie byli do końca szczerzy w swoich wypowiedziach, a już sam fakt, że byli wybierani i selekcjonowani przez służbę więzienną do wywiadów powoduje, że nie stanowią oni w żaden sposób grupy reprezentatywnej i daleko im do średniej więziennej rzeczywistości.

Z biegiem stron jednak uznaję, że część książki, szczególnie fragmenty oparte o relacje z Domu Opieki Społecznej czy wspomnienia Pani Krystyny to kawał dobrej roboty, to istotna pomoc w zrozumieniu tego zjawiska, tej rzeczywistości. Moim zdaniem to najbardziej obiektywny i zajmujący fragment.

Wiele jest teorii na temat polskiego więziennictwa i resocjalizacji, ale jeżeli spojrzeć na różne statystyki to nie jest różowo. Na świecie mamy w zasadzie dwa sposoby odbywania kary (karania): represywny i resocjalizacyjny. Resocjalizacyjny dominuje w Skandynawii i może jeszcze kilku innych krajach europejskich, w pozostałych dominuje system represyjny, pomimo że często dla niepoznaki mydli się oczy opinii publicznej jak to więźniów przygotowuje się do powrotu na łono społeczeństwa. Niestety przeczą temu nie tylko statystyki, ale i realia – świadectwa opuszczających zakłady karne z 6 złotymi przy duszy i brakiem jakichkolwiek perspektyw czy możliwości bytowych.

Czasami daje się słyszeć taka teoria, że począwszy od prokuratorów, sędziów poprzez więzienników, wszyscy dbają o to, żeby mieć zapewniony „front robót”, więc trzeba „dbać” o swoich przestępców, bo a nuż nowi się nie pojawią, lub pojawią w znacznie mniejszej liczbie? Może to taka nieuświadomiona działalność?

Autorka podkreśla w zakończeniu, że pochodzi z rodziny pracowników służby więziennej, co powinno jak gdyby stawiać ją po jednej stronie barykady. Nie widać tego na kartach tej książki. Autorka odnosi się do swoich interlokutorów z empatią, życzliwością, chociaż nie zawsze daje wiarę temu, co mówią, chyba zresztą słusznie.

Nie mogę tym razem nie dołączyć lekkiej prywaty. Otóż jeden z rozdziałów książki Pani Niny Olszewskiej nosi tytuł „Dom w pół drogi”. W mojej książce „Idąc po górach” istnieje „Dom w połowie drogi”, chociaż jego idea i znaczenie jest zupełnie inne, ale samo określenie zawsze tak bardzo mi się podobało…

Na łamach mojego bloga recenzowałem kiedyś książkę Pawła Cwynara „Wysłuchaj mnie proszę…” – autor to były więzień, któremu udała się resocjalizacja (nie dzięki systemowi, ale pomimo…) i który tez stara się obecnie pomagać więźniom. Tak, że temat jest mi troszkę nieobcy, kilka innych książek w tym temacie też przeczytałem.

Zakończę tradycyjnie: warto czytać!

„Germanofil” – Piotr Zychowicz

Bardzo powoli szło mi „wciągnięcie się” w tę książkę. Nie było łatwo, ale z każdą przeczytaną stroną było lepiej. Autor był łaskaw wspomnieć, że skrócił książkę o połowę w porównaniu do pierwszego maszynopisu, chyba dobrze uczynił. Fakt faktem, muszę się przyznać, że postać głównego bohatera książki była mi znana tylko „przez mgłę” i dopiero teraz nadrabiałem braki.

Władysław Studnicki mnie zafascynował. Może nie do końca z powodu swoich poglądów, ale na pewno z powodu przenikliwości w ocenie sytuacji światowej, swojej niezłomnej postawy, prawości, odwadze – tyle cech w jednym człowieku to rzadkość. Do tego los nie obszedł się z nim łaskawie i raczej nie doczekał nawet czasów, gdy jego poglądy i marzenia miałyby się szansę ziścić. Przed śmiercią nie widział na to nawet cienia szansy.

Kiedy spojrzy się na jego prognozy sprzed wybuchu II wojny światowej, jego nawoływania do opamiętania, wydaje się, że to głos nawołującego w puszczy jedynego sprawiedliwego. Miał chyba „klątwę Kassandry” – ona też trafnie przewidywała przyszłość, ale nikt jej nie wierzył. Jego też traktowano jako fantastę, wroga, a czasami nawet zdrajcę.

Ponieważ nasz bohater żył ponad 80 lat, dane mu było obserwować XIX-wieczną rzeczywistość imperium Romanowów, rewolucje 1905 roku, I wojnę światową, odrodzenie się państwa polskiego, II wojnę światową i jej wszystkie konsekwencje. XIX-wieczne wychowanie odbijało się cały czas w jego politycznej i publicystycznej działalności – takt, rzeczowa argumentacja mająca przekonać adwersarza, wiara w dobrą wolę drugiej strony, mnóstwo innych pozytywnych cech, które doprowadzały go nawet do pojedynków!.

Dzisiaj powiedzielibyśmy, że był patriotą-nacjonalistą, pewno wszystkim by przeszkadzał, a tak naprawdę miał tylko jedną miłość – a była nią Polska. Miał wizję, wiedział, gdzie przyjaciel, a gdzie wróg i nie miał złudzeń co do sojuszy i zapewnień. Tak jak on, nikt trzeźwo nie spoglądał na sytuację Polski w Europie. I co z tego, że dokładnie przewidział przebieg II wojny światowej: klęskę wrześniową, atak Sowietów, zwrócenie się Niemców przeciwko Sowietom, porażkę Niemiec i „sprzedanie” Polski Sowietom przez tzw. aliantów.

Przykro mi to pisać, ale nasz kraj jest bardzo ubogi w polityków wybitnych (chyba nie ma ich wcale), a dobrych miewał w swej historii zbyt rzadko. To samo można powiedzieć o trzeźwo myślących publicystach politycznych. Jaka to wielka szkoda, że choć trochę nie liczono się z jego opiniami, manifestami czy memorandami.

Piotr Zychowicz nie stawia swojemu bohaterowi laurki. Mówi tez (pisze) o jego poglądach, które nie zawsze należały do chwalebnych. O ile jeszcze propagował dobrowolne wyjazdy Żydów do Palestyny (wręcz był ich orędownikiem) o tyle jego stosunek do Litwinów czy Ukraińców był więcej niż nieprzychylny. Tylko czy można mu się dziwić, skoro w 1944 roku był w Wilnie i na własne oczy widział co uczynili z tym miastem Litwini i jak odnosili się do Polaków? Nieobce mu też były wiadomości o pogromach na Wołyniu i Galicji Wschodniej. Jeśli wcześniej miał negatywny stosunek do tych nacji, to te wydarzenia tylko utwierdziły go w jego przekonaniach. Wracając do jego poglądów na temat Żydów były one trochę skomplikowane. Uważał ich za najmądrzejszy naród na świecie, podziwiał ich zdolność do nauki i pracy, doceniał wkład w polską kulturę i gospodarkę, ale mimo to uważał, że lepiej będzie jak opuszczą nasz kraj. Tłumaczył to miłością do Polski – uważał, że Żydzi w ten sposób zagrażają Polakom. Dzisiaj wszyscy (?) nazwaliby go rasistą, czy aby słusznie?

Tak się zastanawiam, ile jest jeszcze takich postaci, które z różnych powodów są zapomniane lub celowo przemilczane w naszej historii. A historia powinna nas czegoś uczyć, żeby mogła to czynić, musimy ją znać. Śmiało mogę podziękować autorowi, że wprowadził mnie w świat Władysława Studnickiego, choć przyznaję, że z pewnymi wywodami autora trudno mi się zgodzić.

Przy tej lekturze znowu zauważyłem, jak bardzo warto czytać!

„W piekle pandemii” Jolanta Kosowska

W podtytule mamy jeszcze: „Powieść o lekarzach, miłości i poświęceniu”. Myślałem, że to będzie trochę inna powieść, a mamy tutaj jak to się mówi: zwyczajny romans, co jednak nie jest zarzutem wobec tej książki, ale raczej stwierdzenie faktu.

Autorka ma refleks i wyjątkową łatwość pisania. Przecież pandemia Covida jeszcze się nie skończyła, można powiedzieć, że ledwie kilka miesięcy temu zaczęła, a tu książka już wydana! Wielki szacunek za sprawność wydawniczą i za warsztat pisarski!

Teraz trochę o samej pandemii. W książce pani Jolanty Kosowskiej jawi się ona jak dżuma czy czarna ospa, która dziesiątkuje ludność. Trochę inaczej odbieram tą rzeczywistość, szczególnie to, co mamy w kraju. Oczywiście umieszczenie części akcji w Bergamo, czyli w samym środku pandemii jest zabiegiem, który pozwala pokazać najczarniejsze scenariusze, ale nie wszędzie tak było i nie wszędzie tak jest. Niestety miłość do piłki nożnej i do klubu skończyła się dla mieszkańców w dość tragiczny sposób.

Muszę trochę prywaty dodać w tej recenzji. Sporo dyskutuję na temat koronowirusa ze swoją córką, która jest biotechnologiem, pracuje w Irlandii i ma trochę inne spojrzenie na te sprawy niż ja. Ta książka uzmysłowiła mi, że być może są takie miejsca, gdzie ta pandemia miała tragiczny przebieg i mocno odbiła się na lokalnych społecznościach. Trudno teraz dyskutować dlaczego tak się stało i kto popełnił błędy, ale „wymarłe miasta” brzmią fatalnie i wyglądają też nie najlepiej.

Wracając do powieści: postacie są różnorodne, powoli odsłaniają swoje sekrety i tajemnice. Wszystkich dotknęła choroba – pośrednio lub bezpośrednio, wszyscy walczą, nikt się nie poddaje. Sami pozytywni bohaterzy, no może tradycyjnie teściowa prezentuje się tak, jak teściowa powinna się prezentować.

Podoba mi się sposób w jaki autorka wplata w dialogi opisy różnych miejsc czy osób. Nie uwierzę jednak, że główny bohater potrafi wymienić swojej ukochanej jakimi kompozycjami zapachowymi pachnie! To geniusz jakiś. Jedynie w „Pachnidle” Suskinda o czymś takim słyszałem, ale to niespotykana rzadkość. Normalny facet rzadko rozróżnia perfumy, a już dywagować o ich składzie, wolne żarty…

Trzeba dodać, że spora część akcji dzieje się w „pięknych okolicznościach przyrody” we włoskiej Toskanii. Wspomniana jest też opustoszała Wenecja – swoją drogą chciałbym ją odwiedzić w momencie, kiedy jest opustoszała, bez tłumu turystów wokół, ale to takie marzenie ściętej głowy. Chociaż kto wie, jak turystyka będzie się rozwijać?

Ta powieść to oczywiście nie „Dżuma” Camusa i wbrew pozorom źle jest tylko w epicentrum zarazy (nieszczęsne Bergamo), bo przecież stamtąd wożą pacjentów do innych krajów na leczenie, więc w tych innych krajach musi być lepiej. Dostajemy dużą dawkę wiary w ludzi, w ich dobroć, bezinteresowną pomoc. Wiele autentycznych sytuacji, które się wydarzyły jest tu opisywanych (choćby śpiewy na balkonach).

Niestety wiem też, czemu książka nie zdobędzie takiej popularności i poczytności na jaką zasługuje. Cóż, mamy tutaj dobrego księdza, mamy grono starszych osób codziennie odmawiających koronkę do Miłosierdzia Bożego o tej samej godzinie, mamy wiarę w siłę modlitwy i wiarę w Boga, pomimo wszystkich przeciwności. To nie wpisuje się w tak zwany „główny nurt” Oczywiście to nie żaden zarzut, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że tak właśnie mogło być, tak powinno być. Nie mniej ci, którzy przeczytają będą zadowoleni.

Czyli jak zwykle: warto czytać!

„Ostatnie lato Wandalów” Jakub Urbańczyk

Kiedyś już tam czytałem kilka książek o Wandalach, więc chciałem spojrzeć na temat ponownie, tym razem raczej beletrystycznymi oczyma, chociaż mocno osadzonej w historycznych realiach. Nie ukrywam, że „Ostatnie lato Wandalów” Jakuba Urbańczyka wywarło na mnie raczej pozytywne wrażenie.

Ponieważ rzecz dotyczy bardzo wczesnego średniowiecza, które nie pozostawiło po sobie zbyt wielu pamiątek materialnych (szczególnie tych pisanych) autor ma zawsze spore pole do popisu w kreowaniu rzeczywistości. Wiele rzeczy mogło się wydarzyć, wiele mogło mieć miejsce, trudno oczekiwać jakiejś obiektywnej prawdy. Możemy bez trudu się zgodzić, że w owym czasie tereny pomiędzy Sanem, Wisłą a Odrą pokrywały lasy, bory, bagna, a ludzkie siedliska pojawiały się tylko od czasu do czasu, o miastach czy twierdzach nie wspominając.

W takim oto otoczeniu pojawiają się bohaterowie powieści. Główny bohater – komes Ritigern bardzo przypomina mi Maximusa Decimusa z „Gladiatora”. Też jest tak bardzo szlachetny, nie chce wdać się w politykę, przyjąć korony, poza tym ma rodzinę, ale dodatkowo kocha się w kobiecie wysokiego rodu, w której kochać się nie powinien. Nie powiem jak kończy, bo nie wypada, ale tak wiele podobieństw. Na marginesie: podobno w „Gladiatorze 2” Russel Crowe ożywa! Wracając do powieści – może coraz trudniej o oryginalne postaci? Niestety kilka innych postaci jest też bardzo schematycznych i przewidywalnych do bólu, ale… jakoś mnie to nie razi w tej powieści.

Bardzo za to podoba mi się inny zabieg formalny (jeżeli mogę tak napisać): autor bardzo często nie opisuje wydarzeń typu: walka, ucieczka, spotkanie z „duchami”, tylko zdaje (czasami) relację z konsekwencji tych wydarzeń. Ileż razy można opisywać walkę na miecze lub skrytobójstwo? To ciekawe zaskoczenie dla mnie było. Wszak nie zawsze bijatyka jest najważniejsza!

Dylematy władców i ich następców są takie same od wieków, niezależnie od tego czy chodzi o imperium, czy jakiś mały zapomniany peryferyjny kraj. Walka o władzę zawsze jest mniej lub bardziej krwawa, a zawsze bezwzględna. I bardzo często jej wynik jest nieprzewidywalny i rozczarowujący.

Ciekawym zabiegiem fabularnym jest wędrówka ludów „w pigułce”. Mamy tutaj ludzi, którzy jeszcze w Afryce walczyli z Rzymianami, którzy pamiętają zapach i żar pustyni, którzy widzieli architektoniczną świetność Rzymu i całej Italii, a muszą zmierzyć się z walącymi się drewnianymi chałupami, mieszkają w półziemiankach, pałac władcy jest po prostu dużą salą w „wielkiej stodole”.

Do tego wszystkiego mamy prehistoryczne mity czasów sprzed Popiela – Wandę, co nie chciała Niemca i króla Kraka. Dowiemy się jak i dlaczego powstały kopce – kurhany. Bardzo ciekawa mieszanka, z której autorowi udało się stworzyć ciekawą historię, która przecież mogła się wydarzyć… żadnych kronikarzy wtedy nie było, nikt nie zapisał tego, co się wtedy stało. Można popuszczać wodze fantazji.

Odnoszę takie wrażenie, że powieść historyczna przechodzi jakiś renesans i staje się bardziej popularna (bo chyba nie tylko ja coraz więcej takich pozycji czytam?). Powstają mniej lub bardziej udane pozycje, czasami całe serie (Wandale aż proszą się o „prequel” i „sequel”). W wielu widać ogromną pracę autora nad źródłami (tak jak właśnie w tym przypadku), dzięki czemu realia są tak bardzo autentyczne. Czasami zastanawiam się, że nie warto by polecać takich lektur uczniom, aby mogły wyrobić sobie pojęcie o średniowiecznych realiach – ciekawiej byłoby na lekcjach historii!

Co by jednak nie mówić: warto czytać!

„Porachunki osobiste” Leopold Tyrmand

„Porachunki osobiste” to zbiór esejów Tyrmanda, które ukazały się w różnych emigracyjnych periodykach. Wiele z nich jest mocno aktualnych do dziś, część nawet jawi się jako trafne przewidywanie przyszłości, a przecież pisane były ponad 40 lat temu!

Na początku autor rozprawia się z urzędnikami-aparatczykami, dzięki którym przez lata nie wydawano mu paszportu (książek także!). Wielu obecnie czytającym musi się to jawić jako kompletny absurd. Po Europie podróżujemy tylko z dowodem osobistym, a na paszport (nowy) czekamy najwyżej 2 – 3 tygodnie i tak narzekając, że to długo. Nikt już nie pamięta czasów, kiedy paszport był jednym z najbardziej luksusowych dóbr. W końcu przecież udało się Tyrmandowi wyjechać z Polski. Okazało się, że na stałe.

Jego poglądy nawet na zachodzie trochę odbiegały od myśli lewicowego salonu, który starał się zdominować naukę i kulturę. Bardzo ciekawe są jego analizy dotyczące tego, w jaki sposób Żydzi zbudowali swoją potęgę w Stanach Zjednoczonych i dlaczego nam się to nie udało. Analizuje postępowanie Włochów, Irlandczyków, którzy w jakiś sposób zaznaczyli swoją odrębność, a jednocześnie wtopili się w amerykańskie społeczeństwo.

Swego czasu czytałem analizy (nie pamiętam już gdzie i kiedy, ale lat temu sporo), że Francja jest krajem, który potrafi asymilować przybyszy i czynić z nich Francuzów. Jakoś ostatnimi czasy niezbyt się to sprawdza. Model amerykański na tym tle jawi się jako w pełni udany eksperyment, gdzie przybysze z całego świata potrafili stworzyć nowe społeczeństwo i nadal potrafią asymilować przybyszy. Może nie w sposób doskonały, ale na pewno w miarę udany. Taką samą siłę miało kiedyś Cesarstwo Rzymskie. Nie mniej prawdopodobnie właśnie z tego powodu (asymilacji barbarzyńców) jednak upadło.

Bardzo dużo miejsca poświęca autor Polakom w Ameryce – i tym znanym i tym bezimiennym z dowcipów o Polakach. Dowcipy te bardzo często były toporne i obraźliwe, ale Tyrmand trafnie zauważa, że na przykład Grecy czy Litwini chętnie staliby się podmiotami tych dowcipów, byle tylko wykorzystać szansę zaistnienia w świadomości Ameryki. Stara zasada: nieważne jak mówią, dobrze czy źle, ważne, żeby nie przekręcali nazwiska. Jak wspomniałem to eseje sprzed lat, więc ówczesnymi przedstawicielami naszych rodaków w kulturze był detektyw Banaczek (kto pamięta ten serial?) i Bobby Vinton z piosenką „Moja droga ja Cię kocham”. Banaczek był piekielnie inteligentnym i oczytanym Polakiem, jego „polskie” dowcipy przechodziły do legendy!

Tyrmand co rusz zauważa, że idee Gramsciego są realizowane przez lewicę całego świata. Co powiedziałby obecnie, kiedy marsz przez instytucje został opanowany do perfekcji, a liberalno-lewicowe wychylenie w kulturze i nauce wydaje się być nie do opanowania. Śmiało chyba można powiedzieć, że jego raczej prawicowe poglądy, byłyby dla wielu jego admiratorów w kraju trudne do przełknięcia.

We wszystkich esejach Tyrmand jawi mi się jako człowiek szczerze zatroskany losem kraju i rodaków, jako człowiek, który stara się odnaleźć recepty na to, żeby przywrócić nam właściwą pozycję. Wskazuje na to, jak wielką rolę mogłaby odegrać w tym polonia i emigracja (bo bardzo rozróżnia te dwa pojęcia – polecam do przeczytania w książce) w tym dziele. Nie mniej jednak nikt zdaje się z tych rad nie korzystać, wszystko od lat zostaje po staremu. Znowu celnym przykładem stają się Żydzi, którzy w latach dwudziestych XX wieku byli postrzegani co najmniej niechętnie, a od tego czasu zbudowali tak wielki aparat propagandowo-historyczny, że zdołali zawłaszczyć narrację o historii XX wieku.

Tyrmand jest oburzony, kiedy na jakiejś konferencji ktoś próbował powiedzieć, że Polacy mogli pomagać w holokauście. Zaprotestowały wtedy wszystkie organizacje polonijne. A teraz? Jak wygląda ta sprawa obecnie? Drugi przykład: Tyrmand opisuje jak nowojorskiego wydawcę znany polski pisarz chce zainteresować powieścią o powstaniu warszawskim. Kiedy wydawca mówi, że tam nie ma ani słowa o Żydach, autor stwierdza, że to było ponad rok po likwidacji getta, wydawca traci całe zainteresowanie książką – po prostu temat jest mu obcy. Wygląda na to, że coraz bardziej przegrywamy wojnę o pamięć.

Dlatego tak ważne jest, żeby nie tylko czytać (bo warto!), ale i propagować nasze lektury.

Podróż do źródeł Sanu.

Chwila oddechu od recenzji. Od czasu do czasu miały się pojawiać Bieszczady, więc się pojawiają, tym razem coś nowego, przecież ileż razy można wchodzić na te jeziorka? Tym razem udałem się na wycieczkę do źródeł Sanu. Poprzednim razem nie udało mi się tam dojść, bo deszcz wygonił mnie już z Beniowej. Tym razem pogoda była świetna.

Kto był ten wie. Szlak jest starannie utrzymany i dobrze opisany. Ogromnym dysonansem poznawczym jest opis przedwojennych wsi (Beniowa, Sianki) w porównaniu z ich stanem obecnym – w zasadzie zostały tylko cmentarze i niewielki fragment podpiwniczeń dawnego dworu. Po ukraińskiej stronie życie toczy się normalnie, szczególnie Sianki to spora miejscowość. Miałem nawet okazję oglądać pociąg przez nią przejeżdżający, bo linia kolejowa ciągnie się wzdłuż Sanu, tuż za granicą. A u nas w Siankach tylko grób hrabiny.

Nie sposób nie wspomnieć o jak go sam nazwałem „Moście granicznym na Sanie”. Chyba spory udział w jego stworzeniu miały zwierzęta, ale czyż nie wygląda jak szlak przemytników? „Wataha” się kłania, bo wiele wokół kojarzy się z tym serialem.

Samo źródło Sanu (nie wiem, dlaczego umowne – przecież źródło jest rzeczywiste i potok z niego wypływający, to granica państwa) starannie zaznaczone, nie sposób ominąć, mimo że jest jak gdyby schowane pod niewielką skarpą.

Przyznam się, że cała drogę się zastanawiałem, czy lepiej jest tak, jak jest obecnie (dziko, niezagospodarowanie), czy może lepiej byłoby wprowadzić tam trochę więcej możliwości zagospodarowania terenu mając na uwadze dobro turystów. I nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Patrząc na ten ostatni skrawek Polski (szczególnie na mapie!) można sądzić, że to zupełnie niewykorzystane i zapomniane ziemie. Może tak jest jednak lepiej dla przyrody? Nie wszędzie musimy się wpychać, choć ciekawość ciągnie człowieka do odkrywania, tego, czego jeszcze nie zobaczył. Fakt faktem, ludzi w Bieszczadach coraz więcej. Przynoszą ze sobą wszystkie dobre i złe nawyki. Jest jeszcze kilka miejsc, do których rzadziej się dociera, gdzie cisza i spokój. Można na chwilę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

„Benedykt XVI – wiara i proroctwo” Giovan Battista Brunori

 

Obraz (144)

Jest oczywiste, że kiedy ktoś pochyla się nad biografią ma z reguły sporo czasu, żeby przygotować materiały, porozmawiać z bohaterem (jeżeli jeszcze żyje), „wedrzeć” się w jego twórczość, myśli, wypowiedzi. Dzięki temu możemy jako czytelnicy otrzymać ciekawy obraz opisywanej osoby. Dlaczego o tym piszę? Nasunęła mi się taka myśl (ani nowa, ani odkrywcza), że w opozycji do tego sposobu, który opisałem, działają obecnie dziennikarze, co niestety miało kilkakrotnie miejsce przy prezentowaniu wypowiedzi Benedykta XVI. Niechlujstwo, uproszczenia, przekłamania to najczęstsze grzechy tej niby „czwartej władzy”. Można się zastanowić, czy w dobie wszędobylskiego internetu taka nazwa ma jeszcze prawo bytu.

Ta biografia przedstawia papieża Benedykta XVI w zupełnie innym świetle, niż mówi to tak zwana „obiegowa opinia”. Dla mnie było w niej wiele odkryć i niespodzianek. Zupełnie inaczej spoglądam teraz na jego pontyfikat i wcześniejszą działalność. Można powiedzieć, że przyszło mu żyć w okresie, kiedy wiara, katolicyzm obumierał w Europie. Doświadczenia II wojny światowej, a także fakt, że jej zakończenie nie spowodowało odchodzenia ludzi od Kościoła, bardzo zasmucało Josepha Ratzingera. Mimo to w latach 50-tych XX wieku na niemieckich uniwersytetach trwała jeszcze ożywiona dyskusja teologiczna, byli wybitni profesorowie, ich uczniowie, toczono spory, polemiki, ale wiara była jeszcze żywa. Kres tym doświadczeniom położył nieszczęsny rok 1968. Przyszły papież bardzo to przeżył. Z bliska mógł oglądać jak niszczy się autorytety i jak mało oferuje się w zamian, jeżeli w ogóle cokolwiek. Na jego oczach umierała chrześcijańska Europa Zachodnia. Później dobiją ją jeszcze skandale pedofilskie w Kościele i inne nieprawidłowości natury choćby bankowej.

Można powiedzieć, że Benedykt XVI to profesor, pisarz, nauczyciel, ale niestety nie administrator, co położyło się cieniem na jego pontyfikacie. Dokonania jego nie przejdą jednak bez echa. Zanim został papieżem, przez wiele lat był najbliższym współpracownikiem Jana Pawła II. Nie zawsze się z nim zgadzał. O swoich ewentualnych wątpliwościach lub obiekcjach mówił osobiście papieżowi w czasie spotkań sam na sam. Nie udzielał wywiadów ani nie pisał książek na ten temat. Dlatego, moim zdaniem, należy go zaliczyć do wielkiej tradycji kurialnej najwierniejszych współpracowników papieża. Jest to styl, który obecnie zdaje się zatracać. Może właśnie tego nie dostrzegł przy swoim pontyfikacie?

Wydaje mi się bardzo trafną jego myśl, że wkrótce chrześcijaństwo będzie rozwijać się w niewielkich enklawach, będzie zdecydowaną mniejszością, ale mniejszością, która będzie ożywczo wpływać na większość. Bo w historii wszelkie nowe treści, teorie, filozofie czy wreszcie wiary zawsze były owocem pracy czy myśli jakiejś mniejszości.

Książka też chyba dość dobrze wyjaśnia motywy abdykacji papieża, co na pewno było skrajnie trudną decyzją. Przyjdzie pewnie jeszcze czas na kompleksowe spojrzenie na ten pontyfikat, ale prawdopodobnie będzie to bardzo wysoka ocena. Z jednej strony otwarta walka z nieprawidłowościami w Kościele, reforma zarządzania Kościołem, a także encykliki czy trzytomowa powieść o Jezusie. Do tego dobre stosunki z żydami, muzułmanami, anglikanami czy lefebrystami pomimo nieszczęsnych wpadek (raczej nie wpadek tylko bezmyślnych „kaczek” dziennikarskich, ludzi, którym nie chce się już wszystkiego czytać) podczas wykładu w Ratyzbonie czy zdjęcia ekskomuniki dla biskupa Williamsona. Przeciwwagą tych nieporozumień były pielgrzymki do Turcji czy Ziemi Świętej.

Książka bardzo mnie zbudowała, jednocześnie wyciszyła i pozwoliła na wiele przemyśleń. To kolejny z powodów, dla których tak bardzo warto czytać!

„Gorzki świat” Josef Skvorecky

Obraz (124)

Na początek taka uwaga ogólna, która mi się nasunęła. Otóż o ile w XIX wieku w naszej części Europy dominowała literatura rosyjska (to trochę umowny okres) o tyle w XX wieku, zwłaszcza w II jego połowie pałeczkę przejęli Czesi. Wprawdzie to my mamy więcej Nagród Nobla z dziedziny literatury, ale zarówno Miłosz, Reymont jak i Szymborska nie należą do najbardziej poczytnych pisarzy, za to Hrabal, Kundera czy Pavel (ta „Śmierć pięknych saren”!) to i owszem.

Do tej grupy czeskich pisarzy śmiało można zaliczyć Josefa Skvoreckiego. Jego opowiadania z okresu wojennego i powojennego (stalinizm) to malutkie perełki. Od początku rzuca się inne spojrzenie Czechów na rzeczywistość. Najpierw to rzeczywistość wojenna, która w zasadzie Czechów ominęła w sposób drastyczny. Nikt nie zapominał o pierwszych miłościach czy o rodzącym się jazzie. Tylko dość trudno zaakceptować, że powoli znikają dawni lekarze, nauczyciele wyznający inną wiarę. Wprawdzie jadą do Terezina bądź obozu koncentracyjnego, ale przecież sami się zgłaszają. Jak gdyby inny świat, niż ten opisywany z naszej okupacji.

Potem mamy ucieczkę do wolnego świata w lutym 1948 roku – opowiadanie o pierwotnym tytule „Tchórze” – sama historia przetrwania tego opowiadania jest ciekawa. A ucieczka też jakby taka lekka, łatwa i przyjemna (noga opierająca się o udo Kitty). Naprawdę inny świat.

Ale już opis rzeczywistości kraju komunistycznego epoki stalinizmu taka jak i u nas, a może i bardziej absurdalna. Skovrecky nie jest w ogóle martyrologiczny czy bohaterski, opisuje rzeczywistość bez ubarwień ale i bez przejaskrawień. Złamane kariery, wyrzucanie ze szkół czy uczelni jest takie banalne, takie częste, takie oczywiste jak kariery oportunistów i karierowiczów spod znaku sierpa i młota.

Kolejna część opowiadań to jazz i okolice. Tutaj Skovrecky tak bardzo skojarzył mi się z Tyrmandem – też wielbicielem jazzu. Skovrecky poświęca jazzowi więcej miejsca, czasami nawet wydaje się, że to muzyka jest bohaterem opowiadania. Tu byliśmy podobni do Czechów (lub oni do nas) – mieliśmy przecież również bikiniarzy w kolorowych skarpetkach, jak sam Tyrmand właśnie.

Wszystkie te opowiadania pokazują Czechów takich, jakich sobie zawsze wyobrażamy począwszy od Szwejka poprzez Miłosza Pipkę („Pociągi pod specjalnym nadzorem”) do Tomasza z „Nieznośnej lekkości bytu”. Są lekkomyślni lub raczej lekce sobie ważący rzeczywistość, rubaszni, ceniący małe przyjemności przy tym rozerotyzowani i swawolni. Nieobce im jednak poważniejsze podejście do życia, kiedy już sytuacja tego wymaga. No i wypijają spore ilości piwa, bo jakżeby inaczej?!

Nie dziwi mnie ten napis na płocie w Cieszynie czasu covidowskiej pandemii: „Tęsknię za Tobą Czechu”, ba jakże za nimi nie tęsknić, zwłaszcza że szybko odwdzięczyli nam się takim samym napisem.

Jest i „polonica”. Podczas dyskusji politycznej prowadzonej przez politruka jest mowa o tym, jak to policja na Zachodzi podczas manifestacji strzelała do manifestantów. Jeden z dyskutantów stwierdził, że w krajach bloku socjalistycznego to niemożliwe, bo na przykład w Polsce milicja nigdy nie strzelałaby do manifestantów. Pozostali dyskutanci przyjęli to wręcz przez aklamację. Ponury żart? Ale jakże w czeskim stylu…!

Ostatnimi czasy mi się poprawiło i mam szczęście do ciekawych książek. A muszę dodać, że Skvorecki był mi w zasadzie mało znany. Muszę szybko naprawić ten błąd i poczytać inne jego książki. I to już niedługo.

Codziennie się przekonuję jak bardzo warto czytać!

„Człowiek i jego symbole” – Carl Gustav Jung

Obraz (114)

Przyznaję, że nigdy nie byłem fanem psychologii, delikatnie rzecz ujmując, zwłaszcza w takiej formie i kształcie, w jakiej obecnie jest prezentowana. Ciężko mi też było uznać ją za naukę. Zawsze twierdziłem, że to hochsztaplerka z odrobiną szarlatanerii. Z jednej strony musiałem mocno zrewidować ten pogląd, z drugiej zaś mimo wszystko sporo w nim racji.

Człowiek i jego symbole” to pozycja, która pozwoliła mi spojrzeć zupełnie inaczej na wiele spraw. Zacznijmy od nieprawdopodobnej erudycji i „dobrego wychowania” Junga. Nie chcąc urazić Freuda (był jego uczniem), kiedy jego poglądy ewoluowały, starał się nadać swoim snom takie przesłanie by zadowolić mistrza. Kto teraz tak postępuje? Najmodniejsze jest (szczególnie dla ignorantów wszelkiej maści) burzenie pomników i zrzucanie autorytetów z piedestałów.

Tematyka interpretacji snów jest stara jak ludzkość i zawsze była obecna, ale dopiero piersi psychoanalitycy starali się uczynić z tego naukę. Czy słusznie? Mam nadal wiele wątpliwości. Ale z szacunkiem pochylam się nad przemyśleniami Junga i jego otwartością na nowe prądy, przemyślenia, interpretacje. Przy tym wszelkie jego analizy przenika głęboka duchowość, szacunek dla wiary, której nie podziela. Do tego należy dodać aktualność jego myśli : „Nasz intelekt stworzył świat, który podbija przyrodę, zapełniając ją monstrualnymi maszynami. Są one niewątpliwie tak przydatne, że nawet nie wyobrażamy sobie możliwości pozbycia się ich lub uniezależnienia się od nich”. Czyżby miał na myśli telefon komórkowy? Przy okazji ileż coraz to nowych fobii można leczyć.

Kolejni autorzy (bo Jung nie jest jedynym autorem tej książki) przedstawiają historię symboli, ich znaczenia, a także korelują duchowość z nauką, porównując „zasadę nieoznaczoności Hiesenberga” z niemożliwością precyzyjnego wytłumaczenia psychologicznych problemów. Jeżeli wiemy jedno z całą pewnością, to prawdopodobnie nie określimy innej współrzędnej, a wpływ obserwatora na badanie jest niebagatelny.

Cały czas jednak nie jestem do końca przekonany co do interpretacji snów. Wydaje mi się, że ilość symboli, które są opisywane jest nieprawdopodobna, tudzież ich wyjaśnianie. Czy człowiek dokładnie może opisać coś tak ulotnego jak sen, czy nie zapomni lub pominie kilka symboli, które zupełnie zmieniają interpretację? Z innego punktu widzenia na to spoglądając, może właśnie to coś co chce nam powiedzieć nasza nieświadomość (jak chcą jedni) bądź też bóstwo do nas przemawiające (jak chcą drudzy) jest naprawdę ważne i pozwala nam się zmienić i dojść do prawdy, jaka i czym by ona nie była.

Książka wymaga wielokrotnego przeczytania. Nad wieloma sprawami trzeba się wiele razy pochylić. Jest bardzo cenna w świecie pogoni za hedonizmem, zaniku głębszych przemyśleń, trywializacji życia. Choć może się mylę, może nic na świecie się nie zmienia, zawsze istnieje większość mająca tylko „mieć” na uwadze i zdecydowania mniejszość, dla której „być” jest ważniejsze. Może po prostu czasami zbyt mocno i hałaśliwie większość akcentuje swoje zadowolenie, nie zauważając, że od czasu do czasu zbliża się jakiś dziejowy kataklizm, pozwalający zachować właściwe proporcje.

Nie może nie być łyżki dziegciu: tutaj jest ich kilka. Książka powinna być koniecznie w twardej okładce, bo nie wytrzyma kilku czytań. Przydały by się też kolorowe ilustracje, zwłaszcza jak w symbolice kolor jest podkreślany, jako mający duże znaczenie. Tak mi się wydaje, że przyjęło się, że opera Mozarta jest znana jako „Czarodziejski flet”, a nie „Tajemniczy flet” – to odnośnie tłumaczenia.

Generalnie jednak nie sposób nie docenić ogromu pracy jaki został dokonany przy wydaniu tej książki. Szkoda tylko, że tak słabo jest znana. Jest tyle środowisk, które powinny zapoznać się z tą pracą, zaczynając od wszelkiej maści psychologów, poprzez architektów, plastyków na grafikach komputerowych kończąc.

W żaden sposób nie muszę dodawać, jak bardzo warto czytać!

„Młokos i diabeł”. „Cierpienie złamanego serca” – Borys Akunin

Obraz (139)

Książkę Akunina wziąłem do ręki cały czas mając na myśli Erasta Fandorina – sporo książek z tym niezwykłym detektywem przeczytałem. Początkowo myślałem, że to kolejna z jego przygód (nie czytałem IV strony okładki), a tu niespodzianka i zupełnie inni bohaterowie! To, że bohaterowie inni to jedno, ale forma opowieści też trochę inna.

Zacznę od formy, bo to przecież żadne spojlerowanie. Sam autor zaznacza w podtytule: „powieść – film”. W związku z czym książka wygląda czasami jak fragment czarno – białego niemego filmu. Sporo w niej rysunków, zdjęć i oczywiście komentarzy do nich. Z jednej strony to dość ciekawa forma, z drugiej zaś nie pozwala nam samemu wyobrazić sobie głównych bohaterów – widzimy ich oczami rysownika. Czyli mamy już adaptację, której jeszcze nie ma.

Zawsze mnie ciekawiła historia opowiadana przez tak zwaną „drugą stronę”. Mamy rok 1914 carską Rosję i nieuchronny początek wojny, a w drugiej części wojnę w jej początkowym stadium. Bohaterami są rosyjscy patrioci pracujący w kontrwywiadzie i wywiadzie. Akcja nie wygląda jak ze współczesnego filmu, mało tu gadżetów, nawet tych z początku XX wieku. Sporo za to inteligentnych „graczy” po obu stronach frontu. Są też nawiązania do wojennej rzeczywistości (tej prawdziwej), czym może zakończyć się porażka lub sukces wywiadu dla całej armii. Klęska jednego człowieka jest niczym przy klęsce całej armii.

W takiej powieści nie może zabraknąć kobiet, w szczególności femme fatale. Piękne, zdradliwe, fałszywe, czasami o krok od sukcesu, czasami z nim w parze. Do tego młody człowiek, który nie zawsze potrafi rozróżnić uczucie od pracy. Zresztą jest dość zabawny ze swoimi zakochiwaniami się i dość nieporadnymi flirtami, można powiedzieć, że wręcz uroczy w podejściu do kobiet. Czy istnieją jeszcze tacy mężczyźni, który tak adorują kobiety, a później tak dają się wodzić za nos? Poza wszystkim innym najbardziej nie cierpię Sowietów, więc czasy przed nimi, mimo że widziane oczami wroga, wydają mi się ciekawe. Do tego ludzie, którzy wiedzą co to honor, szacunek, patriotyzm w najlepszym wydaniu.

Nie do końca jednak jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Książka ma swoje wady. Główna to dość proste i przewidywalne schematy, zbyt mało zaskoczeń jak na powieść szpiegowską. Wiele klisz i standardów. Wiele sytuacji jest przewidywalnych i łatwo przewidzieć ciąg dalszy. Może to przez to, że wydaje się, że o tym świecie sensacyjno – szpiegowskim słyszeliśmy i widzieliśmy tak wiele?

Fragmenty wojenne ukazują totalny bezsens i okrucieństwo wojny (szczególnie tej pierwszej, w okopach), fragmenty szpitalne są za to już przewidywalne i trochę sentymentalne, chociaż na swój sposób urocze.

Trochę zabawne jest to, że pracownicy kontrwywiadu szczególnie początkowo nie są zachwyceni swoją pracą, każdy chciałby na front. Tylko kontuzje doprowadziły do tego, że nie mogli znaleźć się na pierwszej linii frontu. Ale w efekcie, czy ich praca nie jest istotniejsza, dlaczego mają takie słabe mniemanie o swojej użyteczności? Przecież Churchill przy zupełnie inne okazji powiedział: „jeszcze nigdy tak niewielu nie zrobiło tak wiele dla tak wielu” – czy to właśnie nie kwintesencja pracy wywiadu?

Ponieważ to powieść – film, należy sądzić, że znajdą się chętni do jej sfilmowania. Rzeczywiście ta powieść jest wyjątkowo filmowa – gotowy dramat szpiegowski, z czasów przed Bondem, Bournem czy Kllosem, o Stirlitzu nie wspominając!

Mimo wszystko książka nie sprawia zawodu, więc: warto czytać!